Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 04/2015

Dzwony, zatoka Douarnenez, dokładna data nieustalona

Article_more
„Szukajcie! Szukajcie dokładnie! Tam gdzieś muszą być kości!” – krzyczał podekscytowany staruszek na nabrzeżu w Douarnenez, gdy nurkowie stawiali na kamiennym bruku wyłowiony z morza kawał bezkształtnego niemal, obrośniętego pąklami i wodorostami, ociekającego wodą metalu, który w ogólnym tylko zarysie przypominał dzwon. Był kwiecień roku 1977, Octave Le Pennec, bo tak się nazywał staruszek, niedawno przekroczył osiemdziesiątkę i był emerytowanym hurtownikiem nawozów sztucznych z nieodległego Quimper, a także, co ważne dla tej historii, historykiem amatorem i miłośnikiem bretońskiego folkloru.

Nurkowie nie zwracali większej uwagi na jego entuzjastyczne okrzyki; zostali wynajęci do usunięcia podziemnych przeszkód, które utrudniały pogłębienie tutejszej mariny przed nadchodzącym sezonem żeglarskim. Większość śmieci – zniszczonych elementów łodzi, wyrzuconych do wody pralek, i tak dalej – umieszczali na osobnej barce, która miała popłynąć w stronę wysypiska. Jednak wszystkie nietypowe przedmioty mieli, na polecenie okręgowego konserwatora zabytków, odkładać na bok, mogły one bowiem stanowić dobro kultury narodowej. Jedyne, co jak dotąd wytaszczyli na pobrzeże, to kawał porośniętego pąklami spiżu.

 

„Proszę koniecznie poszukać kości! Tam gdzieś obok muszą być kości – nie ustępował staruszek – to sprawa najwyższej historycznej wagi!”, ale dwaj nurkowie po chwili wrócili do reszty ekipy. Le Pennec, usiadłszy przy stoliku portowej kawiarenki, zaplótł ręce na lasce i czekał. Czekał na to kilkadziesiąt lat, mógł poczekać jeszcze kilkadziesiąt minut.

 

I rzeczywiście, trzy kwadranse później nurkowie ponownie podpłynęli motorówką do brzegu, tym razem wioząc nie tylko dwa jeszcze kawały spiżu, ale i garść żeber, i piszczeli oraz dwie czaszki. Zgodnie z obowiązującymi procedurami od razu zadzwonili do prefektury policji z prośbą o przysłanie techników. Octave Le Pennec promieniał. Pierwszego wywiadu, czy raczej wykładu, udzielił od razu, na miejscu, zgromadzonym wokół widzom. „Jasnowidz? Skądże – zaśmiał się – nie jestem specjalistą od przyszłości, tylko od przeszłości. Historykiem. To, co widzimy, to ofiary morderstwa – tu po tłumie przeszedł podekscytowany szumek – ale na szczęście bardzo dawnego. Z jedenastego wieku”.

 

Parę osób dostawiło swoje krzesła do stolika, a starszy pan zaczął rozwijać swoją teorię. „Wszyscy znamy opowieść o zatopionym mieście Ys...” . Oczywiście, miasteczko Douarnenez od ładnych paru dekad żyło z turystów, którzy przyjeżdżali tu za sprawą legendy. Ponoć to właśnie w tej zatoce bretoński król Gradlon wybudował dla swojej córki bogate i piękne miasto, o tyle jednak pechowe, że leżało w zalewanej przez przypływ niecce, zatem musiało zostać oddzielone od morza potężnymi wałami i śluzą. Podczas odpływu statki mogły docierać do portu, a kiedy zbliżał się przypływ, władca zamykał śluzę na klucz, który zawsze nosił na piersi. Niestety, młoda królewna była głupia i rozpustna. Namówiona przez przelotnego kochanka, rycerza w czerwonym stroju, wykradła klucz i otworzyła śluzę, zatapiając całe miasto i wszystkich jego mieszkańców; uratował się jedynie król Gradlon, jego przerażona córka i święty Gwenol, który kazał władcy zrzucić rozpustną królewnę w toń morską. „A w pogodne dni słychać czasem dobiegające z morza bicie dzwonów” – dokończył ktoś znudzonym głosem, bo w Douarnenez wszyscy znali tę legendę na pamięć.

„W rzeczy samej! W rzeczy samej! Ale Gwenol żył całe setki lat wcześniej, w piątym wieku, i po prostu przypięto go do tej legendy z całkiem innej przyczyny, o czym za chwilę... w istocie było zupełnie inaczej! – zapalił się znów Le Pennec. – Otóż musimy przenieść się do wieku jedenastego, kiedy to możni panowie walczyli o władzę nad Bretanią. Książę Alan III, podówczas zresztą opiekun małoletniego Wilhelma Zdobywcy, zmarł nagle w roku 1040 w trakcie oblężenia zamku Vimoutiers, otruty przez Normanów, jak podaje angielski kronikarz Orderic w swojej Historia Ecclesiastica... Jego dziedzic, Konan, był podówczas kilkuletnim chłopcem, więc władzę uzurpował sobie jego stryj, Odo, a właściwie Eozen, hrabia Penthièvre. Z początku nie było kłopotu, bo w tej rodzinie starsi krewni często byli regentami, gdy na tronie zasiadało dziecko. Ale kiedy Konan dorósł, stryj odmówił oddania władzy. Wywiązała się długa, długa wojna, pełna zwrotów akcji... – tu Le Pennec zauważył, że publiczność niecierpliwi się od nadmiaru imion i faktów – ...dość powiedzieć, że obie strony sprzymierzały się to z Normandią, to z Andegawenami, ostatecznie zaś Konan wtrącił stryja do więzienia i tym zakończył jego rządy... tak, już dochodzę do kości! Jest piosenka ludowa z okolic Douarnenez o czterech czarnych barankach... tak, o tych, co utonęły w zatoce, uciekając przed białym wilkiem. Równocześnie z przekazów historycznych wiemy, że w roku 1056 Konan napadł na nieistniejące dziś opactwo benedyktyńskie pod Quimper, złupił je i uprowadził stamtąd czterech mnichów tylko dlatego, że mieli ukrywać jego stryja po jednej z potyczek. Dlaczego baranki były czarne?”.

 

Na pytanie to, postawione tak znienacka, nikt nie kwapił się z odpowiedzią – ani siedzący najbliżej, ani nieco dalej, ani dwaj kelnerzy, którzy nadstawiali ucha aż spod szyldu kawiarni.

 

„Otóż baranki to benedyktyni, którzy noszą przecież czarne habity! Nic o tych mnichach nie wiemy, prócz tego, że zostali uprowadzeni, o ich dalszych losach nie wspomina żadna kronika. Ale piosenka zdradza wszystko. Biały wilk to zarazem młody, jasnowłosy Konan, który splądrował klasztor, jak i oznaczenie miejsca kaźni: po celtycku to uuin -ual, źródłosłów imienia świętego Gwenola, który miał niegdyś mieszkać w okolicy Douarnenez. Konan przywiódł tutaj porwanych braci i polecił ich utopić w zatoce z przywiązanymi do szyi dzwonami, zrabowanymi z klasztornej dzwonnicy... Tak, tak, mili państwo... opowieść o zatopionym mieście, którego dzwony słychać spod wody, jest dość rozpowszechniona... rosyjski Kitież, słowiańska Wineta, walijskie Cantref Gwaelod, nasze Ys nie jest żadnym wyjątkiem. Kiedy książę Konan utopił czterech mnichów, powstały równolegle dwa źródła: ludowa piosenka o utopionych czarnych barankach i podanie o bijących spod wody dzwonach, które z czasem, połączone z napływowymi legendami o zatopionych miastach, zrodziło znaną nam opowieść. Od lat apelowałem już o dokładne przeszukanie dna zatoki, ale dopiero dziś…”.

 

Sława starszego pana, który „wyprorokował, że nurkowie wydobędą kości”, rozniosła się błyskawicznie; jeszcze tego samego dnia wywiady z nim zrobiło trzech dziennikarzy lokalnej prasy bretońskiej; „Le Figaro” opisał go w ostrożnej notce („Historyk amator na tropie średniowiecznej zbrodni”) ale już „Paris Match” poświęcił mu trzy kolumny i niewielki fotoreportaż: Le Pennec w tej samej marynarce przygląda się z uwagą wydobytemu dzwonowi, siedzi przy stoliku z uśmiechem na twarzy oraz kartkuje stary foliał (z braku prawdziwego historycznego tomiszcza zdecydowano się na użycie dość sfatygowanej księgi meldunkowej jednego z pensjonatów). Była również, a jakże, telewizja, zarówno francuska, jak i angielska. Planowano też duży reportaż o tym, jak przedsiębiorca handlujący nawozami stał się znawcą historii.

 

Niestety, dwa tygodnie później opublikowano wyniki badań nad wydobytymi z dna kośćmi i dzwonami. Szkielety z pewnością należały do przynajmniej pięciu kobiet w wieku od ok. 20 do 50 lat. Dzwony pochodziły z końca XV i początku XVI wieku. Ustalenia antropologów i historyków obróciły w perzynę misterną konstrukcję, stworzoną przez „Mędrca z Quimper” – dziś naukowcy przyjmują czasem, że ofiary były mniszkami w jednym z pobliskich klasztorów, utopionymi w czasie francuskich wojen religijnych, a kiedy indziej – że to tylko kobiety, które płynęły na statku, wiozącym transport dzwonów do jednego z kościołów. Jednak Octave Le Pennec na szczęście nie dożył klęski swojej teorii. Uszczęśliwiony triumfem, wyczerpany niezliczonymi sesjami fotograficznymi i wywiadami, zmarł jako człowiek spełniony na trzy dni przed ogłoszeniem wyników badań.