Wydanie: MWM 03/2012

W niegdysiejszej składnicy prochu

Article_more
Gérard Mortier znany jest z miłości, jaką darzy nowoczesny teatr reżyserski, w którym na tiule, turniury i treny szansa jest mała, o koturnach zaś można zapomnieć od razu. U Mortiera ambitny jest repertuar i sposób jego pokazywania, co widać już po pierwszych sezonach przygotowanych przez kontrowersyjnego Belga.

Oczywiście była to sobota. W 1997 roku, dokładnie 11 października, po siedemdziesięciu dwóch latach przerwy i długim remoncie, w madryckim Teatro Real znowu na afiszu była opera. Na ten szczególny dzień przygotowano dwie inscenizacje utworów Manuela de Falli – operę Krótkie życie oraz balet Trójgraniasty kapelusz. W stylowej sali w kształcie podkowy, zdominowanej przez głęboką czerwień pluszu i liczne złocenia, zgromadziła się elegancka publiczność. W bogatych koliach pań odbijało się światło padające z potężnego żyrandola, wykonanego na specjalne zamówienie w królewskiej fabryce kryształów La Granja. Zapewne w ów październikowy wieczór w Teatro Real panował nastrój podobny do tego sprzed ponad stu lat, kiedy to we wtorek 19 listopada 1850 roku madrycka burżuazja bawiła się w nowo otwartym Teatrze Królewskim, który na swą inaugurację zaproponował Faworytę Gaetano Donizettiego.

 

Historia Teatro Real zaczęła się jednak znacznie wcześniej, bowiem pierwsze plany architektoniczne budynku naszkicowano już w 1817 roku. Szybko rozpoczęte prace budowlane opóźniały się przez problemy techniczne i finansowe. W sumie budowa trwała 32 lata i kosztowała 42 miliony reali. Pierwsze siedem dekad działalności minęło spokojnie, choć nie bez artystycznych emocji, jako że na scenie pojawiali się artyści tej miary, co Adela Patti czy Enrico Caruso. W 1863 roku spektakl swojej Mocy przeznaczenia zaszczycił sam Giuseppe Verdi, ulubieniec madryckiej publiczności, która chełpiła się nieskrywaną skłonnością do bel canta Rossiniego, Belliniego i Donizettiego. Dramaty muzyczne Richarda Wagnera i werystyczne nowinki Giacoma Pucciniego do Madrytu dotarły z opóźnieniem. Co ciekawe, najtrudniej było przebić się kompozytorom hiszpańskim, mimo podejmowanych prób nie udawało im się zagrzać miejsca w repertuarze. Pierwszym operowym tryumfem muzyki rodzimej okazała się dopiero w 1909 roku Margarita la tornera Ruperta Chapiego.

W czasie hiszpańskiej wojny domowej muzy rzecz jasna zamilkły, a w teatrze urządzono magazyn prochu strzelniczego. Muzyka powróciła tam w 1966 roku, gdy budynek stał się siedzibą Orquesta Nacional de España, która wykonywała repertuar symfoniczny. Decyzję o przywróceniu teatru sztuce lirycznej podjęto dopiero w roku 1984. Wówczas rozpoczął się długi remont.            

 

Nowa epoka w historii królewskiego Teatro nastała w styczniu 2010 roku. Stanowisko dyrektora objął znany belgijski impresario Gérard Mortier, który wcześniej kierował m.in. Operą Paryską i festiwalem w Salzburgu, a dopiero co w atmosferze skandalu zerwał negocjacje z New York City Opera. Mortier postawił sobie ambitny cel stworzenia w Hiszpanii tradycji operowej, co jest zadaniem o tyle trudnym, że choć tradycji rzeczywiście tam nie ma, publiczność najbardziej kocha to, co w operze tradycyjne. Tymczasem Mortier znany jest z miłości, jaką darzy nowoczesny teatr reżyserski, w którym na tiule, turniury i treny szansa jest mała, o koturnach zaś można zapomnieć od razu. U Mortiera ambitny jest repertuar i sposób jego pokazywania, co widać już po pierwszych sezonach przygotowanych przez kontrowersyjnego Belga. Na scenie pojawiają się bowiem dzieła tak różne, jak Rozkwit i upadek miasta Mahagonny Brechta i Weilla, Koronacja Poppei Monteverdiego w nowym opracowaniu Philippe’a Boesmansa czy Łaskawość Tytusa Mozarta. Mortier kontynuuje w Madrycie współpracę z reżyserami, których obecność była już zauważalna wszędzie tam, gdzie wcześniej miał okazję realizować swój program, a są wśród nich Bob Wilson, Dymitr Czerniakow, Peter Sellars i Krzysztof Warlikowski. Pojawienie się takich sław spotyka się oczywiście z ogromnym zainteresowaniem hiszpańskich mediów, sławy zaś chętnie dzielą się swoimi przemyśleniami. Przed premierą Peleasa i Melizadny Debussy’ego Wilson tłumaczył Hiszpanom, że w jego inscenizacjach jest tak mało ruchu, by można było skupić się na muzyce, której ludzie powinni słuchać jak czujnie nadstawiające uszu zwierzęta. „One słuchają całym ciałem” – mówił Wilson. Z kolei Peter Sellars oświadczył, że światu grozi powrót faszyzmu, zaś opera może pomóc mu się przeciwstawić, a nawet dać nam znacznie więcej: „Bierzemy tu udział w rytuale antropologicznym, w którym dzieją się rzeczy niewyrażalne słowami” – stwierdził. Najdobitniej zabrzmiały słowa Krzysztofa Warlikowskiego podczas konferencji Opera Europa w Warszawie, kiedy to reżyser wspominał „straszną, premierową publiczność madrycką, która śpi, zamiast słuchać”. Proponowany przez Mortiera program z pewnością zdoła ją obudzić. Miejmy jednak nadzieję, że nie sprowokuje jej do wybuchu, którego z innych skądinąd powodów przez długi czas w budynku Teatro Real bardzo się obawiano.

 

Aleksander Laskowski