Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 05/2015

Głośniki. San Ignacio de las Indias, 29 maja 1994 roku

Article_more
Uważni czytelnicy naszego cyklu mogą się zdziwić uwzględnieniem głośnika jako instrumentu muzycznego, skoro jednak od kilkudziesięciu już lat powstają utwory muzyczne na odtwarzaną przez magnetofon i głośnik taśmę i instrumenty tradycyjne, postanowiliśmy ująć i ten przypadek – tym bardziej, że w niecały rok po śmierci pułkownika Arencibii chilijski poeta Pablo Truxillo opisał to wydarzenie w uhonorowanym Nagrodą Nerudy onirycznym poemacie, który zatytułował właśnie Mała śmierć na głośnik i orkiestrę.

Reżim pułkownika Aureliano Arencibii od lat był polityczną ciekawostką, wspominaną niekiedy na wykładach akademickich; nie byłby on żadnym wyjątkiem w latach powojennych, kiedy w wielu krajach Ameryki Łacińskiej rządy sprawowali dyktatorzy albo wojskowe junty, gdyby nie to, że pułkownik nie obalił porządku politycznego w żadnym kraju. Ten niepozorny, niewysoki – zarówno ciałem, jak i stopniem, był bowiem wówczas kapitanem – oficer wykładał w niewielkiej, położonej w Andach szkole wojskowej, której kadra i uczniowie cierpieli z powodu chronicznego niedofinansowania placówki oraz przerw w aprowizacji i dostawach leków. Miarka się przebrała w marcu 1972, kiedy dwóch studentów zmarło na tyfus na oczach bezradnego lekarza, gdyż, jak wykazało późniejsze śledztwo, kolejny transport medykamentów został rozkradziony w siedzibie prowincji i do szkoły dotarły jedynie bandaże oraz trzy buteleczki przeterminowanego syropu na kaszel. Arencibia stanął na czele buntu młodych żołnierzy i wkrótce zajął – czy raczej: ogłosił, że zajął – cztery szczyty górskie, leżące na terytorium trzech państw, a na stolicę tak powstałej Republiki Kordylierskiej obrał niewielkie miasteczko, oddalone od szkoły o blisko sto kilometrów, San Ignacio de las Indias.

 

Zajęte tereny nie przedstawiały jednak żadnej wartości ekonomicznej ani strategicznej; miejscowe władze nie miały z Arencibią większych problemów, natomiast w stolicach trzech państw nikt nie kwapił się z wysyłaniem w góry karnej ekspedycji; kapitan został tylko zdegradowany, w odpowiedzi na co sam mianował się pułkownikiem – i tak rządził na kawałku nieurodzajnych skał, gdzie nie docierała nawet prasa, chyba że któraś z ekip wspinaczkowych przywiozła nieaktualne gazety. Przez trzy dekady jego uczniowie – i podkomendni zarazem – zdążyli dorosnąć, poślubić miejscowe kobiety, doczekać się dzieci, a nawet wnuków. Trudnili się na ogół hodowlą zwierząt, dwóch czy trzech nauczyło się jakiegoś rzemiosła; dumna Armia Republiki Kordylierskiej istniała głównie jako byt teoretyczny w głowie samego pułkownika.

 

Wszystko zmieniło się, kiedy w 1993 roku prospektorzy znaleźli w zboczu góry Camarasa cenne złoża molibdenitu, a tereny nagle okazały się istotne dla gospodarki całego kraju. Armia, w której służył niegdyś Arencibia, zaplanowała operację „Wysokie gniazdo”, którą ze względu na warunki pogodowe rozpoczęto jednak dopiero w maju roku następnego. Przebiegała ona nader sprawnie: z początku planowano zaaresztować wszystkich byłych kadetów, ale kiedy okazało się, że jakikolwiek opór stawiało tylko trzech spośród nich, dowodzący operacją major Enrique Morales postanowił ograniczyć się do zatrzymania jedynie tej niespokojnej trójki, a pozostałych zwolnił do domów.

 

Pomimo marazmu, panującego w oddziałach pułkownika, dotarły do niego wieści o inwazji i, jak to podobno nazwał, „złamaniu świętych granicy Republiki Kordylierskiej”. Nocą, w przeddzień szturmu wojska na jego kwaterę główną w San Ignacio, siedemdziesięciotrzyletni Aureliano Arencibia przekradł się przez mur ogrodu na teren parafii i tam odwołał się do pradawnego prawa azylu kościelnego. Major Morales, który o wszystkim dowiedział się następnego dnia we wczesnych godzinach rannych, był wściekły – teoretycznie rzecz biorąc, miał prawo dokonać zbrojnego wejścia na teren parafii i pojmać Arencibię siłą, tymczasem jednak całe San Ignacio zebrało się na przykościelnym placu i domagało się uznania miejscowego obyczaju, który może „wy, tam, w stolicy, dawno zapomnieliście – jak to ujął burmistrz w płomienniej przemowie – ale my, strażnicy tradycji, mamy wyryty głęboko w sercach”.

Siły Moralesa z pewnością zwyciężyłyby w starciu z całym, niezbyt zresztą ludnym, miasteczkiem, ale nikomu nie zależało na rozlewie krwi – zwłaszcza, że zostałoby to z pewnością wykorzystane przez organizacje ekologiczne, protestujące przeciwko wydobyciu molibdenitu. Major zdecydował więc wziąć Arencibię na przeczekanie – przy czym posłużył się fortelem powszechnie wówczas znanym w Ameryce Południowej, to znaczy torturą muzyczną. Junty argentyńska i chilijska w swoich katowniach całymi godzinami puszczały więźniom bigbitowe przeboje, Moralesa jednak zainspirowało najbardziej znane użycie głośników, czyli aresztowanie przez armię USA panamskiego dyktatora Noriegi w grudniu 1989 roku, niecałe pięć lat przed operacją „Wysokie gniazdo”. Noriega, który schronił się w Nuncjaturze Apostolskiej, został zmuszony do kapitulacji puszczaniem z wielkich głośników piosenek The Clash, Guns N’Roses i Jethro Tull; Morales jednak postanowił udoskonalić amerykańską metodę.

 

„Byłem głęboko przekonanymówił potem w jednym z wywiadów – że Arencibia nie podda się prędko. Nie dało się go wziąć głodem, bo ksiądz donosił mu jedzenie, dostarczane na plebanię przez mieszkanki miasteczka, miał tam wszelkie wygody, oczywiście na miarę tej okolicy, a w dodatku był starym, upartym człowiekiem. Tu trzeba było pomysłu. I nie chodzi mi o same głośniki... myśleliśmy, że trzeba je będzie sprowadzać z bazy, ale okazało się, że syn burmistrza ma dość kosztowny sprzęt, wystarczający do naszych celów, który zarekwirowaliśmy bezzwłocznie. Ważniejszy jednak był dobór piosenki. To ja, nie chwaląc się, uznałem, że nie ma sensu wykurzanie go melodią, której nie znosi. Wybraliśmy tę, którą kochał.”

 

Nie trzeba było długiego śledztwa wśród byłych kadetów, by ustalić, że pułkownik, sentymentalny człowiek starej daty, szczególnie lubi nieśmiertelną La cumparsitę. W San Ignacio dysponowano trzema nagraniami, z których Morales wybrał najprostsze: bez akordeonu, bez orkiestry, zwykły wyciąg fortepianowy. „Sam fortepianwspominał – tylko tam-ta-ta-tam i ciszej taratarara, i znowu, tam-ta-ta-tam, wybijane, i znowu taratarara... Mieliśmy urządzenia tłumiące hałas, ale nawet nas doprowadzał do furii ten rytm, który czuliśmy w bebechach. Całe miasteczko było takie podminowane, że w każdym momencie spodziewaliśmy się ataku”.

 

Nagranie trwało 3 minuty i 26 sekund, miało być puszczane aż do skutku, dzień i noc. Tak też się stało. Szóstego dnia, kiedy leciało po raz 2528, padł strzał, z trudem słyszalny przez nuty drugiego refrenu. Pułkownik Aureliano Arencibia, pierwszy i ostatni prezydent i generalissimus Republiki Kordylierskiej, wypalił sobie w usta, nie mogąc znieść tego, że znienawidził swoje ulubione tango.