Autor: Radek Bednarz
Wydanie: MWM 05/2015

Here, There and Everywhere

Article_more
Jest 6 kwietnia 1966 roku, w londyńskim studiu EMI przy Abbey Road zespół The Beatles ma rozpocząć sesję nagraniową materiału na album Revolver. To dzień szczególny dla młodego asystenta Geoffa Emericka. Ku swojemu zaskoczeniu otrzymał on propozycję zastąpienia inżyniera dźwięku, z którym Beatlesi współpracowali do tej pory. Świadomy niepowtarzalnej szansy zrealizowania nagrań dla jednego z najpopularniejszych zespołów w historii, w napięciu wyczekuje przyjazdu muzyków i rozpoczęcia sesji w studiu numer trzy. „No dobra, chyba powinienem przedstawić im zmiany” – słyszy w reżyserce z ust producenta zespołu, George’a Martina, kiedy chłopcy zaczynają pojawiać się w studiu. „Przedstawić zmiany?”. Okazuje się, że żaden z Beatlesów nie wie o roszadzie personalnej na stanowisku inżyniera dźwięku. To potęguje u młodego Geoffa stres i obawę o akceptację swej nowej roli przez artystów. Pierwszą próbą jest opisany poniżej moment nagrania wokalu Johna Lennona do piosenki Tommorow Never Knows. Geoff zaskakuje pomysłowym rozwiązaniem, a na koniec dnia (a raczej nocy) zyskuje pełną aprobatę zespołu. Tak rozpoczyna wieloletnią współpracę z The Beatles, którzy swym kolejnym albumem realizowanym przez Emericka (Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band) zyskują Grammy, wywracając pojęcie muzyki rozrywkowej do góry nogami. W swoich wspomnieniach sesji nagraniowych Geoff Emerick opisuje eksperymenty oraz innowacje, które dały początek zabiegom stosowanym dziś powszechnie przez producentów muzyki elektronicznej. Jesteśmy świadkami wielkich przyjaźni oraz trudnych do zniesienia napięć i konfliktów, które doprowadzają do rozpadu zespołu. Emerick pozwala nam podglądnąć „tu, tam i wszędzie”, zaszyć się w niedostępne pomieszczenia kompleksu studyjnego, razem z Beatlesami pośmiać się, powygłupiać i pokłócić. To nie jest książka jedynie dla muzyków czy realizatorów związanych z fachem. To wycinek fascynującej historii oraz osobista analiza fenomenu pop-kultury XX wieku przeprowadzona przez ciekawego faceta, który stał tuż obok. Gorąco polecam w oryginale (niestety brakuje przekładu na język polski).

„Czegoś takiego jeszcze nie graliśmy – mówił George’owi Martinowi John. – Ma tylko jeden akord, a całość ma być transowa, jak dron”. W tym ekscytującym, pionierskim dla psychodelii okresie, monotonne utwory zyskiwały na popularności; podejrzewam, że miały być słuchane „na haju”. Myślę, że tylko w takim stanie można było je docenić. Mój gust nie miał tu jednak żadnego znaczenia – miałem zapewnić artyście i producentowi taki dźwięk, jaki chcieli. Kiedy więc podsłuchałem końcową wskazówkę Johna dla George’a: „chciałbym brzmieć jak Dalajlama, śpiewający na szczycie góry gdzieś w oddali”, postawiłem uszy na baczność. 

 

John zawsze miał mnóstwo pomysłów na brzmienie; wyobrażał sobie to, co chciałby usłyszeć. Niestety, w przeciwieństwie do Paula miał problem z wyrażaniem tego w inny sposób niż przy pomocy abstrakcyjnych określeń. Paul powiedziałby: „tej piosence przydałyby się dęciaki i kotły”, a John coś w stylu: „chciałbym, żeby to brzmiało jak James Dean pędzący autostradą na motocyklu”, albo: „chcę brzmieć jak Dalajlama śpiewający z wierzchołka góry”.

 

George Martin kiwnął głową w stronę Johna na znak aprobaty i spojrzał na mnie porozumiewawczo. „Rozumiem. Na pewno wymyślimy coś razem z Geoffem”. Oczywiście znaczyło to, że liczył, że to Geoff coś wymyśli. Rozglądałem się w panice po studiu. Wydawało mi się, że mniej więcej zrozumiałem pomysł Johna, ale nie wiedziałem, jak go zrealizować. Na szczęście miałem trochę czasu, ponieważ John postanowił zacząć nagrania od zapętlenia jego prostej partii gitary i perkusji Ringa. John zażyczył sobie potężnego brzmienia, więc postanowiliśmy nagrać tę partię szybko, a potem zwolnić przy odtwarzaniu. Dzięki temu mogliśmy osiągnąć pożądane tempo, a gitara i bębny zyskiwały brzmienie „z innego świata”.

 

Przez cały czas zastanawiałem się, jak brzmiałby Dalajlama śpiewający na szczycie Highgate Hill, kilka kilometrów od studia. Zacząłem robić w myślach inwentarz sprzętu, jaki mieliśmy do dyspozycji. Standardowe triki studyjne i stół mikserski to za mało. Mieliśmy też w studio kabinę pogłosową i mnóstwo wzmacniaczy, ale nie miałem pomysłu, jak je wykorzystać.

Pomyślałem, że być może sztuczka udałaby się z pewnym wzmacniaczem, przez który dotychczas nikt jeszcze nie przepuszczał głosu. Organy Hammonda, które mieliśmy w studio, były podpięte do systemu zwanego Leslie. To było duże drewniane pudło ze wzmacniaczem i dwoma zestawami obrotowych głośników – jeden dla niskich częstotliwości basowych, drugi dla sopranów. To temu systemowi organy Hammonda zawdzięczały w dużym stopniu swoje charakterystyczne brzmienie. W wyobraźni mogłem niemal usłyszeć głos Johna przepuszczony przez Leslie. To było nieco pracochłonne zadanie, ale pomyślałem, że w ten sposób możemy osiągnąć efekt, o który chodziło Johnowi.

 

„Myślę, że wiem, co zrobić z głosem Johna” – powiedziałem George’owi w reżyserce, kiedy kończyliśmy edytować pętlę. Wyjaśniłem mu mój pomysł, nie kryjąc ekscytacji. George zmarszczył brwi na chwilę, ostatecznie przytaknął, po czym poprosił Beatlesów czekających w studio na gotową pętlę, aby zrobili sobie przerwę na herbatkę, podczas gdy „Geoff pokombinuje coś z wokalem”.

 

Niecałe pół godziny później Ken Townsend, nasz konserwator, podpiął wszystkie kable. Phil i ja przeprowadziliśmy test, umieszczając ostrożnie mikrofony w pobliżu głośników Leslie. Brzmienie było dość niesamowite; miałem nadzieję, że spodoba się Lennonowi. Wziąłem głęboki oddech i poinformowałem George’a Martina, że możemy zaczynać.

 

John zajął miejsce przy mikrofonie, a Ringo za bębnami. Byli gotowi na dogranie wokalu i partii perkusji do zarejestrowanej wcześniej pętli; Paul i George Harrison wyszli do reżyserki. Kiedy wszyscy byli już gotowi, George Martin zapowiedział przez mikrofon: „Uwaga… zaczynamy”. Phil włączył zapętlone nagranie, Ringo zaczął bębnić z furią, a John zamknął oczy, odchylił głowę do tyłu i rozpoczął swój śpiew.

„Turn off your head, relax and float downstream…” – głos Lennona brzmiał inaczej niż kiedykolwiek, dziwnie odłączony, odległy, ale jednocześnie fascynujący. Efekty wydawały się doskonale pasować do uduchowionego tekstu piosenki. Wszyscy w reżyserce, z George’em Harrisonem włącznie, byli pod wielkim wrażeniem. Przez szybę zauważyliśmy, że John się uśmiecha. Pod koniec pierwszej zwrotki entuzjastycznie uniósł kciuki w górę. McCartney i Harrison zaczęli poklepywać się po plecach. „To DalajLennon!” – zawołał Paul.

 

Przełożyła Olga Drenda

 

Geoff Emerick, Here, There and Everywhere: My Life Recording the Music of the Beatles, Gotham Books 2007.

 

BOND / Radek Bednarz – wrocławianin, basista, założyciel międzynarodowej platformy artystycznej Eklektik Session, pomysłodawca projektów specjalnych Eklektik Orchestra. Jest liderem tria Hang Em High (z Lucienem Dubuis i Alfredem Voglem) oraz zespołu Miloopa. Niezależny wydawca płyt, producent, wieloletni promotor zagranicznych artystów w Polsce. Występował na prestiżowych festiwalach w USA, Francji, Niemczech, Austrii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Holandii, Estonii, Szwecji, Czechach, Słowacji, Luksemburgu, na Węgrzech. (www.gig-ant.pl)