Wydanie: MWM 03/2012

Psychodeliczny blues

Article_more
W hipnotycznych utworach opisuje brutalne morderstwa i segregację, nędzę indiańskich rezerwatów i przerażenie pierwszych niewolników w drodze przez ocean. Mroczne tematy rasowej nienawiści zyskują dodatkowy wymiar, kiedy pamięta się o tym, że stanowią one część rodzinnej historii samego artysty.

Cóż to za bluesman, który przez pół życia prowadził firmę sprzedającą antyki i nieźle na tym zarabiał? Słynny Leadbelly siedział w więzieniu za zabójstwo, a młody Muddy Waters zbierał przynajmniej bawełnę na plantacji. Dopiero splot osobistych doświadczeń i surowego artyzmu  tworzył legendy największych przedstawicieli gatunku. Problem w tym, że świat, o którym śpiewali wielcy bluesmani z przeszłości, już nie istnieje. Pakty z diabłem na rozstajach o świtaniu, voodoo, mojo i wędrówki w górę Rzeki – wszystkie te toposy opuściły rzeczywistość i stały się częścią mitycznej krainy amerykańskiego Południa. A Otis Taylor jest muzycznym archeologiem tej mitologii.

 

Stereotyp mówi, że blues jest muzyką o bólu. Tak bardzo unikający oczywistości Taylor paradoksalnie wpisuje się w ten szablon jak mało kto. W hipnotycznych utworach opisuje brutalne morderstwa i segregację, nędzę indiańskich rezerwatów i przerażenie pierwszych niewolników w drodze przez ocean. Mroczne tematy rasowej nienawiści zyskują dodatkowy wymiar, kiedy pamięta się o tym, że stanowią one część rodzinnej historii samego artysty (dziadek muzyka zginął jako ofiara linczu). Trudno uwierzyć, że ta nasycona krwawą tematyką muzyka jest tak atrakcyjna w odbiorze. Nawiązując bowiem w równym stopniu do elektrycznego stylu chicagowskiego, jak i najbardziej pierwotnej twórczości wiejskich śpiewaków, Taylor stworzył własną hybrydę – „transowy blues”, jak sam chętnie ją nazywa.

Tak, to zdecydowanie dziwny bluesman. Muzyką jego dzieciństwa był rock i jazz, zaś blues budził w jego rodzinie jak najgorsze skojarzenia ze światem biedy i upokorzeń, od którego szczęśliwie udało się uciec. Właściwie typowej dla bluesa progresji harmonicznej prawie u Taylora nie usłyszymy. Zamiast tego artysta sięga po sprawdzony przez dawnych mistrzów psychodeliczno-transowy blues (z czasów, kiedy jeszcze nikomu nie przyszedłby do głowy taki termin) Mississippie Freda McDowella czy Blind Willie Johnsona: w nieskończoność przetrzymuje muzyczną akcję na jednym akordzie, co tworzy niebywałe wręcz napięcie. Często nie buduje utworów w oparciu nawet o najprostsze schematy harmoniczne, ale stosuje strój otwarty (z charakterystyczną dla siebie prowokacyjnością mówi, że to z powodu swojej muzycznej ignorancji, bo nigdy nie nauczył się grać żadnej skali). Blues bez bluesa – cóż, cały Taylor.

 

Z drugiej strony na swój sposób kontynuuje najstarszą tradycję wędrownych grajków przemierzających Amerykę od Luizjany, przez Tennessee, aż po Wirginię, mających w repertuarze nie tylko bluesy, ale też ragtime’y, spiritualsy i folkowe piosenki zarówno białej, jak i czarnej biedoty. Na swoje płyty zaprasza skrzypków z Appalachów, hołubi pradawne, ale i wyśmiewane banjo, a rytmicznie jego utwory bardziej niż typowego bluesa przypominają muzykę bluegrass, a nawet country. Jeśli dodamy do tego występ znakomitego jazzowego pianisty Jasona Morana na płycie Pentatonic Wars and Love Songs i wszechobecną niemal wiolonczelę, mamy pełny obraz mnogości źródeł, z jakich czerpie Taylor.

 

Jako że nie jest odkrytym przez jakiegoś etnologa samorodkiem, tylko świadomym artystą, 64-letni dziś Taylor odczuwa potrzebę zmiany formuły swojego psychobluesa. I tak, w zamyśle, Pentatonic Wars sprzed trzech lat miały zapełniać lekkie piosenki o miłości. W zamyśle – bo przecież transowy Taylor nie może ot tak przestać być Taylorem. Rok temu wydano album Clovis People Vol. 3, którego tytuł jest nazwą pierwotnej  kultury, jakiej ślady odkryto na wykopalisku nieopodal domu w Boulder w stanie Kolorado. Tym razem po raz pierwszy dokonał rekonstrukcji swojej własnej przeszłości, z której chyba jest dość zadowolony, bo całość jest utrzymana w wyjątkowo pogodnym, jak na niego, nastroju. Jednak na najnowszej płycie Contrabande wraca już niepokój i trans, a osobiste bluesy rodem z Delty mieszają się z historiami z wojny secesyjnej.

 

Teraz najważniejsze – 18 marca zespół pod wodzą Otisa Taylora wystąpi w warszawskim klubie Hybrydy. Jeśli więc wpatrując się w spłowiałe zdjęcia z dawnego życia w Alabamie, czują Państwo dreszcze i słyszą w głowie oniryczne zawodzenie starego bluesmana, warto wybrać się na spotkanie z mitem.

 

Tomasz Gregorczyk