Wydanie: MWM 05/2015

The Green Mill w Chicago

Article_more
„Idziemy na koncert Patricii Barber do klubu Ala Capone” – powiedziała zaprzyjaźniona osoba w Chicago. Opuszczamy centrum miasta. Po kilkunastu minutach jazdy samochodem na północ wzdłuż Jeziora Michigan docieramy do dzielnicy Uptown, do owianego legendą klubu Green Mill.

Koncert już się zaczął. Portier niczym dyrygent na próbie orkiestry pokazuje wprawnymi palcami, że trzeba zapłacić za wejście, wyłączyć telefony i nie wolno rozmawiać. Na tle jazzowej ballady odzywa się metaliczny dzwonek zabytkowej kasy stojącej na barze. Trzeba też coś zamówić, pokazuje portier i prowadzi nas do stolika. Mimo panującego wokół półmroku dobrze widać malowidła w ramach zrobionych z grubej boazerii, która jest częścią wystroju z lat sześćdziesiątych. Green Mill jest jednak znacznie starszy. Jego historia zaczyna się w 1907 roku, wtedy powstaje lokal o nazwie Pop Morse’s Roadhouse. W owym czasie dzielnica znana dziś w Chicago jako Uptown była częścią miasteczka zwanego Lake View. Lokal, zwłaszcza zaś jego obszerny ogródek piwny, był popularny wśród mieszkańców Chicago, którzy odwiedzali znajdujący się nieopodal cmentarz św. Bonifacego. W roku 1910 niejaki Tom Chamales kupił to miejsce od Popa Morse’a, rozbudował je, dodając między innymi parkiet taneczny. Na dachu postawił duży zielony młyn, któremu miejsce zawdzięcza swoją nazwę. Nazwa „Green Mill” wzorowana była na słynnym paryskim czerwonym młynie – Moulin Rouge. Kolor został zmieniony z czerwonego na zielony, by przyzwoite z założenia miejsce nie było w żaden sposób kojarzone z licznymi lokalami działającymi wówczas w Chicago w uliczkach czerwonych latarń. W owym czasie Uptown określano mianem „Hollywoodu nad jeziorem” ze względu na prężnie działający tu przemysł filmowy. Ponoć sam Charlie Chaplin po pracy w pobliskich Essanay Studios chętnie wpadał na drinka właśnie do Zielonego Młyna.

 

Charlie Chaplin nie był jedynym sławnym bywalcem tego lokalu. W latach prohibicji The Green Mill zmienił się w knajpę gangsterską. Udziały w klubie miał James Vincenzo DeMora, znany lepiej jako „Machine Gun” Jack McGurn. Pracodawcą Jacka McGurna był niejaki Alphonse „Scarface” Capone. Zielony Młyn szybko stał się ulubionym lokalem Ala Capone w Chicago, nie tylko dlatego, że działał legalnie dzięki haraczowi płaconemu policji, ale przede wszystkim ze względu na to, że występował tu ulubiony śpiewak owianego złą sławą mafiosa: Joe E. Lewis. Lewis cieszył się wówczas ogromną popularnością, dzięki której mógł otrzymywać tygodniową gażę w wysokości sześciuset pięćdziesięciu dolarów, co było sumą astronomiczną. Pewnego dnia w centrum miasta otworzył się nowy klub i zaproponował mu hojniejsze wynagrodzenie w wysokości tysiąca dolarów tygodniowo. Lewis zachęcony podwyżką zdecydował się zmienić miejsce pracy, mimo surowego zakazu McGurna. Trzy dni później „nieznani sprawcy” napadli go w garderobie i ucięli mu język. Lewis przeżył i powrócił do Green Mill, by występować jako komik, zaś McGurn – zleceniodawca egzekucji – został wkrótce zastrzelony przez zabójców z konkurencyjnego gangu. Wydarzenie to zostało upamiętnione w Green Mill, za barem można zobaczyć przedstawiający je obraz okraszony następującym wierszykiem:

 

Big Al was ingesting spaghetti

Machine Gun McGurn, surprisingly still

Said to Joe E. „You’ll look like confetti

If you try to leave the Green Mill”.

 

Co w wolnym przekładzie brzmi:

 

Wielki Al łykał spaghetti

McGurn groził, że słowo zmieni w czyn

Rzekł Joemu E.: „Będziesz jak confetti

Gdy opuścisz Zielony Młyn”.

Losy Joego E. Lewisa stały się tematem filmu Charlesa Vidora The Joker is Wild z 1957 roku z Frankiem Sinatrą w roli głównej – jak słusznie zauważył pewien amerykański krytyk filmowy – odtwórcą nader wiarygodnym, jako że Sinatra też to i owo o mafii wiedział.

 

Legenda głosi, że ilekroć Al Capone pojawiał się w Green Mill, zespół przerywał grę, by wykonać jego ulubioną Błękitną rapsodię. Gangster siadał na swoim stałym miejscu, skąd można było cały czas obserwować wejście, w którym przecież zawsze mogła nagle pojawić się policja.

 

Choć zmieniły się nie tylko czasy, ale i klientela baru, do dziś pozostało w Green Mill kilka pamiątek z ery prohibicji. Za barem wciąż jest ukryta zapadnia, przez którą wyciągano nielegalny alkohol wwożony przez hydrauliczną windę. Pod ziemią znajdowały się korytarze służące przede wszystkim do transportu tegoż alkoholu, ale będące też drogą ewakuacyjną, z której skorzystać można było podczas policyjnego nalotu lub wizyty innych niechcianych gości. Czy droga ta jest dalej czynna, niestety nie udało mi się ustalić.

 

Choć obecny wystrój lokalu powstał w znacznej mierze w latach sześćdziesiątych,  wizyta w Green Mill bardzo silnie porusza wyobraźnię i pozwala przenieść się myślami w przeszłość, zwłaszcza przy szklaneczce tego, co w czasach prohibicji było w Chicago zakazane. Podczas przerwy w koncercie przy stoliku obok wywiązała się dyskusja, czy złota era jazzu i era wielkich gangsterów przypadały na te same lata. Trudno byłoby znaleźć jednoznaczną odpowiedź na to pytanie. Niewątpliwie era wielkich gangsterów już się skończyła, zaś gdy na scenę Green Mill powraca Patricia Barber ze swoim kwartetem, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że złota era jazzu wciąż trwa.