Wydanie: MWM 05/2015

Ona tańczy dla mnie

Article_more
Wiły wyglądają jak młode dziewczyny, porywają do tańca mężczyzn i tak długo z nimi pląsają, aż nieszczęśnicy umrą. Ale co tam śmierć, skoro – jak pisał Heinrich Heine – „przyzywają tak kusicielsko, ich kształty czynią tyle słodkich obietnic”. Poeta spotkał je podobno na Śląsku, koło Wrocławia.

Richard Wagner pisał o tym w czerwcu 1841 roku z Paryża, w korespondencji dla „Dresdner Abend-Zeitung”. Bynajmniej nie po to, żeby ostrzec panów przed „kusicielkami”, ale żeby zachęcić do ich oglądania. Oraz do ulegania im. W Operze Paryskiej szykowano akurat premierę baletu romantycznego Giselle (Giselle ou Les Willis), którego libretto napisali Théophile Gautier i Jules-Henri Vernoy de Saint-Georges na podstawie opowieści Heinego. Pomysłodawcą był Gautier, zachwycony włoską tancerką Carlottą Grisi. Widać jej kształty czyniły wiele słodkich obietnic, bo wyobraził ją sobie jako wiłę. Trzy dni pisania libretta, kilka dni roboty choreografów oraz kompozytora, a potem można było już liczyć pieniądze i wynosić trupy z widowni. Głównie męskie. Bo romantyczne tancerki były bardziej niebezpieczne od wił.

Mężczyźni tracili dla nich głowy i majątki, kobiety chciały im wydrapać oczy. To Madonny i Rihanny XIX wieku. Wielka sława, wielkie skandale, ale i wielka sztuka. Zwiewne jak rusałki, czczone i podziwiane przez tłumy, z jednej strony były ucieleśnieniem romantycznych ideałów, a z drugiej budziły bardzo ziemskie pożądania i ulegały im. Ich wizerunki powielano na kartach pocztowych, reprodukowano w gazetach, odtwarzano w porcelanie. Zamiast zaglądać z rana na „Pudelka” czy sprawdzać, kogo obsmarował „Plotek”, XIX-wieczny mieszczuch zerkał na witrynę własnej serwantki, gdzie swoje porcelanowe wdzięki prezentowały odważnie Fanny Elssler i Marie Taglioni, najwybitniejsze tancerki epoki baletu romantycznego, nota bene odwieczne rywalki. Były kilkanaście lat (nie wypominając) starsze od Grisi, Taglioni zaczynała swoje panowanie w Operze Paryskiej w 1827 roku, Elssler wkroczyła na tę scenę siedem lat później. Mężczyźni marzyli, że zostaną wpuszczeni za kulisy i będą mogli podziwiać wdzięki primabalerin bez wsparcia teatralnej lornetki.

Bogini i kurtyzana
A było co podziwiać, jeśli porcelanowe biusty Elssler i Taglioni były zgodne z tym, co matka natura dała tancerkom, i jeśli wierzyć relacjom mężczyzn tak doświadczonych, jak francuski pisarz Théophile Gautier:

„Fanny Elssler jest tancerką wysokiego wzrostu, dobrze zbudowaną, nogi jej wycyzelowane… Ma małą główkę i delikatne ramiona… Oczy jej posiadają wyraz pikanterii, ironii i namiętności. Poza tym ta twarz o rysach tak prawidłowych, iż wydają się być wykute z marmuru, oddaje wyraz wszystkich uczuć, od tragicznego bólu do szalonej radości. Kasztanowe włosy bardzo miękkie, jedwabiste, lśniące, rozdzielone przedziałkiem, otaczają czoło stworzone w równej mierze, by nosić diadem bogini lub wianek kurtyzany. I choć jest piękną kobietą, smukłość budowy pozwala jej z wielkim powodzeniem nosić strój męski”.

Miała zdolności aktorskie i niezwykły temperament, który nie mieścił się w rygorach tańca klasycznego, więc rozszerzyła zastany styl, wprowadzając tańce ludowe (w tym polskie) i charakterystyczne. Temperament zachowywała także poza sceną, co docenił między innymi Leopold, książę Salerno, syn króla Obojga Sycylii – Ferdynanda Burbona. Związała się z nim jako siedemnastolatka i urodziła Leopoldowi syna Franza. Dwa lata później została protegowaną wrocławianina z pochodzenia, Friedricha von Gentza, będącego prawą ręką kanclerza Austrii, Metternicha.

Kanclerz przegrywa z tancerką
Gentz, o czterdzieści sześć lat starszy od tancerki, otoczył ją opieką: włożył wiele wysiłku w to, żeby nauczyć ją poprawnie mówić po francusku. Podsuwał odpowiednie lektury, żeby Fanny na salonach dobrze się prezentowała, i wyrabiał jej znajomości. Metternich próbował wprawdzie skłonić Gentza do porzucenia tej działalności pedagogicznej, ale Fanny miała więcej powabów niż kanclerz i Gentz opiekował się tancerką do końca swego życia (czyli trzy lata, do 1832 roku).

Jak przyszłość pokazała, Elssler radziła sobie i bez męskiej opieki. W czerwcu 1836 roku odbyła się w Operze Paryskiej premiera baletu Le Diable boiteux (Diabeł kulawy) z choreografią Jeana Coralliego, ułożoną specjalnie dla Fanny, żeby pokazać jej temperament i możliwości techniczne. Święciła w nim niebywałe triumfy, a widzowie nie byli w stanie usiedzieć w miejscu, gdy z wielką werwą wykonywała – akompaniując sobie na kastanietach – taniec „cachucha”.

Była też pierwszą europejską tancerką solistką, która wyjechała w 1840 roku na tournée do Ameryki, gdzie występowała przez dwa lata, odnosząc wielkie triumfy. Ze sceną pożegnała się, mając już ponad czterdzieści lat!

Motyl z tytułem hrabiny
Rywalka Fanny Elssler, Marie Taglioni, też robiła piorunujące wrażenie. Pochodziła z rodziny włoskich tancerzy i choreografów, jej ojciec, Filippo, debiutował w Operze Paryskiej, potem występował w Sztokholmie i Petersburgu, wreszcie zebrał swoją roztańczoną rodzinę (tancerzem był również syn Paolo, wnuczka Marie także poszła w ślady sławnej ciotki) w objazd po Europie. Najsławniejsza z Taglionich była oczywiście Marie, Paryż oszalał na jej punkcie, gdy w 1832 roku wykonała tytułową rolę w balecie Sylfida. Choreografię ułożył Filippo, to był popis jego córki.

„Niefrasobliwy lot motyla – pisał francuski krytyk – owe kulki pyłków, które łagodny wiatr kwietniowy porywa jak puch z kielichów kwiatów i unosi w powietrze, to jedyny obraz, z jakim można porównać nieśmiały wdzięk, żartobliwy zapał i pełną artyzmu skromność Sylfidy. Taglioni doprawdy nie wygląda na śmiertelniczkę. Sam Bóg, tworząc cherubiny, nie mógł im dać piękniejszej postaci”.

Docenił to także hrabia Gilbert de Voisins, który natychmiast zakuł Sylfidę w małżeńskie kajdany. Małżeństwo przetrwało tylko trzy lata, a Taglioni pofrunęła dalej. Wywoływała szaleństwo, niczym wiła Heinego. Baletki, w których tańczyła w Petersburgu, zostały sprzedane za dwieście rubli, ugotowane, podane z sosem i zjedzone przez baletowych maniaków. Marie zatańczyła na jednej scenie z Grisi w 1845 roku, w balecie Pas de Quatre z choreografią męża Carlotty, Julesa Perrota. Miała wtedy czterdzieści jeden lat, jej występ podziwiali królowa Wiktoria i książę Albert. Dwa lata później zeszła ze sceny, wyjechała do Wenecji, gdzie w niewyjaśnionych okolicznościach straciła majątek.  

Sylfida dla cara  
Ale nazwisko Marie Taglioni w programach teatralnych nadal się pojawiało. W 1861 roku Jan Mikołaj Fritz ogłosił w warszawskiej „Gazecie Codziennej” sprawozdanie wrocławskiego Teatru Miejskiego na zakończenie sezonu: w trakcie 362 wieczorów pokazano 173 sztuki, w tym „31 oper treści poważnej (3 nowe), a 17 treści wesołej (4 nowe), 15 operetek (6 nowych) i 12 baletów (4 nowe)”. Wśród gości ściągniętych przez wrocławską dyrekcję była Marie Taglioni, ale ta młodsza, rocznik 1833, bratanica wiły, której baletki zjedzono z sosem i uwielbieniem.

Szczyt jej kariery przypadał na lata 1847–1866, występowała przed najlepszą publicznością. W 1851 roku Warszawa ekscytowała się tym, że w Starej Pomarańczarni w Łazienkach Królewskich car Mikołaj z żoną Aleksandrą oraz swoim szwagrem, królem pruskim Fryderykiem Wilhelmem IV, oglądali przedstawienie składające się – jak pisał „Kurier Warszawski” – z „Divertissement tancerskiego (kompozycji P. Turczynowicza), ze scen z opery Ernani, w którym występowali Panna Hollosy, Panowie Dobrski i Troschel, oraz z Divertissement z baletu Sylfidy (kompozycji pana Filipa Taglioni), a wykonanego przez Pannę Marję Taglioni z Panem Alexandrem Tarnowskim i z corps de ballet”.

Jak wygląda raj
Gazeta nie napisała, czy monarchowie byli zachwyceni. Wprawdzie oglądali Sylfidę w towarzystwie żon, ale w obecności motyla, cherubina czy wiły spod Wrocławia inne kobiety nie istniały. Tancerki uwodziły, kiedy chciały i jak chciały. Inna rzecz, że miały ułatwione zadanie. Powiedzmy szczerze, dama w owym czasie była tak ubrana, że tylko Stworzyciel wiedział, jak naprawdę wygląda. Nie ma się więc co dziwić, że tancerki pląsające w lekkich tiulach, z obnażonymi łydkami rzucały męską część widowni na kolana. Nareszcie mieli okazję zobaczyć, co Bóg przygotował dla Adama. Po prostu raj.