Wydanie: MWM 06/2015

Moja filharomnia

Article_more
Na pewno jest wiele osób znacznie bardziej ode mnie zasłużonych, uprawnionych do tego, by móc tak poufale nazywać najważniejszą instytucję muzyczną we Wrocławiu. Zwłaszcza wobec mijających właśnie siedemdziesięciu lat jej historii. Moje doświadczenie zawodowe związane z Filharmonią (przepracowałem w niej dziewięć lat) czy trwająca ponad czterdzieści lat działalność recenzenta muzycznego, a także pozostawanie jednym z wierniejszych wrocławskich melomanów – to wszystko, jak sadzę, upoważnia mnie do tego, by mieć prawo do subiektywnego i bardzo osobistego wypowiadania się w pierwszej osobie.

Tak, to „moja Filharmonia”. Pierwszy z nią kontakt, jaki pamiętam, miałem jako uczeń Liceum Muzycznego. 16 listopada 1962 roku w Auli Politechniki – to była wówczas główna sala koncertowa Filharmonii Wrocławskiej – występował po raz pierwszy we Wrocławiu wybitny dyrygent radziecki, Kirył Kondraszyn. Doskonale pamiętam, jak z wypiekami na twarzy obserwowałem niemal od środka – z trzeciego rzędu – orkiestrę i dyrygenta „w akcji”. Była to na pewno Eroica Beethovena, choć w zachowanym programie – z autografem dyrygenta! – widnieje Dziewiąta Szostakowicza. Zresztą zmiana w programie (co wówczas dość często się zdarzało) dotyczyła także solisty: zamiast figurującego tam Michela Blocka (pamiętanego z VI Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego ulubieńca publiczności i pupila Artura Rubinsteina) wystąpiła Regina Smendzianka, co potwierdza autograf na stronie tytułowej mojego programu.

 

***

 

Był to okres dość krytycznie ocenianej dyrekcji Radomira Reszkego – dyrygenta o niezwykłej elegancji i nienagannej postawie, a jednocześnie – jak mawiano – mężczyzny o zabójczej urodzie. Miał niewątpliwe zasługi, przede wszystkim jako współtwórca założonej w 1954 roku Wrocławskiej Orkiestry Symfonicznej. Za jego kadencji (1961–1963) gościła we Wrocławiu Orkiestra Filharmonii Sofijskiej, występowali między innymi Nikita Magaloff i Bronisław Gimpel, Filharmonia pozyskała Chór Zjednoczonych Zespołów Śpiewaczych. Z jego inicjatywy odbył się też I Festiwal Kompozytorów Ziem Zachodnich (późniejszy Festiwal Polskiej Muzyki Współczesnej, a obecnie – Musica Polonica Nova). Ale też w działalności kierowanej przez niego Filharmonii, pod ponawianym wciąż naciskiem władz PRL, pojawił się nurt imprez lżejszego kalibru (z muzyką rozrywkową), które miały przyciągnąć nowego, nieprzygotowanego słuchacza.

 

Tych koncertów jakoś nie zapamiętałem. Za to stałem się odtąd zagorzałym melomanem. Piątkowe wieczory w Auli Politechniki, niekiedy na zmianę z niedzielnymi porankami w uniwersyteckiej Auli Leopoldyńskiej (gdzie orkiestra Filharmonii czasem występowała), zaczęły wyznaczać rytm mojego uczestnictwa w prawdziwym, „dorosłym” życiu koncertowym, najpierw w towarzystwie mojego ojca, później ze szkolnymi kolegami. Do swoistego rytuału, praktykowanego w przerwie koncertu, podczas spaceru holem prowadzącym długim łukiem z sali do zaplecza estrady, należało dzielenie się uwagami i dyskutowanie (często zażarte) na temat poznawanych utworów i wykonawców. Tam ustawiała się kolejka po autografy do artystów. Tam poznawaliśmy też muzyków orkiestry, znanych z cotygodniowych koncertów. Wciąż mam ich w pamięci: długoletniego koncertmistrza Ignacego Grobelnego i jego zastępców – skrzypka Janusza Wyląga, altowiolistę Floriana Bryłę i wiolonczelistę Zdzisława Butora, flecistę Józefa Balcara, oboistę Romualda Grubę, klarnecistę Teodora Ławniczaka, fagocistę Stanisława Lecha, waltornistę Piotra Wołczyka, puzonistów – Wilhelma Krzystka i Ireneusza Jacaka, harfistkę Marię Szarek. Odtąd przez wiele następnych lat były to dla mnie „twarze Filharmonii”.

 

Ale filharmonia to nie tylko sama muzyka. To także publiczność – szczególna publiczność. Bo inaczej niż w kinie, teatrze czy nawet operze – spotyka się ona (a przynajmniej jej część) regularnie na cotygodniowych koncertach, z których każdy jest odmienny; z nowym programem, innym solistą i innym dyrygentem. Gdy już znalazłem się w tym gronie, również tutaj wiele twarzy wkrótce stało się bliskich, znajomych, choć anonimowych. Dopiero po latach dowiadywałem się, że na przykład pewien dostojny, starszy pan w okularach, widziany co tydzień, to mecenas Andrzej Jochelson – wrocławski pionier, niezwykle zasłużony organizator i działacz społeczny, meloman, a wytworna, elegancka dama to znana profesor medycyny. Inne dwie mocno starsze panie, obecne na każdym koncercie, w gronie kolegów z uśmiechem nazywaliśmy „babciami koncertowymi”. Bywał na koncertach pewien jegomość – zawsze z torbą turystyczną na ramieniu, inny – jaskrawo ubrany, o podejrzanej powierzchowności – zwracał uwagę tyleż wyglądem, co nadzwyczajnym skupieniem i uwagą. To było zawsze bardzo zróżnicowane i barwne towarzystwo.

 

W tym czasie nie interesowałem się jeszcze prasą, krytyką muzyczną, ale już dochodziły do mnie echa ciętych recenzji Ryszarda Bukowskiego czy ostrych i bezpardonowych ocen Ewy Kofin publikowanych na łamach Słowa Polskiego.

 

Włączyłem się w nurt filharmonicznego życia koncertowego, które było już w pełni rozwinięte, miało swój regularny rytm, stałą publiczność, rezonans w mediach. Wprawdzie Filharmonia nie posiadała jeszcze własnej siedziby i własnej sali, ale działała „na pełnych obrotach”.

 

***

 

Całkiem naturalne stało się więc moje zainteresowanie jej początkami i przeszłością, choć to przyszło znacznie później. Zdawało się, że w zniszczonym Wrocławiu trudno byłoby odwoływać się do tradycji przedwojennych, niemieckich. Ale oto okazuje się (odkryła to doktor Maria Zduniak, wybitny znawca przeszłości muzycznej Wrocławia), że właśnie w niedalekim sąsiedztwie dzisiejszej Filharmonii – przy obecnej ulicy Zielińskiego, w pobliżu Teatru Polskiego – usytuowany był, niestety zburzony w 1945 roku, Wrocławski Dom Koncertowy (Breslauer Concerthaus). Swoją siedzibę miała tutaj orkiestra Wrocławskiego Stowarzyszenia Orkiestrowego (Breslauer Orchester-Verein) – główna ówczesna instytucja muzyczna Wrocławia. Mało tego. W latach 1890–1901, uznanych za okres jej największej świetności, działał tam wybitny polski dyrygent, Rafał Maszkowski. Dzięki staraniom Marii Zduniak i dyrektora Andrzeja Kosendiaka postać dyrygenta w 2006 roku została uczczona uroczystym koncertem i tablicą pamiątkową umieszczoną na ścianie Filharmonii.

 

Ale przecież u samych początków Filharmonii, już w polskim Wrocławiu, istniała też inna, bardzo cieniutka, lecz realna nić (a właściwie sieć) powiązań z przedwojenną przeszłością. 29 czerwca 1945 roku, a więc jeszcze wśród świeżych zgliszcz Festung Breslau, w Teatrze Miejskim (obecnej Operze) odnotowany został pierwszy koncert Miejskiej Orkiestry Symfonicznej, zorganizowanej przez Stefana Syryłłę, wrocławskiego pioniera, przybyłego w maju z Krakowa. Stworzona przez niego orkiestra składała się niemal w całości z niemieckich muzyków – pracowników przedwojennych instytucji muzycznych – oraz… tylko dwóch muzyków polskich. Już po roku orkiestra liczyła pięćdziesięciu pięciu muzyków narodowości polskiej. Ale właśnie ten koncert uznaje się odtąd za początek życia muzycznego w polskim Wrocławiu i faktyczny początek działalności Filharmonii. 7 października oficjalnie rozpoczął się jej pierwszy sezon koncertowy. Wprawdzie nigdy nie uzyskała formalnie statusu filharmonii, od początku podjęła też współpracę z zespołem Opery, utworzonym przez Stanisława Drabika, uczestniczyła w historycznej premierze Halki i we wszystkich późniejszych premierach, ale do roku 1949 prowadziła regularną działalność koncertową jako Filharmonia Wrocławska. Nazwa ta widnieje na jej ówczesnych programach i afiszach. Do 1947 roku kierował nią Stefan Syryłło, następnie – Kazimierz Wiłkomirski. Ze wzruszeniem i dumą odnotowuje się też, że pierwsze kroki jako dyrygent stawiał tu zaproszony do stałej współpracy Stanisław Skrowaczewski, który od razu zwrócił uwagę swym wielkim talentem. Zagadnięty o to podczas jednej z niedawnych wizyt, przyznał, że był to dla niego okres bardzo cennych doświadczeń, lecz zapamiętał Wrocław przede wszystkim jako miasto ruin i zgliszcz…

 

Mimo wszystko udawało się jednak wtedy nakłonić do przyjazdu i występów we Wrocławiu wielu wybitnych artystów polskich, a także zagranicznych: skrzypaczki Irenę Dubiską, Eugenię Umińską, Wandę Wiłkomirską; pianistów Henryka Sztompkę, Bolesława Woytowicza, Zbigniewa Szymonowicza, Władysława Kędrę, Zbigniewa Drzewieckiego, Ryszarda Baksta; wiolonczelistę radzieckiego Daniela Szafrana; dyrygentów Witolda Krzemińskiego, Zdzisława Górzyńskiego, Stanisława Wisłockiego, Andrzeja Panufnika, a z Czech Rafaela Kublika i Vaclava Smetačka. Z wielkim powodzeniem koncertowali też wrocławscy artyści – pianista Piotr Łoboz, skrzypaczka Alicja Hakowska-Rozgórska, Kazimierz Wiłkomirski (jako wiolonczelista). 

***

 

Upaństwowienie Opery i włączenie w jej skład orkiestry sprawiło, że w latach 1949–1954 właściwie nie organizowano koncertów symfonicznych, a Wrocław został pozbawiony Filharmonii. Nowy rozdział w dziejach tej instytucji otworzyła dopiero Wrocławska Orkiestra Symfoniczna, która 21 października 1954 roku pod batutą dyrektora Adama Kopycińskiego zainaugurowała swą działalność – właśnie w Auli Politechniki, gdzie wcześniej indywidualnym i społecznym wysiłkiem stworzono już pewną tradycję koncertową.

 

Ale w operowym kanale orkiestrowym jeszcze przez wiele lat grali muzycy, którzy dawali żywe świadectwo tej „pierwszej” Wrocławskiej Filharmonii, a wśród nich między innymi Alicja Hakowska-Rozgórska jako koncertmistrz, skrzypek Alfred Banaś, wiolonczeliści Stanisław Banaś i Stefan Turczyn, flecista Zygfryd Biegała, oboiści Stanisław Brzozowski i Stanisław Popiel, klarnecista Ignacy Świtalski, waltorniści Janusz Jacyszyn i Bolesław Kuropatnicki.

 

W ten sposób, zagłębiając się w historię, ogarniam dziś pamięcią i sentymentem także całą przeszłość „mojej Filharmonii”.

 

Szczególne miejsce zajmuje w niej profesor Adam Kopyciński. Gdy go poznałem – jako dyrygenta operowego (od 1961 roku był dyrektorem i głównym dyrygentem Opery Wrocławskiej) – był już owiany legendą „ojca-założyciela” nowej Filharmonii, zwanej od 1958 roku „Państwową”, oraz postacią numer jeden życia muzycznego we Wrocławiu. Z orkiestrą Filharmonii występował już rzadko, najwyżej raz w sezonie. Programy jego koncertów niekiedy zwracały uwagę oryginalnym repertuarem. Jemu zawdzięczałem, zapewne wraz z wieloma innymi wrocławskimi melomanami, możliwość usłyszenia po raz pierwszy „na żywo” wstępu do Tristana i Izoldy Wagnera – kompozytora, na którym w PRL-u długo ciążyło odium z powodu roli, jaką pełniła jego muzyka w hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy. Innym razem ogromne wrażenie zrobiło na mnie wysłuchanie Wariacji i Fugi na temat Mozarta Regera wykonanych pod batutą Adama Kopycińskiego – muzyki też niezwykle rzadko prezentowanej na polskich estradach. Pamiętam, z jaką mistrzowską pewnością, spokojem i opanowaniem realizował te skomplikowane partytury.

 

Jego siedmioletnia kadencja jako dyrektora Wrocławskiej Orkiestry Symfonicznej, a potem Państwowej Filharmonii (1954–1961), zapisała się między innymi wykonaniem Beethovenowskiego cyklu symfonii, uwieńczonego Dziewiątą, Koncertów brandenburskich Bacha oraz wielu utworów współczesnych kompozytorów polskich, a także występami taki artystów, jak Lew Oborin, Adam Harasiewicz, Fou-Tsong, Imre Ungar, Witold Małcużyński, Bernard Ringeissen, Sidney Harth, Roza Fajn, dyrygenci – Kurt Rapf i George Byrd, wizytą Państwowej Orkiestry Symfonicznej ZSRR pod dyrekcją Konstantego Iwanowa i lipskiego Gewandhausu pod batutą Franza Konwitschnego oraz pierwszym występem zagranicznym wrocławskiej orkiestry – w Görlitz.

 

Po dwuletnich rządach jego następcy, Radomira Reszkego, dyrekcję Filharmonii na kolejne dwa sezony objął Włodzimierz Orficki (1963–1965). Nasiliła się wtedy wspomniana wcześniej estradowo-rozrywkowa tendencja programowa, uzasadniana zaleceniami władz ministerialnych. Zrażony zaostrzającą się krytyką i protestami wrocławskiego środowiska, Włodzimierz Ormicki zrezygnował z dalszego pełnienia swej funkcji i opuścił Wrocław. Lecz znów – w mojej pamięci zapisały się z tych lat przede wszystkim sensacyjne występy Daniela Szafrana, Belli Dawidowicz, Światosława Richtera, laureatów Konkursu Chopinowskiego – Marty Argerich, Artura Moreiry Limy, Edwarda Auera, sławnego amerykańskiego Kwartetu La Salle, rewelacyjnej Orkiestry Kameralnej Rudolfa Barszaja. Po raz pierwszy we Wrocławiu wykonane zostało Stabat Mater Karola Szymanowskiego pod dyrekcją Henryka Czyża, i to w Kościele św. Elżbiety, swą podniosłą, muzyczno-religijną atmosferą antycypując nastrój bliskich już koncertów festiwalu Wratislavia Cantans, a w Dużym Studiu Polskiego Radia Wrocław odbyły się I Dni Muzyki Organowej – kolejny sygnał rodzącego się i jakby przeczuwanego zapotrzebowania melomanów na muzykę sakralną.

 

***

 

Zresztą wkrótce nastąpił prawdziwy przełom w dziejach Filharmonii Wrocławskiej i wrocławskiego życia muzycznego. Po długotrwałych staraniach władze miasta pozyskały jednego z najwybitniejszych ówczesnych polskich dyrygentów – Andrzeja Markowskiego, który okazał się dla Wrocławia, jak potem mówiono i pisano, najprawdziwszym mężem opatrznościowym. Wydźwignął Filharmonię z niewątpliwego kryzysu, jaki dostrzegano w jej działalności już od dłuższego czasu. Przede wszystkim radykalnie odnowił orkiestrę, pozyskując nowych, młodych, utalentowanych muzyków, także spoza Wrocławia. Wprowadził dyscyplinę i własne metody pracy, o których zresztą krążyły legendy. Wkrótce wyraźnie podniósł się poziom orkiestry. Powołał do życia kameralną orkiestrę i chór kameralny (późniejszy chór kameralny Cantores Minores Wratislavienses, stworzony i kierowany przez Edmunda Kajdasza). W niezwykły sposób ożywił repertuar i wydatnie go poszerzył. Utwory różnych epok, od wczesnego baroku po współczesność, zestawiał w niekonwencjonalny sposób, wprowadził też nowe formy, jak „koncert koncertów”.

 

Również każda jego obecność za pulpitem dyrygenckim przynosiła wydarzenia budzące żywe emocje. Na długo pozostały mi w pamięci takie kreacje, jak Symfonia g-moll i Requiem d-moll Mozarta (w Dużym Studiu Polskiego Radia Wrocław), Orfeusz i Eurydyka Glucka (z niezapomnianym solo fletowym Jerzego Mrozika), Peleas i Melizanda Debussy’ego, Symfonia w trzech częściach Strawińskiego.

 

Najdobitniejszym jednak przejawem kreatorskich pasji oraz talentów Andrzeja Markowskiego jako animatora życia muzycznego i jego najwspanialszym darem dla Wrocławia był Festiwal Oratoryjno-Kantatowy Wratislavia Cantans, zainaugurowany już w pierwszym roku jego kadencji dyrektorskiej. Również Dni Muzyki Organowej, poszerzone przez niego o muzykę klawesynową, przeżywały swój rozkwit.

 

Andrzej Markowski doprowadził też do pierwszych prestiżowych występów Orkiestry Filharmonii Wrocławskiej na „Warszawskiej Jesieni” i na Drezdeńskim Festiwalu Muzycznym. Wreszcie – za jego dyrekcji, 18 grudnia 1968 roku, nastąpiło otwarcie pierwszej własnej siedziby Filharmonii – pięknie zaprojektowanej i zaaranżowanej sali koncertowej, z zapleczem dla pracowników oraz przestronnym foyer i przytulną kawiarenką. To stworzyło zupełnie nową sytuację dla artystów i dla publiczności, otwierając dla Filharmonii nowe perspektywy, a także pogłębiając i wzmacniając również moje emocjonalne związki z tą instytucją.

Ciąg dalszy w numerze wrześniowym „Muzyki w Mieście”.