Wydanie: MWM 06/2015

Dyrygenci

Article_more
Hans von Bülow, pierwszy „nowoczesny” dyrygent, mawiał podobno: „nie ma dobrych orkiestr, są tylko dobrzy dyrygenci”. Niektórzy przekonują, że obecnie cierpimy na brak charyzmatycznych kapelmistrzów, podobnie jak na brak autorytetów w innych dziedzinach. Twierdzeniu temu zaprzeczają siedemdziesięcioletnie dzieje Orkiestry Filharmonii Wrocławskiej, dziś Orkiestry Symfonicznej NFM, które znaczone są nazwiskami mistrzów batuty: od Stanisława Skrowaczewskiego do Benjamina Shwartza. Oto wspomnienia najważniejszych dyrygentów związanych z filharmonią we Wrocławiu.

Tadeusz Strugała

Moje pierwsze kontakty z ówczesną Wrocławską Orkiestrą Symfoniczną, później Orkiestrą Filharmonii Wrocławskiej, a obecnie Orkiestrą Symfoniczną NFM, miały miejsce w 1954 roku. Czym się wtedy zajmowałem? Otóż w liceum moim drugim instrumentem był obój, zatem przez dwa sezony grałem właśnie w tym nowo narodzonym zespole na oboju i na rożku angielskim. To był początek mojej działalności artystycznej. Równocześnie zaczęła się moja przygoda z dyrygenturą. Studiowałem u profesora Adama Kopycińskiego, który był jednym z założycieli tej orkiestry. Raz do roku umożliwiał nam, swoim studentom, dyrygowanie zespołem podczas koncertów dyplomowych tamtejszego liceum i akademii muzycznej. Etatowym drugim dyrygentem zostałem jednak w 1964 roku, przyjął mnie wtedy do pracy dyrektor Włodzimierz Ormicki, którego później na tym stanowisku zastąpił Andrzej Markowski. W 1969 roku, po jego odejściu zostałem najmłodszym w Polsce dyrektorem naczelnym, artystycznym i pierwszym dyrygentem. Współpraca z Filharmonią Wrocławską trwała aż do 1980 roku.

 

To, z czego jestem niezwykle dumny, to fakt, iż udało mi się stworzyć „Filharmonię dla młodych”. Uważałem, że nie można czekać, aż młodzież sama przyjdzie na koncert, trzeba wyjść jej naprzeciw, dlatego te koncerty były specjalnie zaplanowane pod kątem młodych osób. Ważny jest również fakt, że to właśnie Filharmonia Wrocławska była pierwszym w Polsce miejscem, w którym wprowadzono cykle koncertowe, tematycznie związane z różnymi formami muzycznymi czy kompozytorami. Później dzięki temu narodził się pomysł abonamentów, który podchwyciły wkrótce instytucje w całym kraju.

 

Jedenaście lat mojego urzędowania było okresem bardzo zróżnicowanym. Oczywiście politycznie był to czas przed wprowadzeniem stanu wojennego, więc odczuwalna była większa swoboda. Myślę, że miedzy innymi dzięki temu mogliśmy dość często wyjeżdżać za granicę. Szczególnie zapadła mi w pamięć jedna z pierwszych podróży, do Berlina Zachodniego. Wykonaliśmy wtedy Pasję Józefa Elsnera i muszę przyznać, że był to olbrzymi sukces. Publiczność nie pozwalała nam zejść z estrady przez kilkanaście minut. Myślę, że to również był ważny czynnik, dla którego później pozwalano nam grać w Bułgarii, Czechach, na Słowacji czy we Włoszech.

 

Z wyjazdami wiąże się też inna ciekawa historia. Mianowicie nasza sala koncertowa miała, delikatnie mówiąc, nie za dobrą akustykę. Wykonywaliśmy we Wrocławiu wtedy III Symfonię Henryka Mikołaja Góreckiego ze Stefanią Woytowicz. Pamiętam, że kontrabasy tworzące nastrój pierwszej części brzmiały brzydko. Wyjechaliśmy po premierze tego utworu na koncert do Budapesztu, gdzie występowaliśmy w pięknej sali akademii muzycznej. Zacząłem próbę i po prostu nie mogłem uwierzyć, w to, co słyszałem: moje kontrabasy grały jak same stradivariusy! Stefania podeszła do mnie od razu i powiedziała: „Słuchaj, ty masz znakomitą orkiestrę! Czemu oni tak źle grają we Wrocławiu?”. Rzecz w tym, że akustyka jest często sprzymierzeńcem, ale równie dobrze może być wrogiem orkiestry. Zatem chyba nie muszę tłumaczyć, jak bardzo się cieszę z powodu tego, że w przyszłym sezonie koncertowym orkiestra, z którą jestem związany prawie od samego jej początku, będzie miała w końcu swoją piękną, nową salę koncertową.

 

 

Marek Pijarowski

Pracę w Filharmonii Wrocławskiej zacząłem w bardzo typowy jak na tamte czasy sposób. Dyrektorem był wtedy Tadeusz Strugała, był on również moim pedagogiem w akademii muzycznej. Studiowałem na drugim lub trzecim roku, gdy w pewnym momencie powierzył mi poprowadzenie próby sekcji dętej do Pasji Józefa Elsnera. Potem przyszedł bardzo poważny koncert, byłem wtedy jeszcze przed dyplomem, zostałem rzucony na głęboką wodę. Doskonale pamiętam program tego wieczoru, graliśmy między innymi Szeherezadę Rimskiego-Korsakowa, niezwykle trudny utwór dla młodego studenta dyrygentury. Co gorsza, dyrektor Strugała nie był obecny podczas tego koncertu. Zostałem sam i gdyby nie olbrzymie wsparcie zespołu, nie wiem, jak by to wszystko się potoczyło.

 

Po ukończeniu studiów zacząłem etatową pracę w Filharmonii Wrocławskiej na stanowisku asystenta dyrygenta. Później byłem drugim dyrygentem, a gdy Tadeusz Strugała przeszedł do Filharmonii Narodowej, jako dwudziestodziewięcioletni młody artysta objąłem stanowisko dyrektora artystycznego zespołu. Byłem wtedy najmłodszym dyrektorem takiej instytucji w Polsce!

 

Proszę zwrócić uwagę na to, że teraz nie ma już takiego stanowiska, jak drugi dyrygent. Młodzi, często niebywale zdolni ludzie nie mają tej naturalnej ciągłości edukacji, jaka była powszechnaw tamtych czasach. Kiedyś zaczynało się od ustawiania pulpitów, sprawdzania nut i przechodziło się przez kolejne etapy wtajemniczenia. To była bardzo logiczna droga – czeladnika, który, zanim zacznie działać samodzielnie, początkowo latami przygląda się pracy swojego mistrza. Taką drogę przeszedłem i ja.

 

Kiedy obejmowałem stanowisko dyrektora artystycznego orkiestry, nastąpiły trudne czasy – początek lat osiemdziesiątych, później transformacja. Chciałbym bardzo mocno podkreślić, że zawsze miałem niezwykle silne wsparcie kolegów, muzyków i związków zawodowych. Nigdy nie mieliśmy większych zatargów, konfliktów. Bardzo dużo ze sobą rozmawialiśmy, udało się nam wspólnie przejść przez ten niespokojny dla Polski czas. Każdy z nas wychodził ze skóry, żeby publiczność, która przychodziła na koncerty, nigdy nie odczuła, że mamy jakiś problem – czy to z materiałami, czy aspektami technicznymi. Otwierały się drzwi, wychodziliśmy na estradę i wszystkie problemy zostawialiśmy za sobą. Ta orkiestra do tej pory niezwykle szanuje swoich słuchaczy i dba o nich.

 

Może to nie najlepiej zabrzmi, ale dla mnie zawsze będzie to mój zespół. Cały czas jest on bliski mojemu sercu. Za każdym razem, gdy przyjeżdżam do Wrocławia, w momencie, w którym przekraczam progi tej instytucji i dochodzi do mnie jej zapach, wracają wszystkie wspomnienia. To jest moje dziecko, które hołubiłem przez dwadzieścia jeden lat. To bardzo dużo. Nieważne czy byłem później w Łodzi, czy teraz jestem w Poznaniu. Wszystko zaczęło się tutaj, od tej pierwszej próby z sekcją dętą i od odważniej decyzji Tadeusza Strugały, który wpuścił młodego muzyka na estradę. Postawił wtedy na niedoświadczonego, niepewnego konia i myślę, że chyba czas pokazał, iż nie była to zła decyzja. 

Ewa Michnik

Już w latach sześćdziesiątych Filharmonia Wrocławska cieszyła się w Polsce znakomitą renomą. Byłam wówczas młodym dyrygentem i nawet nie myślałam wtedy o operze. To wykonywanie muzyki symfonicznej było moim marzeniem, moim celem. W 1975 roku otrzymałam zaproszenie do Wrocławia, aby poprowadzić jeden z koncertów zespołu. Pamiętam to jak dziś, wykonaliśmy Ognistego ptaka Igora Strawińskiego, bardzo piękną legendę Kikimora Anatolija Liadowa oraz dokonaliśmy prawykonania Koncertu wiolonczelowego Piotra Perkowskiego. Zaraz potem, w 1976 i 1977 roku, dostałam kolejne zaproszenia. Później często współpracowałam z orkiestrą również w ramach festiwalu Wratislavia Cantans, którego byłam dyrektorem artystycznym.

 

Pamiętam, że Orkiestra Filharmonii Wrocławskiej słynęła od lat siedemdziesiątych z fantastycznych koncertów w ramach „Filharmonii dla młodych”. Była pod tym względem wzorem dla innych miast. W tamtym latach byłam silnie związana z ośrodkiem krakowskim i powiem szczerze, że bardzo zazdrościli oni Wrocławiowi fenomenalnego kontaktu z młodymi ludźmi. Myślę, że do tej pory zespół przywiązuje do tego bardzo dużą wagę.

 

Warto wspomnieć, że dzisiejsza Orkiestra Symfoniczna NFM to zespół, który zawsze miał olbrzymie znaczenie dla Wrocławia. Szczególnie dobrze było to widać w czasach, gdy nie odbywało się aż tak wiele wydarzeń kulturalnych. W tamtym okresie każdy wrocławianin, który interesował się kulturą, nie tylko odwiedzał wystawy muzealne, ale przede wszystkim chodził na wszystkie koncerty filharmoniczne. To był taki niepisany obowiązek. Było wtedy bardzo dużo abonamentów, orkiestrze towarzyszyła rzesza wiernych słuchaczy. Dziś trochę zmienił się zarówno przekrój publiczności, jak i profil orkiestry.

 

Nie można też zapomnieć o tym, że Filharmonia Wrocławska była zawsze mekką muzyki współczesnej. Odkąd pamiętam mówiło się, że warto przyjechać do Wrocławia, aby posłuchać utworów niezwykle prężnie działającej tam szkoły kompozytorskiej.

 

Myślę, że Filharmonia Wrocławska jest bardzo ważnym miejscem spotkań ludzi kultury. Jest przestrzenią, gdzie od lat kształci się gusta nie tylko dorosłych melomanów, lecz także młodych słuchaczy.

 

 

Jacek Kaspszyk

Moja współpraca z Orkiestrą Symfoniczną NFM zaczęła się bardzo prozaicznie. Pewnego dnia zostałem po prostu zaproszony do poprowadzenia koncertu gościnnego, a że świetnie nam się pracowało i otrzymaliśmy znakomite recenzje, dyrektor Andrzej Kosendiak zaproponował mi stałe prowadzenie zespołu. Wstępnie się zgodziłem, jednak chciałem zobaczyć, jak będzie układała się nasza współpraca. Przez pierwszy rok byłem zatem głównym dyrygentem gościnnym. Po tym – jak okazało się – owocnym czasie, bez wahania zdecydowałem się przyjąć stanowisko dyrektora artystycznego orkiestry.

 

Wspominam te kilka lat bardzo pozytywnie, świetnie mi się pracowało z zespołem, to niesamowicie ambitni i profesjonalni muzycy. Myślę, że wszystkie wydane płyty, zagrane koncerty i wyjazdy potwierdziły, że praca, którą razem wykonaliśmy, przyniosła wspaniałe rezultaty. Wrocławska orkiestra stała się jedną z ważniejszych orkiestr nie tylko w Polsce, lecz także w Europie. Potwierdzają to zarówno recenzje, jak i opinie publiczności.

 

Zawsze powtarzałem, że międzynarodową karierę robi się przede wszystkim u siebie. Jeżeli na co dzień gra się świetnie, gdy przychodzi czas wyjazdu, nie trzeba wkładać wielkiego wysiłku, aby pokazać się z dobrej strony. Wrocławscy muzycy podchwycili tę ideę, stała się ona naszą dewizą. To w znacznej mierze przyczyniło się do tak dużego rozwoju orkiestry. Nadal często przyjeżdżam do Wrocławia, wciąż znakomicie nam się pracuje. Myślę, że świadczy to o tym, że był to dobry okres zarówno dla mnie, jak i dla zespołu. Do końca życia zostanie mi wspomnienie czegoś bardzo ważnego, był to znaczący rozdział w moim życiu artystycznym.

 

 

Benjamin Shwartz

Wszystko zaczęło się dwa lata temu, kiedy spotkałem się po raz pierwszy z Orkiestrą Symfoniczną NFM. Występowałem wtedy na koncercie gościnnym we Wrocławiu. Muzycy zrobili na mnie olbrzymie wrażenie swoim poziomem wykonawczym, bardzo poruszyli mnie podczas tego wieczoru. To był początek naszej współpracy, w tym samym roku zostałem dyrektorem artystycznym zespołu.

 

Tym, co budzi mój największy podziw we Wrocławiu, jest to, że na nasze koncerty przychodzi rzesza młodych ludzi. Dość często występuję w Niemczech i pod tym względem dzieli nas niesłychana przepaść. Oczywiście, tak jak tam, mamy też starszych słuchaczy, jednak za każdym razem, gdy staję przed pulpitem dyrygenckim we Wrocławiu, widok tak dużej liczby młodych twarzy robi na mnie wielkie wrażenie.

 

Myślę, że przez te dwa lata ja i orkiestra bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Muzycy znają mnie zdecydowanie lepiej, wiedzą, jakie są moje priorytety i co oznaczają pewne moje gesty czy słowa. Przeszliśmy wspólnie na kolejny etap rozwoju – mówimy coraz mniej, a za to tworzymy coraz lepszą muzykę. Orkiestra zrobiła przez ten czas bardzo duży postęp, szczególnie jeżeli chodzi o instrumenty dęte. Dołączyło do nas też wielu nowych, młodych muzyków, którzy przynieśli ze sobą świeżą energię, ambicję i chęć do ciągłego eksperymentowania. Graliśmy bardzo dużo polskiej muzyki współczesnej. Związane to było z festiwalami, takimi jak Musica Polonica Nova czy Musica Electronica Nova, ale również z regularnymi koncertami.

 

To właśnie te wieczory, podczas których wykonujemy muzykę polską, budzą we mnie najsilniejsze emocje. Pamiętam, że podczas pierwszego z takich występów zagraliśmy Uwerturę na orkiestrę smyczkową Witolda Lutosławskiego. Nigdy nie zapomnę, jak pięknie brzmiała wtedy orkiestra. Mocno zapadł mi w pamięć również występ, na którym wspólnie z Kubą Jakowiczem wykonywaliśmy I Koncert skrzypcowy Karola Szymanowskiego. Zakochałem się wtedy w muzyce tego kompozytora. Podczas całego tygodnia prób czułem się jak w siódmym niebie. Ta muzyka jest magiczna i tajemnicza. Sprawia, że mój umysł i serce działają w zupełnie inny sposób.

 

Teraz najważniejszą rzeczą zarówno dla mnie, jak i dla zespołu jest przeniesienie się do nowej sali. Przestrzeń, w której się gra, jest niesłychanie ważna, to integralna część każdej orkiestry. Tak jak skrzypce mają swoje „ciało”, czyli pudło rezonansowe, tak „ciałem” orkiestry jest sala. Czuję, że nasz zespół nie może rozwinąć się już bardziej w przestrzeni, w której teraz występujemy. Przeprowadzka przed przyszłym sezonem do nowej sali to początek olbrzymiej transformacji. Myślę, że gdy to już nastąpi, nie będziemy mieli żadnych ograniczeń. Jestem przekonany, że zespół będzie z każdym dniem, tygodniem czy miesiącem stawał się coraz lepszy. Wierzę również, że artystycznie będzie to początek naprawdę świetlanej przyszłości dla tej orkiestry.