Wydanie: MWM 06/2015

Magicy czasu

Wywiad z muzykami zespołu Polish Cello Quartet
Article_more
Najważniejszą sprawą jest znalezienie tych kilku wspólnych dni w miesiącu. To często wygląda dość komicznie, gdy wyciągamy kalendarze, ktoś rzuca jakąś datę - trzy osoby wtedy mogą, ale ta jedna mówi: „Przepraszam, ale ja nie mogę”. Musimy być magikami, trzeba czas nawet stwarzać, trochę go naciągać.

Dobrawa Lisak-Gębala: Gdy PCQ rozpoczynał swą działalność w 2011 roku był pionierskim przedsięwzięciem na gruncie polskim i nadal pozostaje jedynym tego typu, stale działającym zespołem. Mają panowie poczucie, że działalność kwartetu wypełniła pewną lukę w krajowej kameralistyce?

Adam Krzeszowiec: Tak, staramy się cały czas, żeby nasza działalność była pionierska w każdym kierunku – również jeśli chodzi o dobór repertuaru (często zamawiamy nowe kompozycje), czy też o współpracę z różnymi artystami. Zawsze staramy się iść, można powiedzieć, troszkę pod prąd, żeby to, co robimy, było ciekawe dla nas i dla słuchaczy.

 

Mają panowie na swoim koncie bardzo interesujące prawykonania – podczas Jazztopadu  w 2013 roku zespół występował wspólnie z Tonym Malabym i Christopherem Hoffmanem. Podczas tegorocznego festiwalu Musica Electronica Nova sięgnęli panowie po kompozycje Franciszka Araszkiewicza, Damira Očki, Agaty Zubel i Thiery’ego de Meya – znalazły się w tym zestawie utwory wzbogacone o dodatkowe, pozamuzyczne elementy. PCQ najwyraźniej nie boi się nowych wyzwań i eksperymentów. Czy tego rodzaju doświadczenia są interesujące dla muzyków klasycznych?

Wojciech Fudala: Oczywiście. To jest niezwykle rozwijające i taki był w zasadzie zamysł, gdy rozpoczynaliśmy działalność, żeby iść jakby dwoma drogami jednocześnie, czyli żeby wykonywać repertuar, który już istnieje, oryginalnie napisany na kwartet wiolonczelowy, ale też szukać nowych dróg przez współpracę z jazzmanami czy przez wykonywanie całkiem nowej muzyki.

 

W życiu artystycznym łączy panów wiele, by wspomnieć chociażby o licznych sukcesach odniesionych w roli młodego wiolonczelisty-solisty bądź o studiach poza granicami kraju. Czy w życiu pozaartystycznym równie wiele panów łączy, na przykład jakieś wspólne pasje niezwiązane z muzyką poważną?

Tomasz Daroch: Piłka nożna!

Adam Krzeszowiec: Jeśli mieliśmy chwilę wolnego podczas sesji prób trwającej dłużej niż jeden dzień, to tworzyliśmy drużynę z naszego kwartetu. To jest dla nas jedna z form odpoczynku i wspólna pasja. Jeśli tylko pozwala na to napięty kalendarz każdego z nas, bo trzeba zaznaczyć, że PCQ jest jednym z wielu przedsięwzięć, w których bierzemy udział, to zawsze planujemy też spotkanie czysto towarzyskie, żeby wymienić się doświadczeniami, dowiedzieć się, co słychać.

Krzysztof Karpeta: Nie tylko my jako członkowie kwartetu się przyjaźnimy, ale też nasze żony bardzo się przyjaźnią. Dziewczyny dzwonią do siebie, czasem jeździmy razem na wakacje albo na weekendy. To brzmi trochę absurdalnie. Gdyby jakiś członek zespołu mającego staż trzydziestoletni usłyszał, co my tu mówimy, to pewnie by się zaśmiał.

Adam Krzeszowiec: Zobaczymy, co będzie za dwadzieścia pięć lat… (śmiech)

Krzysztof Karpeta: W sumie najpierw zawiązała się przyjaźń, potem zespół, i wszystko wskazuje na to, że nadal będzie się to tak dalej rozwijać – bo choć wszyscy pracujemy w różnych miejscach, to jednak kwartet zjeżdża się dwa–trzy razy w miesiącu.

Tomasz Daroch: Ważne jest przede wszystkim to, że nie spotykamy się tylko na próbach.

Wojciech Fudala: I jeszcze ze sobą rozmawiamy.

Krzysztof Karpeta: I możemy spać w tych samych pokojach. 

 

Od początku PCQ pracuje w jednopłciowym składzie. Czy uważają panowie, że czynnik płci ma jakieś znaczenie dla funkcjonowania zespołu? Wiolonczela bywa wszak postrzegana jako męski instrument. Przypomnę też – nieco zaczepnie – że Wiedeńczycy czy Berlińczycy bardzo długo bronili tradycji niedopuszczania kobiet do orkiestry, przy czym padały argumenty, w których grę w zespole porównywano do wspólnej walki na froncie. W takich trudnych, „wojennych” warunkach, jak wiadomo, dobrze mieć pewność, że można bez reszty liczyć na kolegów.

Tomasz Daroch: Wydaje mi się, że to się bardzo zmieniło w dzisiejszej dobie. Chyba nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, czy to ma jakieś wyjątkowe znaczenie, że w naszym zespole są sami mężczyźni.

Wojciech Fudala: I jednak dopuszczamy kobiety do współpracy. W zeszłym roku wspólnie z Tomkiem (co prawda nie jako PCQ) występowaliśmy na Jazztopadzie razem z naszą dobrą koleżanką, wiolonczelistką Agnieszką Kołodziej.

Krzysztof Karpeta: Ważniejszym czynnikiem w zespole kameralnym jest raczej poziom zaawansowania gry czy indywidualna osobowość.

Adam Krzeszowiec: Mnie też się wydaje, że chodzi raczej o charakter osoby, a nie o płeć, i w zespole nasze osobowości muszą się z jednej strony jakoś uzupełniać, czyli różnić, no ale z drugiej strony – musimy się dogadywać. W pewnych sytuacjach niewątpliwie jest nam łatwiej z tego względu, że jesteśmy w męskim gronie.

 

Niewątpliwie jest łatwiej umówić się na piłkę nożną.

Adam Krzeszowiec: No właśnie, chociaż przecież mógłby się znaleźć jakiś facet, który nie lubi piłki nożnej. Lub nie pije piwa. (śmiech)

Wojciech Fudala: To chyba zbyt długo by z nami nie współpracował.

W zespole panuje swoisty demokratyzm – w kolejnych utworach wymieniają się panowie miejscami, co w praktyce oznacza, że co chwilę inna osoba prezentuje pierwszą, wiodącą partię. Jak wygląda w praktyce przydział partii?

Krzysztof Karpeta: Od początku było takie założenie, że będziemy się wymieniać. Specyfika kwartetu wiolonczelowego jako kompozycji bardzo często pokazuje nam, że poszczególne głosy nie są tak podzielone, jak w tradycyjnym kwartecie smyczkowym. Nierzadko bywają to równorzędne partie. Oczywiście przy wirtuozowskich utworach XIX-wiecznych (przykładowo Wilhelma Fitzenhagena, Alfreda Piattiego czy Juliusa Klengla) to pierwsza wiolonczela ma wiodące znaczenie. Każdy z nas stale szuka utworów i z zasady osoba, która znalazła utwór, gra partię pierwszej wiolonczeli. Adam na przykład zaproponował Wiłkomirskiego i grał w tym utworze pierwszą partię. Chociaż ostatnio Tomek dostał Fitzenhagena w prezencie.

Tomasz Daroch: Z czego bardzo się cieszę oczywiście.

Adam Krzeszowiec: Stawiamy się na równi. Jeśli kompozytorzy, wiedząc o tym,  piszą coś dla nas, tworzą cztery naprawdę równorzędne partie. Utwory XIX-wieczne były bardzo często pisane dla wirtuozów wiolonczeli, którzy grali pierwszy głos, a pozostałe partie odtwarzali na przykład uczniowie, jak gdyby akompaniując soliście. To również jest ciekawa literatura, ale utwory o czterech równorzędnych partiach są jednak dla nas ciekawsze.

Krzysztof Karpeta: To też ujawniło się przy współpracy z Dominikiem Połońskim. Artur Zagajewski napisał dla nas utwór, w którym wykorzystywaliśmy te same możliwości, jeśli chodzi o artykulację czy wysokości dźwięku. Pięć równorzędnie potraktowanych wiolonczel stworzyło tu niesamowitą muzykę kameralną.   

 

Wspomnieli panowie o XIX-wiecznych wirtuozach, którzy byli też zasłużonymi nauczycielami, twórcami etiud, podręczników gry. Panowie również głęboko zaangażowani są w działalność dydaktyczną, czego doskonałym dowodem jest organizowanie drugiej już z kolei edycji Międzynarodowej Akademii Wiolonczelowej w Nysie. Czy formuła zespołu złożonego z kilku takich samych instrumentów, przykładowo kwartetu wiolonczelowego, może być z powodzeniem wyzyskiwana w ramach dydaktyki?

Krzysztof Karpeta: Jest ona z pewnością niezbędna w rozwoju młodych wiolonczelistów, uwrażliwia na wiele rzeczy, których nie daje zespół mieszany. Trzeba na przykład wiedzieć, jak operować kolorami, żeby wszystko brzmiało klarownie. To jest wiedza, którą staramy się przekazywać jako zespół młodym adeptom, by w przyszłości mieli świadomość tego, jak w orkiestrze poprowadzić grupę wiolonczel. Każdy z nas jest koncertmistrzem w jakiejś orkiestrze w Polsce i mamy świadomość tego, że trzeba wiedzieć, z czego skorzystać, żeby muzycy o różnym stopniu zaawansowania  mimo wszystko brzmieli jak jednolita grupa.

Adam Krzeszowiec: Uczniowie i studenci grający w zespołach w ramach Akademii poznają lepiej specyfikę instrumentu, ale myślę, że to jest przede wszystkim nauka muzyki kameralnej i pod tym kątem nie ma różnicy, czy to są cztery wiolonczele, czy tradycyjny kwartet smyczkowy, czy to jest miks jakichś zupełnie różnych instrumentów. Oni przede wszystkim uczą się słuchać siebie nawzajem.

Krzysztof Karpeta: Do tego staramy się jeszcze pokazywać im, z czym się wiąże zawód muzyka. Ostatnio był zaproszony fizjoterapeuta. Mówił, czym mogą grozić te wszystkie godziny spędzane na siedząco, podczas których wykonujemy te same ruchy, jeśli na przykład nie dbamy o swój rozwój fizyczny, o uprawianie sportów różnego rodzaju. Wiele osób mówiło nam potem, że to było dla nich bardzo uświadamiające. Z kolei teraz chcemy zainteresować młodych muzyków tym, jak jest zbudowana wiolonczela, żeby wiedzieli, jak się opiekować instrumentem, gdzie są słabe punkty konstrukcyjne.

Adam Krzeszowiec: To jest taka wiedza, której się w zasadzie w szkole muzycznej nie przekazuje, bo zwykle nie ma na to czasu. Dodałbym jeszcze, że grając w zespole z innymi osobami na podobnym poziomie, w podobnym wieku, uczniowie i studenci obserwują również, jak podobną rzecz gra kolega czy koleżanka. Ten czynnik interakcji jest może najcenniejszy.

Krzysztof Karpeta: To jest coś, co nas bardzo podbudowało i ujęło podczas pierwszej Akademii, a co owocuje przez cały rok (bo mamy nieustannie kontakt z tymi ludźmi). Wytworzyła się atmosfera wielkiej współpracy, powstała po prostu jedna grupa, obejmująca też wykładowców z zagranicy: Jelenę Očić i Roberta Traininiego. Wszyscy byliśmy cały czas razem i nie było w ogóle poczucia, że ktoś jest lepszy czy gorszy.

Tomasz Daroch: Nie było rywalizacji.    

Krzysztof Karpeta: Poza kwartetami prowadzonymi przez Wojtka i poza zajęciami indywidualnymi, które mają charakter otwarty, jest jeszcze orkiestra wiolonczelowa, a to jest bardzo rzadko spotykane zjawisko. Wiąże się to z wieloma zabiegami, trzeba wszystkich jakoś technicznie pomieścić na scenie, ale to niesamowicie rozwija. Zrezygnowaliśmy z tego, co oferuje większość kursów, czyli z koncertu złożonego z indywidualnych występów. Wszyscy za to pracują na ten jeden koncert, podczas którego występują w grupie, i to jest wartościowe. Również w ciągu roku opiekujemy się tymi studentami; na przykład organizujemy wspólne wyjazdy na koncerty.

 

Mam wrażenie, że są panowie mistrzami w zarządzaniu czasem. Niedługo przed koncertem zjeżdżają się panowie z kilku miast, wiąże się to chyba z potrzebą bardzo efektywnego wykorzystywania czasu prób. Zdarzają się często również i wspólne podróże artystyczne. To pewnie dość skomplikowana logistyka – związana choćby z transportem czterech tak dużych instrumentów. Jedno ze zdjęć zamieszczonych na profilu Facebook przekonuje, że umieją panowie jeździć z wiolonczelami nawet na rowerach, przypuszczam jednak, że to nie jest typowy środek lokomocji.

Tomasz Daroch: To był piękny środek lokomocji, ale dość przypadkowy, użyty tylko na wyspie holenderskiej.

Wojciech Fudala: Mieszkamy tak daleko od siebie, że na rowerach byśmy się jednak nie spotkali.

Adam Krzeszowiec: Najważniejszą sprawą jest znalezienie tych kilku wspólnych dni w miesiącu. To często wygląda dość komicznie, gdy wyciągamy kalendarze, ktoś rzuca jakąś datę – trzy osoby wtedy mogą, ale ta jedna mówi: „Przepraszam, ale ja nie mogę”. Ostatnio po koncercie w Lublinie rozjechaliśmy się w cztery różne strony, bo każdy miał już jakieś nowe zobowiązania. Pani powiedziała, że jesteśmy mistrzami w zarządzaniu czasem. Ja myślę, że musimy być magikami, trzeba ten czas nawet stwarzać, trochę go naciągać.

Krzysztof Karpeta: Ale da się! Pamiętam nasze początki, kiedy zaczynaliśmy z trudnym repertuarem, na przykład z kwartetem Bacewicz...

Tomasz Daroch: …i dodawaliśmy godziny do doby.

Krzysztof Karpeta: Próby kończyły się czasami o piątej nad ranem.

Adam Krzeszowiec: Kiedy już znajdujemy dzień wolny, to wykorzystujemy go maksymalnie. Nie ma innej możliwości.

Krzysztof Karpeta: Jest to specyficzna praca, bo z biegiem czasu widzimy, ile się kreuje zespołowo poza materiałem nutowym, jak się coraz bardziej zgrywamy. Nad niektórymi elementami już nie musimy pracować z tak wielkim pietyzmem, bo pewne rzeczy, jak barwy, intonację, mamy już wypracowane.

Adam Krzeszowiec: Po każdej próbie jesteśmy jakby o jeden poziom wyżej. Najtrudniejsze były początki.

Krzysztof Karpeta: Ale ciągle stoją przed nami nowe wyzwania. Podczas MEN na przykład pojawiła się potrzeba zgrania się z elektroniką, z obrazem, to niełatwe utwory. Jesteśmy otwarci na nowe pomysły, na przykład na jazz. Może kiedyś będziemy grać folk?

Tomasz Daroch: Wszystko jest możliwe.

 

A propos tej otwartości – jak oceniają panowie popkulturowy kwartet wiolonczelowy, czyli fińską Apocalypticę, która grywa heavy metal?

Tomasz Daroch: To świetni wiolonczeliści.

 

Czy koncerty PCQ bywają zaskoczeniem dla słuchaczy?

Tomasz Daroch: Na pewno szokujemy często repertuarem, bo nikt nie zna tych utworów. Ludzie jakby nie dowierzają, że to są oryginalne utwory, napisane na ten właśnie skład.

Krzysztof  Karpeta: Nie wszystkie są arcydziełami…

Wojciech Fudala: …ale zdarzają się perełki.

Krzysztof  Karpeta: Wojtek – „poławiacz pereł” – odkrył kilka takich utworów. Niewiele jest kwartetów wiolonczelowych w Europie, które uprawiają taką pracę „badawczo-naukową” i grają często z rękopisów znalezionych w bibliotekach. Nierzadko mamy nuty indywidualnie opracowywane, trzeba czasem nanieść poprawki.

Wojciech Fudala: Żeby było jasne – to nie jest tak, że my całymi dniami siedzimy w bibliotekach w różnych częściach Europy. Okazuje się, że tych utworów jest znacznie więcej, niż by się wydawało.

Krzysztof Karpeta: Dokonaliśmy na przykład polskiej premiery kwartetu Piotra Mossa z 1978 roku, utworu, który jest fantastycznie napisany i został nagrodzony na konkursie w Dreźnie, został wydany przez Petersa, ale nikt tego w kraju nie wykonywał. 

 

Na koniec chciałabym zapytać jeszcze o plan wydania płyty w przyszłym roku. Jakie utwory mogłyby znaleźć się na tym krążku?

Tomasz Daroch: To jeszcze nie jest postanowione.

Krzysztof Karpeta: Myśleliśmy początkowo, że skoro w nazwie mamy „polish”, to powinniśmy nagrać muzykę polską, ale bierzemy pod uwagę to, że kwartety Bacewicz czy Tansmana są już zarejestrowane, natomiast na pewno warto pokazać też utwory zagraniczne, które nie były dotąd w ogóle nagrywane.

 

Życzę powodzenia również i w tym projekcie. Dziękuję za rozmowę.