Wydanie: MWM 03/2012

Zapomniany język

Rozmowa z Kacprem Miklaszewskim
Muzyka z dawnych czasów, która przetrwała do dziś, pisana była przez kompozytorów wybitnych, dlatego nie pretendujmy do tego, by zrozumieć wszystko za pierwszym razem.

Piotr Matwiejczuk: Na pytanie „jak żyć?” nie miał odpowiedzi nawet sam premier. Może pytanie „jak słuchać?” jest prostsze? Kacprze, jak słuchać?

Kacper Miklaszewski: Aby łatwiej przejść przez życie, czasami trzeba skupić się tylko na kilku jego aspektach, zaś inne pozostawić w tle. Owszem, można się nimi rozkoszować, ale nie sposób wszystkie uznać za równie ważne. Podobnie jest z muzyką. Muzyka rozrywkowa ma bardzo konkretne funkcje, z czego wynika fakt, że tylko jedna lub dwie jej warstwy są ważne. Np. w muzyce tanecznej jest to puls i rytm, zaś w muzyce dziś nazywanej popową – melodia i jej związek ze słowem. W muzyce określanej współcześnie jako „poważna”, wszyscy kompozytorzy, także współcześni, chcąc dotrzeć do wyobraźni słuchacza, używają pewnych zwrotów, które zaczęły kształtować się w muzyce z tekstem jeszcze w średniowieczu, a potem – szczególnie intensywnie – w baroku.

 

A więc retoryka muzyczna.

W muzyce czysto instrumentalnej zawsze zawarte są symbole, figury muzyczne, czyli następstwa dźwięków różnej wysokości połączone z rytmem i harmonią. Figury te kojarzyć się mają z tymi treściami, które dawniej przekazywało słowo. A treści były bardzo różnorodne: od dzieł religijnych, przez operę, aż po pieśni, nierzadko o dowcipnych, wręcz pikantnych tekstach.

W takim razie muzykę instrumentalną minionych stuleci i współczesną moglibyśmy nazwać „wypowiedzią bez słów”.

Tak! Ale niestety trzeba zrobić jedno zastrzeżenie: wielu muzykologów, począwszy od Hanslicka, zaczęło stawiać muzykę instrumentalną wyżej, niż muzykę z tekstem. Dlatego stopniowo zapominano o retoryce muzycznej. Ale jeszcze w XIX wieku kompozytorzy bardzo sumiennie przestrzegali jej reguł. W twórczości Chopina, Schumanna, Mendelssohna, Liszta i Brahmsa większość elementów dramaturgicznych da się wytłumaczyć zastosowaniem bardzo ściśle określonych reguł retorycznych. Jeśli dzieje się dramat – musi być głośno, a kierunek melodii powinien być opadający; jeżeli po przeżyciach niebezpiecznych ma pojawić się szczęśliwe zakończenie – tryb minorowy obowiązkowo zmienia się na majorowy, a rejestr – z niskiego na wysoki. Kompozytorzy wiedzą, że trudno jest utrzymać uwagę słuchacza dłużej, niż przez trzy minuty. Dlatego co pewien czas wprowadzają nową fakturę, instrumenty, brzmienie, rejestry; zmieniają także kierunek linii melodycznej: jeśli pierwsza myśl muzyczna ma kierunek wznoszący, to druga – opadający. W symfoniach Klasyków Wiedeńskich najczęściej pierwszą melodię grają instrumenty smyczkowe, a drugą – dęte.

 

Ale nie zawsze tak było.

Według zasad retorycznych, duży utwór, taki jak sonata i symfonia, powinien być czymś w rodzaju ody bez słów, poświęconej jednemu bohaterowi, którego pokazuje się z różnych stron. Mówi się, że był mężnym człowiekiem i wielkim rycerzem, a jednocześnie troskliwym ojcem i czułym kochankiem. Dlatego w wielu utworach znajdziemy ten sam materiał muzyczny, jedynie inaczej pokazany. Taka oda wymaga następnie rozpatrzenia różnych argumentów „za” i „przeciw” bohaterowi, co w muzyce nazywa się przetwarzaniem: myśli muzyczne dzieli się, nakłada jedną na drugą, zagęszcza lub rozrzedza ich przebieg.

 

Dawniej muzyka, o której mówisz, a więc ta bardziej wyrafinowana, nie była dla wszystkich. Słuchali jej ludzie, którzy potrafili odczytywać zawarte w niej symbole, ukryte znaczenia, figury retoryczne.

Beethoven zakładał, że wszyscy, którzy kupią nutą jego dzieł, będą w stanie je zagrać. 12 Symfonii londyńskich Haydn pisał dla szerokiej publiczności, która przychodziła na koncerty do drewnianej chałupy przy Hanover Square w Londynie, postawionej przez impresaria Salomona. Wiedział, że słuchacze ci doskonale zrozumieją muzyczne sztuczki i dowcipy, których im nie szczędził. My, współczesna publiczność, niestety tego już nie potrafimy. Edukacja zapomniała o muzyce. A przecież śmiało można by z małych dzieci zrobić świadomych jej odbiorców. Nie zapominajmy o prostej prawdzie – żeby zrozumieć tekst pisany, trzeba się nauczyć mówić i czytać. Tak samo jest z muzyką – aby ją pojąć, trzeba mieć za sobą własne próby muzyczne.

 

Jak więc możemy słuchać muzyki, jeśli jesteśmy do tego nieprzygotowani?

Przede wszystkim postanówmy, że skupimy się na muzyce i jej poddamy. Mamy dwa sposoby. Jeden zakłada, że nie bawimy się w odszukiwanie alegorii, symboli i zwrotów retorycznych, tylko poddajemy się nastrojowi tworzonemu przez muzykę, jej aurze emocjonalnej. Drugi – to zabawa w ciuciubabkę. Starajmy się zapamiętać którąś z użytych przez kompozytora myśli, a następnie czekajmy na ponowne jej pojawienie się i sprawdźmy, jak kompozytor ją odmienił. Stosując ten sposób słuchajmy utworu jak przemowy, podążajmy za jego narracją, nie przejmując się, że czegoś nie zauważymy. Muzyka z dawnych czasów, która przetrwała do dziś, pisana była przez kompozytorów wybitnych, dlatego nie pretendujmy do tego, by zrozumieć wszystko za pierwszym razem.

 

I nie miejmy do siebie pretensji, jeśli słuchanie muzyki nas zmęczy.

Zmęczenie może być dwojakiego rodzaju. Jedno to znużenie, wynikające z tego, że czegoś nie rozumiemy. Gdyby ktoś, kto nie zna hiszpańskiego, w Radiu Madryt usłyszał kolejny fragment Don Kichota, po paru minutach poczułby się znużony. Z muzyką może być podobnie, zwłaszcza kiedy trafimy na styl, z którym nie jesteśmy osłuchani. Zasada jest identyczna, jak w przypadku języka obcego: kto więcej obcuje z ludźmi mówiącymi nieznanym mu językiem, ten coraz więcej zaczyna rozmieć i sam próbuje mówić. Muzyka to język, który można stopniowo przyswoić. Drugi rodzaj jest zmęczeniem pozytywnym. Kiedy skończymy czytać książkę, choćby nie wiem jak znakomitą, czujemy się zmęczeni, ponieważ nasz umysł bardzo intensywnie pracował, by odebrać i przetworzyć wszystkie treści w niej zawarte. Jeśli słuchamy bardzo interesującego wykonania muzyki poważnej, zwłaszcza utworów długich, to możemy poczuć się odprężeni i oczyszczeni, ale jednocześnie zmęczeni. Nasz mózg – mimo, że siedzimy w bezruchu – wciąż pracuje.

 

Poza tym dociera do nas mnóstwo często bardzo głośnych dźwięków…

Kompozytorzy chcąc wywrzeć odpowiednio duże wrażenie, często pisali muzykę, która dochodzi do skraju wytrzymałości słuchacza. Dlatego mam dobrą radę: wykorzystujmy krótkie chwile przerw, które w każdym utworze wyznaczają cezury między muzycznymi zdaniami, oddzielają od siebie rozdziały i odróżniają treści. One pozwalają skupić się na tym, co będzie i jednocześnie szybko przemyśleć to, co było. Pomagają przetworzyć bodźce fizyczne w doznania psychiczne. Proszę pamiętać, że w muzyce najważniejsza jest cisza.

 

Rozmawiał Piotr Matwiejczuk (Polskie Radio)

 

 

Kacper Miklaszewski – pianista, psycholog muzyki, krytyk muzyczny, dziennikarz dwutygodnika „Ruchu Muzycznego”, współpracownik Polskiego Radia, wykładowca w Instytucie Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego, członek Europejskiego Stowarzyszenia Badań Poznawczych w dziedzinie Muzyki (ESCOM).