Wydanie: MWM 06/2015

Cień Jałty

Article_more
Historię lat 1939–1945 opisano na wiele sposobów. Bitwy i kampanie, globalne starcia i epizodyczne potyczki, dyplomatyczne rozgrywki i rywalizacje wywiadów, czyny bohaterów i losy maluczkich zajmują dziesiątki tysięcy opasłych woluminów. Naukowcy i publicyści pochylali się nad każdym z aspektów II wojny światowej. Nasze stulecie, żyjące w rytm zegara przeszłości, już generuje następną falę publikacji na temat najkrwawszej hekatomby, którą zgotowała sobie ludzkość. Pytanie tylko – czy dzięki tym pracom będziemy wiedzieć więcej? Czy prawda o tamtym czasie (jeśli dotarcie do niej w ogóle jest możliwe) zaowocuje większą zbiorową mądrością ludzkości?

„Pamięć Europy o wydarzeniach z lat 1939–1945 jest nadal podzielona – boleśnie podzielona” – napisał niemal dziesięć lat temu Norman Davies. Zdanie to zamyka końcowy rozdział jego monografii Europa walczy 1939–1945. Ostatni punkt narracji o konflikcie, opisanym na ponad sześciuset stronach, zatytułował Davies Portrety. Druga wojna światowa w sztuce, literaturze i historii. Znamienne, że wśród obszernie przytoczonych przykładów z twórczości filmowej, plastycznej i literackiej, między refleksją na temat zbiorowej pamięci i sposobów upamiętniania ofiar i wydarzeń (czyli na temat pomników i muzeów), wybitny historyk nawet jednym zdaniem nie wspomniał o muzyce czasów wojny. A temat to wielki i pasjonujący, materiał na co najmniej kilka monograficznych ujęć. Są tu dzieje kompozytorów, którzy wyemigrowali do Nowego Świata (Schönberga, Hindemitha, Bartóka, Milhauda, Křeneka, Martinů), tragiczne losy całej generacji Żydów – ofiar Holocaustu, wymordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych. Były wśród nich takie talenty, jak Hans Krása, Erwin Schulhoff czy Pavel Haas. Apokaliptyczną traumę można odczuć wręcz namacalnie, bo realnie istnieje między dźwiękami dzieła-symbolu – Kwartetu na koniec czasu Oliviera Messiaena. Napisany w żołnierskim obozie prawykonany został 15 stycznia 1941 roku dla… pięciotysięcznej publiczności, jeńców niemieckiego stalagu w Görlitz.

 

Oddzielnym, chyba nie do końca znanym na świecie rozdziałem muzycznej monografii II wojny światowej byłaby epopeja polskiej kultury muzycznej, z jej heroizmem okupacyjnego trwania, bohaterskiego oporu i wielką daniną krwi. Jakby na przekór okolicznościom, jak wspominał Bolesław Woytowicz, „Warszawa nigdy nie tętniła takim życiem koncertowym, jak w czasie okupacji. Dotychczas koncerty kameralne nie cieszyły się powodzeniem, a teraz odbywały się dwa razy w tygodniu i sala była pełna. Liczyłem na jakieś czterdzieści osób, a przychodziło sto pięćdziesiąt, nawet dwieście”. Cenę przyszło zapłacić w roku 1944: „Warszawa nie istnieje, [...] z całego miasta zostało parę domów, [...] nie ma ani dworca, ani jednego mostu, ani nic, nic, oprócz kupy gruzów” – tak o skali zniszczeń informowała swego brata Vytautasa Grażyna Bacewicz w sierpniu 1945 roku. W zgliszczach próżno było szukać zniszczonej z premedytacją spuścizny narodowej, także wielu rękopisów dzieł Andrzeja Panufnika, Stefana Kisielewskiego czy Romana Padlewskiego. Można by ułożyć całkiem sporą listę kompozycji, które stały się hołdem dla ofiar albo odnosiły się do atmosfery tamtych dni: Uwertura tragiczna Panufnika i Pietà Ludomira Różyckiego, Ocalały z Warszawy Arnolda Schönberga, Tren Ofiarom Hiroszimy Pendereckiego…

 

Spróbujmy jednak spojrzeć na czas zakończenia wojny nie przez pryzmat przytoczonych przykładów, ale z perspektywy nieco mniej oczywistej.

 

„Będę brutalnie szczery…

...i powiem, iż uważam, że potrafię osobiście lepiej pokierować Stalinem niż Pańskie Forreign Office czy mój Departament Stanu...” – pisał Franklin Delano Roosvelt do Winstona Churchilla jeszcze przed konferencją w Teheranie (trwającą od listopada do grudnia 1943 roku). Jak głęboko się mylił i jak brzemienne w skutki były owe niezdarne próby „pokierowania”, znającym choćby pobieżnie historię tłumaczyć nie trzeba. Czas między końcem roku 1943 roku a lutym 1945 roku – dwiema najważniejszymi konferencjami „Wielkiej Trójki” – spokojnie można zaliczyć do największych triumfów Józefa Stalina, jego pokrętnej dyplomacji i żelaznej woli wygrania wszystkiego. W Jałcie zapadły ostateczne decyzje dotyczące powojennego porządku świata, stref wpływów w Europie i podziału łupów. Stalin zdobył wszystko, czego pragnął. Mimo zapewnień (podobno żartobliwych) z Teheranu, że nie zamierza „połknąć Polski”, przeforsował i sprawę nowych granic, i okrojonego terytorium, i – jak się później okazało – ustroju przyszłego państwa. Połknął nie tylko Polskę, ale całą Europę Wschodnią i znaczną część Europy Środkowej, aż do Łaby.

 

Churchill, trzymający się własnej koncepcji ustępstw terytorialnych w zamian za „niezależność”, przynajmniej próbował walczyć, choć nie miał ani odpowiednio silnych argumentów, ani wsparcia chorego i niezainteresowanego sprawą Roosvelta. Prezydenta Stanów Zjednoczonych problemy polskich granic interesowały wyłącznie w kontekście niezrażania Polonii w wyborach 1944 roku (chodziło o kilka milionów potencjalnych głosów). W Jałcie naiwnie stawiał na „swobodne rozmowy” i „szczerą wymianę opinii”, pokładał nadzieję we własnych zdolnościach negocjacyjnych i… uroku osobistym. Roosvelt chwilami nie rozumiał, co się mówi, i zachowywał się „nie jak przywódca zwycięskiego mocarstwa, lecz niepewny siebie petent, którego interesuje głównie to, aby Stalin nie pomyślał, iż porozumiewa się z Churchillem za jego plecami”. Pikanterii tej sytuacji dodaje fakt, że to Roosvelt odbył ze Stalinem w Teheranie poufną rozmowę, a o jej treści nigdy Churchilla nie poinformował. Czego dotyczyła, można się domyślić po owocach II wojny. Jej zwycięzca był tylko jeden. Stalin nie tylko wyrósł na głównego pogromcę hitlerowskich Niemiec, ale również na bezapelacyjnego władcę połowy Europy i głównego rozgrywającego w powojennym świecie. Spełnienie marzeń Roosvelta o nowej międzynarodowej instytucji, która będzie dbała o ład i porządek po 1945 roku – Organizacji Narodów Zjednoczonych – doprawdy nie kosztowało go nic.

 

„Stalin lubił tak wodzić Amerykanów za nos…

[...] Ale właściwie dlaczego mówić o wodzeniu za nos? To przesada. On tylko robił głupców z tych, którzy chcieli głupcami zostać”. Słowa Dymitra Szostakowicza nie pozostawiają złudzeń, jak cwanym graczem był Generalissimus. W cyniczny sposób świat w Jałcie podzielony został pod jego dyktando. Europę przegrodziła „żelazna kurtyna”, a smutne owoce nieporadności Zachodu w konfrontacji z brutalnością Związku Sowieckiego miały zaciążyć na dziejach świata przez następnych pięćdziesiąt lat. Czas sprzyjał triumfalizmowi. Pod koniec 1944 roku oczekiwano, że najważniejszy kompozytor radziecki – Dymitr Szostakowicz – wkrótce napisze symfonię poświęconą wielkiemu zwycięstwu. Podobno dodawano, że „jest to tak pewne, jak samo zwycięstwo”. Szostakowicz utwierdzał obserwatorów w przekonaniu, że dzieło będzie odpowiednie: „tak, myślę już nawet o następnej, dziewiątej symfonii. Chciałbym skomponować ją nie tylko na orkiestrę, lecz także na chór i solistów, jeśli tylko znajdę odpowiedni tekst”.

Latem 1945 roku agencja TASS informowała o ukończeniu pracy nad IX Symfonią, „poświęconą naszemu wielkiemu zwycięstwu”. Jednak zaskoczenie i zdumienie po prawykonaniu 3 listopada w Leningradzie przeszło chyba najśmielsze oczekiwania. Zamiast fresku adekwatnego do skali stalinowskiego triumfu, publiczność usłyszała dzieło miniaturowe, zamierzenie proste, lekkie ale nade wszystko przemawiające gorzkim humorem i sarkastyczną groteską. Nawet trudno się dziwić, że sowiecka krytyka zareagowała wściekle, podkreślała, że IX Symfonia nie wyszła naprzeciw „tym emocjom, jakimi przepełnieni są obecnie wszyscy”. Magiczno-propagandowe myślenie podpowiadało, że Dziewiąta będzie logicznym dopełnieniem symfonicznej „wojennej trylogii”, ogniwem chwalebnym, koronującym dramat i tragizm Leningradzkiej oraz Ósmej, tymczasem Szostakowicz pozwolił sobie zakpić z oficjalnych oczekiwań. Emocjonalny kontekst tej artystycznej decyzji nie wydaje się znów tak enigmatyczny. Całą antyhitlerowską i wojenną egzegezę znaczenia VII i VIII Symfonii Szostakowicz nazwał „bzdurami” i podpowiedział zupełnie przeciwne, ideowe odczytanie: „VII Symfonię obmyśliłem przed wojną, a więc po prostu nie mogła być reakcją na atak Hitlera. »Wątek inwazji« nie ma nic wspólnego z tym atakiem. Komponując ten fragment miałem na myśli innych wrogów ludzkości. [...] Wojna przyniosła wiele nowych cierpień i wiele nowych zniszczeń, ale nie zapomniałem strasznych lat przedwojennych. O tym właśnie mówią wszystkie moje symfonie poczynając od IV, a więc również VII i VIII”. IX Symfonia nie była więc bezideowa – przeciwnie, z jej sarkastycznego tonu odczytać można głęboki dramat zawiedzionych oczekiwań. A że przy okazji zagrał Szostakowicz nieco na nosie kulturalnym decydentom – może w ówczesnych warunkach znaczyło więcej, niż dzisiaj się wydaje.

 

Świt nowego dnia

„Wszyscy w głębi serca naprawdę wierzyliśmy, że to był świt nowego dnia, o który wszyscy się modliliśmy. [...] Rosjanie dowiedli, że potrafią być rozsądni i przewidujący, i ani prezydent, ani nikt z nas nie miał najmniejszych wątpliwości, że możemy [...] żyć z nimi w zgodzie tak długo, jak daleko sięgamy wyobraźnią” – wspominał najbliższy doradca Roosvelta, Harry Hopkins po podpisaniu układu jałtańskiego. W 1945 roku Amerykanie uważali się za triumfatorów. Właśnie wysuwali się na pozycję światowego supermocarstwa. Drugi raz w XX wieku gasili wojenny pożar w Europie. Przyszły, powojenny świat miał, zdaje się, być – według Roosvelta – krainą pokoju i szczęśliwości, egzystującą pod parasolem Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jak naiwna była to wizja okazało się już niebawem, choć sam architekt nowego ładu, Roosvelt, gorzkich owoców krymskiej konferencji konsumować już nie musiał.

 

Muzyczny symbol naiwności mocarstwa, wypatrującego „świtu nowego dnia”? Wydaje się, że kandydatem do tego miana może być III Symfonia Aarona Coplanda. Zamówiona przez Fundację Sergiusza Kusewickiego zajmowała kompozytora od 1943 do 1946 roku. Jak w zwierciadle odbijają się w jej czterech ogniwach nastroje i oczekiwania tamtych lat. Po prawykonaniu (18 października 1946 roku) pozytywne reakcje publiczności ostatecznie utwierdziły pozycję Coplanda jako najważniejszego kompozytora Stanów Zjednoczonych, choć krytyka nie szczędziła również gorzkich uwag. „Time” wytykał mu muzyczny populizm, a kilka lat później obrony Symfonii musiał podjąć się muzykolog William Austin: „nic nie zdoła przekonać słuchacza, by zachwycił się tym dziełem, jeśli jest on wrogo nastawiony do przepełniającego je ducha Nowego Ładu, ducha nadziei i przyjaźni”. Naiwny optymizm aż wylewa się z dźwięków klasycznie zestawionej całości, a do rangi symbolu „słonecznych” czasów urasta finałowa część. Skorzystał tu Copland z własnej Fanfary dla prostego człowieka, gdyż to adresat dedykacji miał przecież ten nowy, lepszy świat wykuwać. Kiedy klimat ocieplenia na linii Waszyngton – Moskwa bezpowrotnie zanikł, III Symfonię zaczęto uznawać nawet za emanującą frazeologią, której „blisko do Moskwy”.

 

Wstyd konserwatysty i „Sonata księżycowa”

11 lutego 1945 atmosfera na Krymie była przyjazna i pełna relaksu. Wymieniono się prezentami i odznaczeniami. Dwa tygodnie później w Londynie, Winston Churchill składał sprawozdanie przed Izbą Gmin. Wystąpienie było jak robienie dobrej miny do złej gry. Podkreślało trwałość alianckiego sojuszu, jednak nielojalności wobec polskiego sojusznika nie dało się ukryć. Jedenastu członków rządu wstrzymało się od  głosu, ale tylko poseł Henry Strauss, członek gabinetu, podał się do dymisji. Do jałtańskiego błędu Churchill przyznał się dopiero w 1953 roku.

 

Jak mogli się czuć polscy lotnicy, którzy bronili brytyjskiego nieba? Ilu z tych, którzy automatycznie tracili domy i ojczyznę, wystartowało przeciwko niemieckim bombowcom w listopadzie 1940 roku? Bombardowanie Coventry Luftwaffe oznaczyło kryptonimem „Operacja »Sonata księżycowa«”. Barbarzyński nalot zniszczył doszczętnie między innymi średniowieczną katedrę. Dwadzieścia lat później, podczas konsekrowania nowej świątyni zabrzmiało bezkompromisowo antywojenne dzieło – potężne War Requiem Benjamina Brittena. Paradoksalnie ów zdeklarowany pacyfista i lewicowiec jako antidotum na bezprzykładną traumę wojennej rzezi ujmuje głęboką, acz bardzo osobiście postrzeganą modlitwę. Kontrapunktem dla łacińskiego tekstu mszy za zmarłych stały się bowiem wiersze żołnierza-poety z I wojny światowej, Wilfreda Owena. Poezja brutalnie realistyczna o okrucieństwie i bezsensownych ofiarach przeplata się z chrześcijańską nadzieją na miłosierdzie i pojednanie. Prawykonanie War Requiem, 30 maja 1962 w katedrze św. Michała w Coventry, stało się próbą symbolicznego pojednania, jedną z głównych solowych partii powierzono świetnemu, niemieckiemu barytonowi, Dietrichowi Fischerowi-Dieskauowi. Krokiem następnym w tym pojednawczym kursie było zaproszenie żony Mścisława Rostropowicza, Galiny Wiszniewskiej, do udziału w płytowym nagraniu dzieła (Decca 1963). Podobno chodziło o „symboliczną prezentację trzech głównych stron zaangażowanych w II wojnę światową – Niemców, Anglosasów i Słowian”. O udziale kogoś z podbitej przez Stalina Europy Środkowej jakoś nikt niestety nie pomyślał…

 

***

 

Historię II wojny światowej opisano na wiele sposobów. Jałtański podział Europy przestał obowiązywać całkiem niedawno, po „Solidarnościowej” rewolucji i upadku muru berlińskiego. Warto jednak pamiętać, że ciągle jeszcze na Zachodzie pokutuje odczytywanie fatalnej konferencji, jako fundamentu światowego pokoju. W kontekście trwającej od ponad roku wojny na Wschodzie Ukrainy optymizmem to nie napawa – upiory Jałty chciałyby znów się przebudzić.