Wydanie: MWM 06/2015

Lenin był grzybem (II)

Article_more
„Siergiej był piękny jak Bóg. Siergiej był piękny jak Modigliani” – pisali o Kuriochinie przyjaciele we wspominkowych tekstach. Jak to możliwe, że był wirtuozem i anarchistą, dysydentem i bolszewikiem, mistykiem, komikiem i prowokatorem jednocześnie? Oto ciąg dalszy opowieści o nikomu nieznanym geniuszu.

Wędrujemy w opowieści o Kuriochinie od jednej anegdoty do drugiej, ponieważ jego muzyka jest w gruncie rzeczy nieopisywalna. Sama dla siebie ustanawia punkty odniesienia i w jej zrozumieniu niekoniecznie pomaga zagłębienie się w wypowiedzi artysty. Kiedy bowiem mówi on: „najlepiej byłoby słuchać dwóch moich albumów równocześnie, na najwyższym poziomie głośności”, jeszcze od biedy daje się to pojąć. Ale co mamy począć, kiedy nagle Kuriochin między jednym nagraniem a drugim powiada nam, że „sztuka to kompletny nonsens i strata czasu”?

Współczesną awangardę dość swobodnie – poprzez zamiłowanie do paradoksu i spontaniczności – łączył z filozofią zen. Nazywał samego siebie manipulatorem dźwięku, a swoją muzykę „sztuką społeczną” (krytycy wahali się między „sztuką totalną” a „totalną destrukcją języka muzyki”). „Chcę być Mozartem i Michaelem Jacksonem jednocześnie!” – mówił. I udawało mu się to, ale rezultat był taki, że nie upominał się o niego pop, a klasyka pewnie w ogóle o nim nie wiedziała. Zaopiekował się nim więc jazz, chcąc nie chcąc zawsze przygarniający podobnych stylistycznych wyrzutków. Co też musiało prowadzić do artystycznych nieporozumień, takich jak słowa polskiego historyka jazzu, Andrzeja Szmidta, który pisał o Kuriochinie, że „obdarzony jest zbyt ruchliwą wyobraźnią”.

„Więcej szaleństwa, absurdu i szoku – tego nam trzeba, żeby wywołać ferment. Nie garniturów, czarnych krawatów i dixielandu” – tłumaczył cierpliwie pianista w wywiadzie dla „Jazz Forum” w 1983 roku. O Wapirowie – jazzmanie, którego cenił niepomiernie – mówił, że „do wielkości brakuje mu wewnętrznego świata, poczucia cierpienia i tragedii tworzenia”. „Fortepian w ogóle mnie nie interesuje. To przeżytek” – dodawał. Wirtuozerię i błyskotliwość w muzyce określał mianem „rosyjskiej choroby”, a Rachmaninow był dla niego symbolem złego smaku i banału. Jednocześnie długimi godzinami siedział przy fortepianie, doskonaląc i tak „pirotechniczną” już technikę. Odcinał się od klasyki rosyjskiej kultury, ale przecież wyraźnie słychać w jego nagraniach Skriabina i Szostakowicza. Na scenie szalejący wizjoner, prywatnie bibliofil i erudyta – jego wiedza (człowieka żyjącego przecież w ZSRR w ciągłym deficycie informacyjnym) i trafność opinii o Braxtonie, Dereku Baileyu czy Art Ensemble of Chicago budzi podziw nawet dzisiaj.

Odżegnywał się od zarzutów parodiowania muzyki w Pop Mechanice. Usiłował jedynie pokazać muzykę w niezwykłym kontekście. „Współczesny słuchacz gardzi patosem – i heroizmem, i tragizmem. Jedynie komizm odbierany jest jako szczery” – wyjaśniał. Własną, euforyczną osobowością promieniował na otoczenie, usiłując radziecką kulturę utrzymywać w stanie nieustającego karnawału.

Życie Kuriochina toczyło się w permanentnym pośpiechu. Udzielał się jako aktor, pisał muzykę teatralną i filmową, wydawał książki, cały czas coś wymyślał, organizował i zakładał. W 1988 roku wyjechał w trasę koncertową po USA, której efektem było kilka nagrań (miedzy innymi Popular Science z Henrym Kaiserem, jedna z najlepszych płyt w jego dorobku), zdobycie ograniczonego rozgłosu oraz typowo Kuriochinowska fascynacja: „Kocham rap! Bardzo przypomina rosyjską duszę. Marzę o tym, żeby połączyć Czajkowskiego z rapem!”.

A jak było z Leninem? Otóż podobno impulsem stał się program telewizyjny, w którym zaproszony specjalista konstruował fantastyczne teorie (wyraźnie sam w nie wierząc) na temat rzekomego zabójstwa poety Siergieja Jesienina. Zdegustowany Kuriochin miał wykrzyknąć: „Po czymś takim można udowodnić już wszystko!”. Wkrótce po tym zdarzeniu Siergiej Kuriochin wystąpił na antenie leningradzkiej telewizji w programie o ciekawostkach ze świata „Piąte Koło”. Podając się za historyka i powołując się na swoje badania w Ameryce Łacińskiej oraz poważne „źródła”, w trakcie kilkunastominutowej serii pseudonaukowych wywodów przekonywał, że nałogowe spożywanie przez Włodzimierza Lenina psychoaktywnych grzybów prowadziło do stopniowego przejmowania jego osobowości przez agresywne organizmy, a w końcu ludzki element tego związku został ostatecznie wyeliminowany (przy zachowaniu człowieczej postaci), co pozwala stwierdzić, że Lenin był grzybem.

Oddźwięk programu był tak duży, że członkowie leningradzkiego Kominternu Regionalnego Partii zmuszeni byli wydać oświadczenie dementujące twierdzenia Kuriochina: „Lenin nie mógł być grzybem, ponieważ ssak nie może być rośliną” [sic!]. Transmisję programu z rewelacjami Kuriochina uważa się za prawdziwy początek wolności – niezbyt długiej, jak się okazuje – w historii rosyjskiej telewizji.

Dlaczego zatem w 1995 roku muzyk wstąpił do Partii Narodowo-Bolszewickiej? Niektórzy – w tym część przyjaciół, która się od niego odwróciła – sądzili, że naprawdę szczerze wierzył w jej hasła (byłby to nie pierwszy i nie ostatni w Rosji przykład politycznego zagubienia się i naiwności wielkiego artysty); inni – że była to jego największa, najbardziej perfidna i rewolucyjna prowokacja.

Nawet jeśli tak, to już ostatnia. W 1996 roku, przez całe życie zdrów jak ryba, Kuriochin nagle źle się poczuł. Nawet choroba dotknęła go wyjątkowa – bardzo trudno wykrywalny i nieuleczalny w zaawansowanym stadium rzadki nowotwór serca, na który zapada średnio jedna osoba na milion. Od diagnozy do śmierci upłynęło tak mało czasu, że wiele znających go osób nie uwierzyło w jego odejście – pod koniec życia coraz częściej inscenizował podczas koncertów własną śmierć: w trakcie ekstatycznej improwizacji nagle padał na ziemię, udając zawał serca, z tego powodu czasami nawet wzywano prawdziwą karetkę. Mistyfikacje okazały się ponurym proroctwem – Kuriochin zmarł naprawdę w Petersburgu 7 lipca 1996 roku.

Liczbę zarejestrowanych występów i sesji z udziałem Kuriochina, jego własnych nagrań studyjnych, zachowanej muzyki filmowej i teatralnej, oper i oratoriów szacuje się na pół tysiąca. Piękno sąsiaduje tu ze zgrywą, a brutalność – z boleśnie przestarzałym brzmieniem syntezatorów. Przesłuchując po wielokroć te kilkunaście klasycznych i stosunkowo łatwo dostępnych pozycji, jak Introduction In Pop Mechanics, Popular Zoological Elements, Some Combinations Of Fingers And Passion, już to ulegamy zachwytowi, już to łapiemy się za głowę, ale koniec końców mamy wrażenie, że mimo iż czujemy intuicyjnie wielkość tej muzyki, nie rozumiemy jej do końca.

Może dzieje się tak dlatego, że formuła flagowa Pop Mechaniki rozsadzała ramy wszelkich istniejących nośników? Może winny jest po trosze sam Kuriochin, który mówił przecież, że „w sztuce najwyżej ceni niekonsekwencję”? A może nie rozumiemy Kuriochina po prostu dlatego, że słuchamy go za mało?

Gdyby urodził się na Zachodzie, byłby Zappą, byłby Zornem. Urodził się na Wschodzie, więc był Kuriochinem – rosyjskim geniuszem, którego nikt nie zna.