Jest w orkiestrach jakaś siła

Article_more
Na wrocławskim ratuszu grają wyłącznie soliści: cytrzysta, skrzypek i flecista, fajfer, dudziarz, trębacz oraz dobosz. Gdyby stworzyli orkiestrę, łatwiej by im się żyło. „Jednostka – zerem”, tłumaczył Majakowski w imieniu Lenina. Czasem warto go posłuchać.

Oczywiście nie jest łatwo osiągnąć w większej grupie harmonię, ale warto podjąć ten trud, bo wtedy nawet proletariuszy wszystkich krajów da się połączyć, nie mówiąc o tym, że da się zawładnąć duszami słuchaczy, uwielbiających muzyków w masie. Wybitny skrzypek Joseph Joachim po jednym z koncertów otrzymał od pewnej hrabiny list: „Zachwycona koncertem pańskiej czteroosobowej orkiestry załączam czek na dwa tysiące marek, abyś pan mógł ją powiększyć”.

 

Meloman z czekiem! – takie rzeczy tylko dla orkiestry. Poza tym w jedności siła, nawet zarozumiałemu kompozytorowi można utrzeć nosa. Richard Strauss (z rewerencją podejmowany w Breslau), na próbie swojej nowej opery Salome nie mógł skruszyć oporu orkiestry, przymierzającej się do tego dzieła jak pies do jeża. W końcu jego cierpliwość się wyczerpała: „Kto właściwie napisał tę operę: wy czy ja?”. „Chwała Bogu, pan” – odpowiedziała chórem orkiestra. Dla takiej przyjemności można zrezygnować z części artystycznej swobody!

 

Niestety, bycie solistą ma jeszcze więcej powabów, a poza tym muzyka wcale nie łagodzi obyczajów, a przynajmniej nie likwiduje rywalizacji. W średniowiecznym Wrocławiu muzycy walczyli ze sobą ile tchu w płucach i sił w palcach. Ale szybko ustaliła się też hierarchia – jak w orkiestrze. Niby każdy dźwięk jest ważny, a potem liczy się, kto siedzi bliżej pulpitu dyrygenta, a kogo publiczność nie widzi. Kto ma szansę na solówkę, a kto musi pogodzić się z wiecznym basowaniem. Smyczkowcy nie przepadają za dętymi, oboiści dokuczają flecistom, a skrzypkowie altowiolistom.

 

W XV-wiecznym mieście najwyżej cenili się muzycy nomen omen „wieżowi” (grający na instrumentach dętych, dzielący się na trębaczy i piszczków), którzy mieli w pogardzie dudziarzy i fidelistów grywających przeważnie w piwiarniach i na ulicach Wrocławia. Ci pierwsi zarzucali tym drugim bezczeszczenie muzyki chrześcijańskiej, złośliwie porównywali dźwięk ich instrumentów do beczenia, nie dopuszczalil do grania na uroczystościach miejskich i kościelnych. Oczywiście nie z powodu troski o sztukę, tylko o dochody. „Wieżowi” (trąbki, puzony, niekiedy cynki i kotły) mieli sporo pracy, bo grali o każdej pełnej godzinie z wież far elżbietańskiej i magdaleńskiej oraz z wieży ratuszowej. Poza tym przygotowywali oprawę muzyczną na powitanie ważnych gości. Tworzyli wtedy zgodne orkiestry.

 

Gdy w 1611 roku przyjechał do Wrocławia król Czech Maciej II (późniejszy cesarz), żeby odebrać hołd od niesfornych i targujących się o przywileje stanów śląskich, witany był – mimo napiętych stosunków – bez jednej fałszywej nuty. W momencie pojawienia się orszaku królewskiego przy Bramie Mikołajskiej (jej relikty wciąż widać w przejściu podziemnym na placu Jana Pawła II) muzycy zagrali na kotłach i sześciu trąbkach. Na całej trasie przejazdu do katedry, i potem do kwatery w Rynku, ustawieni byli grajkowie. Największa orkiestra znajdowała się na trybunie muzycznej Bramy Triumfalnej, zbudowanej na narożniku Rynku, u zbiegu ulic Kuźniczej i św. Wojciecha (dziś: Wita Stwosza). Główny skład tworzyły instrumenty dęte – dwa puzony (w tym puzon kwartowy), jeden cynk, pięć pomortów w kilku typach oraz prawdopodobnie lira korbowa. Duże zespoły zagrały również z wieży ratuszowej (sześciu trębaczy i dobosz, ubrani w barwy miasta), dwóch miejskich far oraz z kościołów św. Bernardyna (dziś: Muzeum Architektury) i św. Barbary (dziś: katedra prawosławna). Zarobek z pewnością był niezły.

 

W trosce o ochronę interesów muzycy – ci „prawdziwi”, grający na wysokościach – zaczęli się zrzeszać. W 1578 roku powstała lista muzyków miejskich Wrocławia, na której figurowało dziewięciu trębaczy, dwóch harfistów, trzech lutnistów, dwóch organistów, muzycy grający na kotłach oraz na takich instrumentach dętych, jak cynki, dulciany i szałamaje. Osobno wydzielono grupę „smyczkowych”, czyli „gęślarzy”, i „ślepych psałterzystów”, oczywiście znacznie gorzej traktowanych. Ale muzyczny cech – unia piszczków miejskich – powstał dopiero na przełomie XVI i XVII wieku. Dbał o zatrudnianie i dobre wynagradzanie swoich członków, ale także pilnował, żeby zbyt ambitni nie wyskakiwali przed dyrygenta. Nic to, awantury i tak wybuchały z siłą huraganu: komu, gdzie i ile razy w tygodniu wolno grać na weselach, co zrobić z flecistą, który podmienia fujarkę na trąbkę i czy liczna rodzina może być usprawiedliwieniem dla muzycznych fuch. W 1678 roku, po kłótni muzyków z kościołów św. Elżbiety i Marii Magdaleny, Rada Miejska zadecydowała, że „używanie trąbek, kotłów, cynków i pomortów przysługuje tylko muzykom prawdziwym”. Smyczkowcy znowu poszli w kąt, „przyrząd do łaskotania wnętrz ucha za pomocą tarcia końskiego ogona o wnętrzności barana” (jak skrzypce opisał Julian Tuwim) z trudem zdobywał sobie uznanie.

Ale za to mnożyły się bractwa muzyczne (fraternie), urządzające raz w miesiącu publiczne koncerty, pilnujące, żeby prawdziwie chrześcijańska muzyka nie została wyparta przez tę „nieprzyzwoicie rozpasaną” (prawdopodobnie chodziło o renesansową lub barokową wersję disco polo), i dbające o dusze muzyków. Żadnych pijaństw, obżerania się, hazardu. Wiadomo, że na towarzyskich wieczorach olejowo-piwnych obficie raczyli się napojem, który miał regenerować zdarte gardła. Składał się on z piwa, oliwy z oliwek, gałki muszkatołowej, imbiru, pieprzu i soli. Jak się potem musiało gładko grać!

 

Na początku XVIII wieku w potęgę urosło Collegium Musicum kierowane przez dyrygenta i kompozytora, Antona Albrechta Kocha. Biletowane koncerty odbywały się raz w miesiącu, w sali zajazdu „Pod Niebieskim Jeleniem” przy Ochlauerstrasse (dziś: Oławska, w tym miejscu stoi „Kameleon”). Program nie był specjalnie ambitny – orkiestra wykonywała oratoria, kantaty, motety religijne, utwory okolicznościowe pisane z okazji imienin, jubileuszy czy świąt państwowych – ale tak zbudowany, że Collegium Musicum nie miało problemów z mecenasami. Swoją karierę zaczęło od Serenady skomponowanej (miejscowymi siłami) i wykonanej w 1710 roku z okazji jubileuszu prezesa Rady Miejskiej, Johanna Sigismunda Haunolda. Nic dziwnego, że kupcy uznali orkiestrę za dobry interes i wspomagali towarzystwo muzyczne prawdopodobnie aż do czasów zajęcia Wrocławia przez wojska pruskie.

 

W XIX wieku pałeczkę przejęło Wrocławskie Stowarzyszenie Orkiestralne (Breslauer Orchester-Verein), powołane do życia na przełomie lat 1861 i 1862 przez pochodzącego z Poznania Leopolda Damroscha. Był świetnym skrzypkiem, znakomitym dyrygentem i wybitnym menadżerem, więc jeśli komuś miało się udać stworzenie stałej orkiestry symfonicznej, utrzymującej się głównie z koncertowania, to tylko Damroschowi.    

Bywały w świecie, przyjaźnił się z Lisztem (od czasów weimarskich, kiedy Damrosch był koncertmistrzem orkiestry dworskiej), został wielkim propagatorem jego twórczości, potrafił zbudować dobrą orkiestrę i ściągnąć sławnych solistów.

 

Pierwszy występ siedemdziesięciu najlepszych instrumentalistów, wydłubanych jak rodzynki z różnych wrocławskich orkiestr, odbył się 27 stycznia 1862 roku w sali Springera przy Gartenstrasse (Piłsudskiego), w sezonie dawali dwanaście koncertów symfonicznych. Ceny biletów były niskie, ale melomani stawiali się w komplecie, więc Breslauer Orchester-Verein bankructwem się nie stresowało. Damrosch rządził dziewięć lat, wielkim wydarzeniem za jego kadencji był występ Richarda Wagnera w roli dyrygenta. Nie tylko dlatego, że kompozytor sławny, ale również dlatego, że kazał orkiestrze grać na siedząco, czego Breslau jeszcze nie oglądał. Maestro porzucił wprawdzie stolicę Śląska w 1871 roku – wyjechał do USA, był między innymi głównym dyrygentem w Metropolitan Opera – ale jego następcy też błyszczeli. Za kadencji Bernharda Scholza (1871–1883) po raz pierwszy wystąpił we Wrocławiu Johannes Brahms, a Rafał Maszkowski (który kierował stowarzyszeniem do śmierci w 1901 roku) ściągnął miedzy innymi Wandę Landowską.

 

Radni doceniali poziom artystyczny Breslauer Orchester-Verein, ale gdy w 1900 roku stanęła na radzie kwestia przyznania jej dotacji na trzy lata, w wysokości dwudziestu tysięcy marek, wybuchła straszna awantura. Lewicowi radni zaatakowali nadburmistrza, że miejskie pieniądze chce wydać na orkiestrę grającą wyłącznie dla patrycjuszowskich rodzin. Nadburmistrz bronił się, że płaci za jakość, bo miasto ma obowiązek wspierać inicjatywy artystyczne na tak wysokim poziomie, większość radnych go poparła, ale rada zażądała obniżenia cen biletów, organizowania gratisowych występów dla uczniów i dla słuchaczy na prowincji. Co też zostało skrupulatnie zrealizowane – wprowadzono między innymi piątki „ludowe”, a abonament na jedenaście takich koncertów kosztował tylko 4 marki.

 

Orkiestra wrocławskiego towarzystwa zawsze sobie dawała radę (nawet gdy brakowało pieniędzy na dobrych instrumentalistów), bo grupa musi wygrać. Tym bardziej jeśli jest głośna. Przekonał się o tym Leopold Stokowski, który po jednym z koncertów przyznał zrezygnowany: „Ta orkiestra dokonała cudu. Utwór, w nieśmiertelność którego głęboko wierzyłem, unicestwiła w półtorej godziny”.

 

Taka jest bowiem w orkiestrze siła.