Wydanie: MWM 07/2015

Notatki z nostalgii

Article_more
Droga na południe Europy, ku chorwackim plażom czy włoskim riwierom, wiedzie przez Czechy i Austrię. Mijaliśmy je, zwykle zatrzymując się tylko tam, gdzie to konieczne – trzeba kupić winietę autostradową, coś zjeść, przenocować. Tymczasem, jak mówią dawne mapy tras pocztowych tej części Europy, ślad dzisiejszej sieci dróg szybkiego ruchu żłobiły niegdyś dyliżanse, którymi podróżowali między innymi Haydn, Mozart, Beethoven.

Tropienie ich wędrówek wymaga trochę czasu, a nawet osobnego wyjazdu, ale niektóre z miejsc, w których zostały po nich pamiątki, leżą niemal na szlaku i dlatego ubiegłego lata postanowiliśmy do nich zajrzeć, choćby na pół dnia.

 

Zapomniana perła
Zaczęliśmy od Ołomuńca. Miasto dziś nieco zapomniane, a niesłusznie, bo po Pradze jest największym zabytkowym założeniem urbanistycznym, z rozległym historycznym centrum, wpisaną na listę UNESCO kolumną Trójcy Przenajświętszej na rynku, gotyckim ratuszem, katedrą, pałacem arcybiskupów i wieloma innymi obiektami. Owo zapomnienie ma jednak też pewien przyjemny skutek – nawet w piękną letnią niedzielę poza nami turystów po Ołomuńcu snuje się jak na lekarstwo. Tropiciel muzykaliów powinien ruszyć przede wszystkim w stronę katedry z imponującą neogotycką wieżą, a właściwie do przykatedralnego Muzeum Archidiecezjalnego. Tam znajdzie między innymi Mozarteum – stałą ekspozycję upamiętniającą pobyt genialnego jedenastolatka w Ołomuńcu.

 

Rodzina Mozartów zatrzymała się w czeskim mieście dłużej, niż zakładały plany Leopolda – pokrzyżowała je ospa, która przykuła Wolfganga, a później Nannerl do łóżka. Efektem niemal dwumiesięcznego pobytu była Symfonia F-dur KV 43. Autografu tej symfonii akurat w Ołomuńcu nie ma, ale jest rękopis Larghetta i Allegra Es-dur na dwa fortepiany – utworu, którego Mozart jest autorem tylko w połowie: drugą część napisał Maximilian Stadler, kompozytor i historyk muzyki, który pomagał porządkować archiwum po śmierci Wolfganga. Ukończony utwór dedykował Rudolfowi Johannowi Habsburgowi, arcybiskupowi Ołomuńca, i tak dzieło znalazło się w czeskich zbiorach. W salach poświęconych Mozartowi można też obejrzeć instrument, na którym młodziutki kompozytor grał podczas występów, obok jest również niewielka – ale za to z widokiem na ogrody – sala koncertowa, w której przez cały sezon odbywają się koncerty kameralne.

 

Ołomunieckie Muzeum Archidiecezjalne skrywa jednak nie tylko pamiątki po Mozarcie – są tu inne skarby: szkic do Wariacji f-moll Beethovena (który Missa solemnis dedykował temu samemu arcybiskupowi Rudolfowi, swemu uczniowi i przyjacielowi), rękopisy Bibera, Schmelzera i Muffata. A to tylko ułamek muzycznej kolekcji, którą można obejrzeć w pobliskim Kromieryżu i jego Pałacu Arcybiskupów.

 

Leniwie spacerując po Ołomuńcu, niemal co krok można znaleźć także inne ślady bytności i działalności muzycznej a to Gustava Mahlera, który był dyrygentem miejskiego teatru muzycznego, a to czeskich kompozytorów: Janáčka, Dvořáka i Smetany, którzy często miasto odwiedzali. Są i polskie akcenty: z czeluści ciemnawych arkad jednej z kamieniczek wyrywa się na ulicę Chopinowska Etiuda „rewolucyjna” brawurowo wygrywana na – rozstrojonym wprawdzie – pianinie przez jakiegoś studenta. Nie tylko nikogo to nie dziwi, ale wręcz przyciąga innych chętnych do pogrania (bardziej chyba sobie niż przechodniom) młodych pianistów.

 

Nasz szlak omija Brno, jedziemy na Węgry, miasto Janáčka odwiedzimy jesienią. Ten wciąż niedoceniany w Polsce, genialny czeski kompozytor pracował tu jako szef filharmonii i pedagog, tu też jesienią odbywa się biennale teatralno-operowe jego imienia. Dla każdego – kto pokochał jego obsesyjną motywiczność, wielobarwną dramaturgię harmonii, zabawę polirytmią – to wycieczka obowiązkowa, najlepiej w połączeniu z odwiedzinami w Hukvaldach (nieopodal Frydka-Mistka), gdzie wciąż stoi dom rodzinny Janáčków, a na ścieżce dydaktycznej poświęconej kompozytorowi można spotkać drewniane postaci zwierząt z jego opery Przygody Lisiczki Chytruski.

 

Miasto Haydna
Przed nami droga na Wiedeń i dalej, do Eisenstadt. Już kilka kilometrów przed zjazdem z autostrady do Eisenstadt na billboardach pojawia się znajoma twarz – miastem niegdyś należącym do zamożnych węgierskich książąt Esterházych dziś włada Józef Haydn. Ironia losu to z pewnością mniejsza niż w przypadku Salzburga. Obaj przełożeni Haydna: Mikołaj I i Mikołaj II Esterházy, o wiele bardziej doceniali zasługi swego nadwornego kapelmistrza niż arcybiskup Colloredo szanował Mozarta. Choć Mikołaj II nie od razu uznał wielkość słynnego już w Europie kompozytora, odmawiał nawet tytułowania go „doktorem” czy po prostu „panem”. Dopiero w końcówce życia Haydn doczekał się względów pryncypała (co zawdzięczał ponoć wstawiennictwu księżnej małżonki): podwyżki i opieki podczas choroby. Najwyższym wyrazem uczucia księcia do nadwornego muzyka okazała się jednak jego determinacja w poszukiwaniach, wówczas nieskutecznych, skradzionej w celach naukowych czaszki kompozytora (badaczom nie udało się dowieść związku pomiędzy wielkością mózgu Haydna a wielkością jego muzyki). W Eisenstadt można za stosowną opłatą wejść do małego mauzoleum w kościele cmentarnym (Bergkirche) i zadumać się nad bogato rzeźbionym, jasnym sarkofagiem, który zawiera już wszystkie części Józefa Haydna – czaszka kompozytora została tam uroczyście złożona dopiero w 1954 roku.

 

Sam Bergkirche ma szczególny urok: od zachodu skromna regularna bryła, od wschodu oczy zalewa kaskada dachu, pod którym wiją się skomplikowane korytarze kalwarii. We wnętrzu wciąż czasem słychać oryginalne, zbudowane w XVIII wieku przez Gottfrieda Mallecka, organy – bynajmniej nie niemego świadka i uczestnika wielu prawykonań utworów Haydna, a także Mszy C-dur Beethovena.

 

Samo Eisenstadt przypomina nieco słynny wierszyk o robaczku i jabłkach – jest więc sala Haydna w pałacu Esterházych, dom Haydna (przy niegdyś Klasztornej, a obecnie Joseph-Haydn Gasse), ścieżka Haydna, ogródek Haydna, wystawa „Haydn explosiv” w pałacu, festiwal muzyczny jego imienia, a także wytwarzane w okolicznych winnicach Esterházych wino „Haydn”. Pałac Esterházych, który góruje nad tym dziwnie pozbawionym wyrazu, choć rozległym dziś miastem, tchnie pewną nostalgią i przytłacza rozmiarami. Pofolgowawszy kieszeniom, zaryzykowaliśmy zakup biletów na jeden z koncertów festiwalowych (festiwal trwa de facto od maja do grudnia) – Missa solemnis Beethovena w, jak się okazało, bardzo przyzwoitym wykonaniu chóru, orkiestry i solistów Letniej Akademii Eisenstadt pod dyrekcją Richarda Zielinskiego. Akustyka Haydnsaal naprawdę warta była tego grzechu. Przez moment pałac węgierskich książąt, na co dzień sennie przyjmujący jedynie turystów, ożył.

 

Wszakże, właśnie dla turystów, również tych muzycznych, przygotowano w nim pyszną wystawę poświęconą Haydnowi i jego twórczości. Multimedialna ekspozycja, pełna muzyki, granej na instrumentach historycznych (a wydobywającej się nieraz z bardzo dziwnych i niespodziewanych instalacji), pozwalała poczuć, jak to jest „z dziecinną radością pociągnąć za sznurek”. Rękopisy i faksymile połączono z nagraniami, które każdy zwiedzający odtwarzał sobie sam, oczywiście na słuchawkach. Na wystawie znalazło się też kilka interesujących instrumentów, a wśród nich perełka: przepiękny baryton należący do samego Haydna. Nie zapomniano o poczuciu humoru głównego bohatera ekspozycji. W jednej z sal spotkaliśmy kwartet smyczkowy. Muzycy, widoczni na wielkim szklanym ekranie, siedzieli bezczynnie, gawędząc między sobą. Gdy tylko weszliśmy do sali, ożywili się i zaczęli grać jeden z kwartetów Haydna, ale wystarczyło odwrócić od nich głowę i zacząć zerkać na wystawione w gablotach rękopisy – natychmiast odkładali instrumenty i wracali do przerwanej pogawędki. Iście haydnowski żarcik.

 

Czas do domu – Haydna oczywiście. Maleńka uliczka, takież przy niej kamieniczki, wszystko miniaturowe, jakby osiemnastowieczni mieszkańcy byli dużo od dzisiejszych mniejsi. W domu Haydna od progu rozbrzmiewa jego muzyka – na dole jest sklepik z płytami i pamiątkami. Wnętrza wzruszające, z pietyzmem umeblowane sprzętami z czasów kompozytora, sporo ciekawych dokumentów ( w tym umowa o pracę z księciem – bardzo drobiazgowa, obejmująca takie szczegóły, jak ilość wina i opału przysługująca kapelmistrzowi Esterházych, a także listę płac muzyków orkiestrowych – bardzo interesująca lektura!), listów, rekonstrukcja kuchni, oryginalny instrument – pianoforte Antona Waltera, na którym kompozytor osobiście grał. Na szczęście instrument okazuje się pomysłowo ożywiony za pomocą wyświetlanego na ścianie filmu z nagraniem jednej z Haydnowskich sonat, wykonywanej właśnie na nim.

 

Osobna i zaskakująco rozbudowana część ekspozycji (podobnie jak tej pałacowej) poświęcona jest „obywatelskiemu” rysowi kompozytora, który w nawiązaniu do brytyjskiego God Save the King i francuskiej Marsylianki, napisał pieśń Gott erhalte. Jej melodię dziś zna każde dziecko: stała się bowiem hymnem niemieckim.

 

Żegnani jego podniosłymi dźwiękami opuszczamy dom Haydna, pozostał już tylko spacer jego ścieżką (wiodącą między innymi przez plac Schuberta), która zaprowadzi nas do należącego do kompozytora ogródka ziołowego. Maleńki areał Haydn nabył jednocześnie z domem, szukając miejsca, gdzie mógłby znaleźć chwilę wytchnienia (być może także od nielubianej małżonki). Samodzielnie uprawiał w nim zioła, interesując się też ich leczniczymi właściwościami. Ogródek można dziś oglądać w niezmienionym niemal kształcie, nadal rosną w nim zioła, jest maleńki domek i ławeczka, ale „zwiedzanie” (w cenie 5 euro) okazuje się możliwe  tylko po telefonicznym umówieniu – zresztą na raz pomieściłby najwyżej pięć osób.

 

Złota klatka
Opuszczamy Eisenstadt, ale nie rozstajemy się z Haydnem, bo przed nami węgierska granica, a niecałe pół godziny za nią Esterháza, duma księcia Mikołaja I, „Wersal Północy”, posiadłość, która miała przyćmić wszystkie inne. Dzisiejsza iluzoryczność tej granicy nawiązuje trochę do dawnej jedności – zresztą, podróżując po południowych Czechach, Austrii i Węgrzech, ma się oczywiste odczucie poruszania się po jednym obszarze kulturowym – coś w rodzaju nowego wydania poszerzonego, z późniejszymi zmianami. Esterházy są obecni na każdym kroku – dojeżdżając do letniej rezydencji w Fertőd mijamy kolejne winiarnie należące do „rodziny”. Sama Esterháza jest pewną abstrakcją. Odciska się mocnym piętnem na tożsamości przyklejonego do niej małego miasteczka – tak mocnym, że praktycznie jej nie ma, bo całe Fertőd zmieściłoby się w granicach posiadłości. W pustym parku, o którego potencjale dają wyobrażenie tylko otwierające perspektywę po horyzont gwiaździste rzędy przystrzyżonego bukszpanu, stoi samotne popiersie Haydna. Jakoś dobrze to oddaje melancholię tego miejsca, na którą narzekał książęcy kapelmistrz, zesłany do złotej klatki „w środku niczego”. W grudniu 1790 roku po powrocie z Wiednia pisał do Marii Anny von Grenzinger: „Cóż, siedzę tu na moim pustkowiu – opuszczony – jak słomiana wdowa – niemal bez ludzkiego towarzystwa – smutny – pełen wspomnień o minionych – tak, właśnie minionych! – pełnych blasku dniach i kto wie, kiedy te dni powrócą?”.

 

Sam pałac, zabudowany półkolem wokół zadbanego dziedzińca jest wyraźnie odnowiony i niemal razi jasną elewacją. Zwiedzanie możliwe jest akurat tylko po węgiersku, ale mimo to chcemy zajrzeć. Największe wrażenie robi słynna sala balowa, nawiązująca do Wersalu, w której wciąż odbywają się koncerty. Uruchomienie odrobiny wyobraźni przywodzi bez trudu obrazy i dźwięki, które mogły ją niegdyś wypełniać. Reszta pomieszczeń niestety przygnębia martwotą, przykurzone stylowe meble, filiżanki sprawiające wrażenie przyrośniętych od lat do spodeczków i nieśmiertelne aksamitne sznury odgradzające stadko zwiedzających od tych małych skansenów nieistniejącego już dawno życia. Nie istnieje też już zniszczona w połowie XIX wieku opera na czterysta miejsc, w której miała swoje premiery większość oper Haydna, a pierwszym wystawionym w niej spektaklem była Lo speciale.

 

Tę dziwnie nostalgiczną podróż śladami Mozarta i Haydna zakończyliśmy odkryciem osobliwie zaskakującego akurat tu śladu po życiu Haydna w Fertőd. Wychodząc z parku natknęliśmy się przypadkiem na … szkołę muzyczną jego imienia, funkcjonującą w leżącym nieopodal pałacu budynku, w którym kompozytor niegdyś mieszkał i pracował. I choć w sierpniu, chodząc jej korytarzami, słyszeliśmy tylko echo własnych kroków, to właśnie tam duch papy Haydna wydał mi się najbardziej obecny. Najwyraźniej nostalgię rozwiewa życie, a nie wspomnienia o nim.