Wydanie: MWM 07/2015

Potyczki z Berendtem #2: Co z tym swingiem?

Article_more
„Swingu nie da się nauczyć. Albo masz go w sobie, albo nie”. Ten nieszczęsny komunał wciąż często słyszany jest w kontekście jazzowym, chociaż, jak sądzę, lepiej charakteryzuje zjawisko polegające na wymienianiu się współmałżonkiem na okoliczność improwizacji seksualnych. Pół biedy, jeśli słowa te padają z ust neofity, który nawrócił się, dajmy na to, obejrzawszy Whiplash. Kiedy zaś wypowiada je twój jazzowy guru, możesz stracić grunt pod nogami.

Jakiś czas temu obiecywałem, że przejrzę książkę, która towarzyszy mi od samego początku interesowania się jazzem, i sprawdzę, w jakim stopniu zgadzam się z poglądami autora po dwudziestu latach od pierwszej lektury. Chodzi o książkę Wszystko o jazzie Joachima Ernsta Berendta, którą od trzech miesięcy wertuję, szukając haka na tego cenionego i obdarzonego wielką muzyczną intuicją autora. Muszę przyznać, że nie jest łatwo. Berendt znalazł tak niezwykłą formułę myślenia i pisania o jazzie, że niemal wszystkie ogólne tezy pasują zarówno do wczesnych form, jak i do najświeższych innowacji. Narzuca się myśl, że niemiecki krytyk zdołał uchwycić esencję jazzu.

 

Przeglądam po raz kolejny rozdział zatytułowany Elementy jazzu: rytm, swing i skupiam się na owym swingu. Symptomatyczny jest cytat z wielkiego perkusisty Jo Jonesa, jaki przywołuje Berendt: „To sprawa zupełnie prosta, ale jest w tym coś, czego nie sposób opisać i czego nigdy jeszcze nie opisano... Albo twoja gra wyjaśnia – jeśli go czujesz – czym jest swing, albo nie ma go w twojej grze. Różnica jest taka, jak między normalnym a gąbczastym uściskiem dłoni”. Domyślam się, że Jo Jones słyszał ową gąbczastość u nieswingujących muzyków, i ciekaw jestem, jak Państwo postrzegają (jako wychowani w tradycji europejskiej) to porównanie. Pozwólmy sobie na mały eksperyment. Ustawmy dwie opozycje: marsz – swing i sprężysty – gąbczasty. Jak je Państwo połączą? No właśnie.

 

Jazz od dłuższego czasu (mniej więcej od lat czterdziestych ubiegłego wieku) ma pewien kłopot. Kłopot, powiedziałbym, wizerunkowy. Być może jest to jedna z przyczyn, dla których jazz lubiany jest zaledwie przez kilka procent ludzkości. W początkach swojej historii przyciągał żywiołowością, dzikością i aurą egzotyki. W erze swingu został oswojony, odziany w smoking, natarty pomadą, uperfumowany i wprowadzony do wielkich sal balowych. W latach czterdziestych zaczął się rodzić mit bebopu – muzyki dla intelektualistów, niezrozumiałej dla ogółu. Mniej więcej od tego okresu w tekstach charakteryzujących jazzową estetykę zaczynają pojawiać się nieprzyjemne akcenty, które faworyzują ezoteryczne formuły, niejasne definicje, elementy niemożliwe do zwerbalizowania, wreszcie – jak w akapicie powyżej – idiosynkrazje. Nikt nie wie, czym jazz w istocie jest, nie da się opisać swingu, albo to czujesz, albo nie i tyle.

 

Taka (ezo)retoryka, jakkolwiek na pierwszy rzut oka wygląda atrakcyjnie, nie może przyciągać bez końca. Kto dziś pamięta o wirujących stolikach i wielkim spirytystycznym szaleństwie sprzed stu–stu pięćdziesięciu lat? Kto studiuje mesmeryzm? Kto ekscytuje się kręgami w zbożu i incydentem z Roswell? Kilka procent? Niedobry to prognostyk.

I z drugiej strony: czy da się opisać słowami, powiedzmy, brzmienie klawesynu lub aromat babcinych pierogów? Tylko do pewnego stopnia, tak jak do pewnego stopnia da się opisać swing. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie jednak twierdził, że piękno brzmienia klawesynu polega WŁAŚNIE na tym, że nie pozwala się oddać słowami. Ludzie twierdzą, że nie lubią jazzu, bo jest „skomplikowany” – ta (ezo)retoryka utrwaliła w nas myśl, że w jazz trzeba wniknąć, żeby go polubić. Na Boga, nie trzeba! Czy wszyscy miłośnicy Sonaty księżycowej, piosenki Michelle Beatlesów czy Englishman in New York Stinga zastanawiają się nad przebiegami harmonicznymi zakodowanymi w ich ulubionych evergreenach?

 

„Wszyscy niemal wybitni przedstawiciele jazzu nowoczesnego studiowali muzykę – pisze Berendt – bo żeby być dobrym muzykiem – obojętne w jakiej dziedzinie – trzeba znać i rozumieć swoją muzykę. Ale tego, co decydujące – swingu, nie można się nauczyć”. Cóż za piramidalna bzdura! Skoro swingu nie da się nauczyć, to należałoby się zastanowić, jaką drogą rozprzestrzenił się po kontynentach, bo przecież nie kropelkową. Winylową, powie ktoś, i moim zdaniem będzie w tym sporo racji. Przecież nie będziemy bronić niedorzecznej tezy, że wszyscy znani nam wspaniali jazzmani wyssali swing z mlekiem swoich francuskich, szwedzkich, polskich, wietnamskich czy libańskich matek. Jest jeszcze jedna możliwość: być może pewnego dnia uczeni przyszpilą pod mikroskopem elektronowym gen odpowiedzialny za zdolność do swingu, na razie jednak pozostaje nam wierzyć, że swingu uczymy się przez osmozę. Nie zapominajmy też (bo to bardzo ważne), że sama opozycja swinguje – nie swinguje ma charakter idiosynkratyczny. Ilu we współczesnym jazzie jest muzyków, których umiejętność swingowania może podlegać dyskusji? Coś mi mówi, że zdecydowanie wielu...

 

Jeżeli swingu – tego decydującego elementu – nie da się nauczyć, łatwo zanegować sens edukacji jazzowej w ogóle. Zgoda, szkoły jazzowe nie są idealne. Gdyby ktoś szukał powodów, aby wysadzić w powietrze cały system edukacji jazzowej, sam ochoczo podsunąłbym mu kilkanaście. Ale nie byłoby wśród nich niezdolności do nauczenia swingu.

 

Przyjemnie jest wadzić się z mistrzem.