Napisać hymn i umrzeć

Article_more
Warto nauczyć się śpiewać hymn, dobrze jest umieć go zagrać, ale najlepiej –napisać. Pomniki i wieczna sława gwarantowane, a przy odrobinie szczęścia da się jeszcze za życia ów utwór bardzo korzystnie sprzedać.

Śpiewać każdy (teoretycznie) może, a nawet powinien, bo dzięki temu dotleni swoje komórki mózgowe, pobudzi produkcję endorfin, będzie zdrowszy, szczęśliwszy, przyjaźniej nastawiony do świata. Hymn dotlenia wyjątkowo skutecznie, gdyż śpiewa się go pełną piersią i entuzjastycznie. Oraz z szacunkiem, bo inaczej narazimy się na urzędowy zarzut znieważenia albo wywołamy agresję wśród słuchaczy. Edyta Górniak na przykład, jak orzekł vox populi, hymnu śpiewać nie umie. Gdyby umiała, nasze orły zdobyłyby w Korei mistrzostwo świata w piłce nożnej, a tak nie wyleciały nawet z grupy. Z kolei Jarosław Kaczyński nie dość, że śpiewał mazurka w rytmie rozchwianego marsza żałobnego (obu wykonań można posłuchać na youtube), to jeszcze kazał Dąbrowskiemu maszerować „z ziemi polskiej do Wolski”, co zdezorientowało armię obywateli i osłabiło ich morale.

 

Hymnem w londyńczyków

Z graniem hymnu jest mniej kłopotów. Wystarczy grać fortissimo oraz affettuoso, nikt się nie przyczepi. Jedyny problem to warunki pracy: deszcz leje, usta przymarzają do blachy, a dmuchać trzeba. Za to słuchacze prawie zawsze stoją przed artystami na baczność.

 

Wykorzystał to Henryk Wieniawski, żeby zdyscyplinować wyjątkowo niesforną angielską publiczność. Jak pisała w książce Wspomnienia i wrażenia Helena Modrzejewska, Anglicy chętnie zapraszali wybitnych artystów, żeby ci swymi występami uatrakcyjniali salonowe przyjęcia, ale ich nie słuchali. Owszem, witali z zainteresowaniem, jednak „pierwszy ton orkiestry albo instrumentu solowego, jak skrzypce czy wiolonczela, dawał hasło do wszczęcia ogólnej głośnej rozmowy. Im głośniejsza była muzyka, tym głośniejszy gwar rozmów”. Wieniawskiego spotkał taki afront w londyńskim salonie. Gdy wyszedł do publiczności, zrobiło się cicho jak makiem zasiał, lorgnony znieruchomiały. Wystarczyło jednak, że dotknął smyczkiem strun, popłynęły pierwsze tony Cavatiny Joachima Raffa, a wszyscy zebrani w salonie zaczęli rozmawiać. Mistrz postanowił wychować salonowych gości z pomocą Boga i królowej.

 

Dał sygnał akompaniatorowi i oto Cavatina przeobraziła się w hymn narodowy, grany fortissimo. Na dźwięk melodii God Save the Queen siedzący zerwali się i zastygli w milczeniu, ale gdy tylko Wieniawski wrócił do Cavatiny, znów zaczęli gadać. Skrzypek więc ponownie porzucił Raffa i zagrał hymn, zdobywając kilka minut ciszy, jednak na dźwięk melodii „cywilnej” gwar wybuchał ze zdwojoną siłą. Przećwiczył ten manewr pięć albo sześć razy i musiał w końcu przyznać, że nauka poszła w las… Dziwiono się tylko, co to za utwór, w którym tyle razy powtarza się motyw hymnu.

 

W tej sytuacji zdecydowanie najkorzystniej samemu zabrać się za pisanie pieśni stawiającej naród na baczność. Zadanie nie jest trudne, nie trzeba być od razu Schillerem czy Beethovenem, oni muszą wywołać wzmożenie patriotyczne w całej Europie, my poprzestańmy na jednym kraju, a nawet kraiku. Wystarczy tylko pamiętać, że tekst powinien być patetyczny, ewentualnie bukoliczny, bo kraje uwielbiają się chwalić pięknem swoich krajobrazów („Znam piękną krainę rozległych, piaszczystych plaż nad słonymi cieśninami Bałtyku” – śpiewają Duńczycy), a muzyka musi być mało skomplikowana.

 

Pieśń polityczna

Ludzie związani z Dolnym Śląskiem napisali już trzy hymny narodowe, więc ścieżka została przetarta. Pierwszy to hymn Niemiec (Deutschlandlied). Jego tekst jest dziełem Augusta Heinricha Hoffmanna von Fallerslebena, językoznawcy i poety, kustosza wrocławskiej Biblioteki Uniwersyteckiej i profesora literatury na tutejszej uczelni. W 1841 roku postanowił spędzić wakacje na wyspie Helgoland na Morzu Północnym. Należała wówczas do Wielkiej Brytanii, Niemcy mieli ją dostać dopiero w 1890 roku, w rozliczeniu za Zanzibar. Pasażerom wstępującym na statek odegrano ich hymny: Anglicy prężyli się, słysząc God Save the Queen, Francuzi dostali Marsyliankę, a gdy Niemcy zaczęli wchodzić, orkiestra zamilkła, bo nie miała co grać.

 

Von Fallersleben zabrał się więc do pracy i już pod koniec sierpnia miał gotowe trzy zwrotki Pieśni Niemiec, wyrażającej tęsknotę za wolnością i jednością kraju rozbitego na kilkadziesiąt państewek: „Deutschland, Deutschland über alles” („Niemcy, Niemcy ponad wszystko”). Napisał ją na melodię utworu Josepha Haydna z 1796 roku. Haydn skomponował wprawdzie ten utwór dla austriackiego cesarza Franciszka II, ale wystarczyło zamienić „Gott erhalte Franz, den Kaiser” („Boże zachowaj Franciszka, cesarza”) na „Deutschland, Deutschland über alles”, żeby muzyka nabrała mocy hymnu. Niestety akurat Fallersleben na hymnie nie zarobił. Bo owszem, pisał nieźle, ale jego teksty narażały go na przykrości polityczne. Za życia i po śmierci.

 

Rok po stworzeniu Deutschlandlied wydał Die unpolitischen Lieder (Pieśni niepolityczne), które w państwie pruskim ściągnęły na niego represje: został wyrzucony z uniwersytetu wrocławskiego, pozbawiony profesury i prawa do pensji. Nadzorowany przez policję, błąkał się po różnych krajach niemieckich i Holandii, a jego Pieśni niepolityczne znalazły się na indeksie. „Gazeta Wielkiego Księstwa Poznańskiego” tłumaczyła czytelnikom, że profesor z Breslau ujął się między innymi za podzieloną Polską, przyrównując jej krzywdę do losu ludzi sprzedanych w niewolę i przestrzegając inne kraje, że na nich też polityczni rozbójnicy mogą parol zagiąć, zalecał ironicznie modły za króla, bo „nieprzyjaciół naszych kochać powinniśmy” oraz uświadomił swoich rodaków, że ich głosy brzmią w uszach władców gorzej niż ryczenie wołów i chrząkanie świń. Jednym słowem – liberał, humanista, nic tylko na rękach nosić.

 

W 1922 roku pieśń Fallerslebena awansowała do roli hymnu, ale szybko została skompromitowana przez nazistów. Pierwszy wers nabrał w czasie II wojny złowieszczego znaczenia i był odczytywany jako manifestacja polityki ekspansji. Po upadku III Rzeszy zakaz wykonywania Deutschlandlied wszedł więc gładko do pakietu denazyfikacyjnego. Okazało się jednak, że bez hymnu ani rusz i po awanturach, także międzynarodowych, RFN wróciła w 1952 roku do pieśni Fallerslebena. Tylko że w wersji ocenzurowanej; w czasie oficjalnych uroczystości śpiewa się jedynie trzecią zwrotkę. Bo breslauerski profesor faktycznie pisał „pieśni niepolityczne”. W drugiej zwrotce zadeklarował, że „my, Niemcy” będziemy szukać inspiracji do szlachetnych czynów („uns zu edler Tat begeistern”) w walorach: niemieckich kobiet, niemieckiej wierności, niemieckim winie i niemieckiej pieśni. Niby w 1841 roku nawet największy demokrata nie widział możliwości wpisania kobiet do politycznej wspólnoty, ale po co to było od razu deklarować w hymnie…

 

Jeden kompozytor, dwa hymny

Znacznie lepiej poszło Franzowi Eckertowi z Neurode (dziś: Ruda Śląska). Może dlatego, że za tekst się nie brał, napisał tylko muzykę. Za to i dla Japończyków, i dla Koreańczyków. Eckert (rocznik 1852) talent muzyczny ujawnił już w dzieciństwie, więc rodzice wysłali go do konserwatorium we Wrocławiu, a potem w Dreźnie. Karierę zaczął jako muzyk wojskowy w Nysie, szybko jednak przeniósł się do Wilhelmshaven, gdzie został kapelmistrzem marynarki wojennej. Akurat szukano tam muzyka dla… marynarki japońskiej i wybrano Eckerta. I w ten sposób dwudziestosiedmioletni Franz pojechał do Tokio. Wymarzona praca, żadnej konkurencji, muzyka zachodnioeuropejska była w ówczesnej Japonii prawie nieznana. Eckert został więc muzycznym pionierem. Najpierw otrzymał posadę kapelmistrza cesarskiej marynarki wojennej (wprowadzał wzorce niemieckiej muzyki wojskowej), potem przeszedł do departamentu muzyki klasycznej ministerstwa domu i dworu cesarskiego. Założył orkiestrę dworu cesarskiego w Tokio. Wydał nawet śpiewnik dla japońskich szkół. Skomponował też na pogrzeb matki cesarza pieśń Kanashimi no kiwami (Niezmierzony ból), która od tamtego czasu jest okazjonalnie wykonywana na dworze cesarskim.

 

W 1880 roku japońskie ministerstwo marynarki wojennej zleciło Eckertowi skomponowanie hymnu narodowego. Muzyk z Nowej Rudy wybrał melodię japońską napisaną przez Hayashiego Hiromoriego na tradycyjne instrumenty japońskie, którą zaaranżował i rozbudował brzmieniowo do gry na instrumentach europejskich. Pierwszy raz hymn zaprezentowano 3 listopada 1880 z okazji urodzin cesarza Mutsuhito (przybrał imię Meiji.)

 

Ostatecznie słowa i melodię zaakceptowano w 1888 roku. Franz Eckert w następnym roku ze względów zdrowotnych wrócił do Niemiec, ale długo w ojczyźnie nie wytrzymał. W 1891 roku wyjechał do Korei, by powtórzyć sukces japoński. Założył orkiestrę, która koncertowała co czwartek w seulskim parku Pagoda, i znowu zabrał się za pisanie hymnu. Dostał za niego od koreańskiego cesarza order zasługi Tai Keuk III klasy. Niestety ten utwór kompozytora z Nowej Rudy grano tylko do 1910 roku, bo Japonia anektowała Koreę i zmieniła hymn. Na japoński. Eckert nie mógł się skarżyć, ktokolwiek rządził, wszyscy musieli stać, jak on zagrał. Człowiek sukcesu, co doceniła Ruda Śląska wystawiając mu w 2006 roku pomnik i organizując cyklicznie dni kultury japońskiej.

 

Pomnik Eckerta kosztował kilka tysięcy złotych i zwrócił się niemal natychmiast, bo jak się wieść po Polsce rozeszła o jednym takim, co dwa hymny napisał, to media najechały skromne, górnicze miasteczko i promocja była, że ho, ho. Wprawdzie Japonia z hymnu Eckerta nadal jest zadowolona, Niemcy kontentują się trzecią zwrotką „Jedność i prawo i wolność / Dla niemieckiej ojczyzny”, ale ostatnio Brytyjczycy zaczęli się zastanawiać, czyby nie zastąpić God Save the Queen wiązanką melodii narodowych. W wiązankach jesteśmy dobrzy, opłaca się spróbować.