Autor: Michał Nowak
Wydanie: MWM 11/2012

Niezgoda na świat

Rozmowa z Katarzyną Kozyrą
Article_more
Dla mnie ważna jest prawda trudu, który stoi za dążeniem do perfekcji. Jeśli wszystko przychodziłoby lekko, to każdy mógłby w dowolnej chwili stać się wybitną postacią w danej dziedzinie. Tak jednak nie jest.

Michał Nowak: W projekcie W sztuce marzenia stają się rzeczywistością sięgnęłaś do opery. Mimo że bazujesz na konwencjonalności tej dziedziny sztuki, to jednak decyzja o wykorzystaniu muzyki klasycznej w sztuce wideo jest dość zaskakująca. Artyści zazwyczaj posługują się szeroko rozumianą muzyką popową, ewentualnie jazzem. Skąd zatem u ciebie muzyka klasyczna?
Katarzyna Kozyra
: Zawsze lubiłam słuchać muzyki klasycznej, mimo że u nas w domu właściwie nikt się nią nie interesował. Ojciec wprost nienawidził muzyki klasycznej. Jak tylko w radiu słyszał klasyczne współbrzmienia, natychmiast wpadał w furię i wyłączał odbiornik. Moje zainteresowanie klasyką zawdzięczam raczej znajomym, jednak najważniejszy był kontakt z moim profesorem – Jerzym Stajudą. On miał niesamowitą kolekcję nagrań – całą ścianę płyt winylowych. Sporo od niego pożyczałam; w tamtym czasie uwielbiałam muzykę klawesynową. Wysłuchałam chyba wszystkich kompozycji Couperina.

Co do projektu W sztuce marzenia stają się rzeczywistością i mojego śpiewania w nim arii operowych, to wyszło to kompletnie przez przypadek. Pierwotnie myślałam raczej o muzyce rockowej, country, skłaniałam się więc ewidentnie ku muzyce popowej. No ale trafiłam na Grzegorza Pitułę, któremu powierzyłam rolę Maestra. Ponieważ jest on osobą niezwykle ciekawą świata, to udało mi się go przekonać do wzięcia udziału w tym projekcie. To on zadecydował, że jeśli mam się uczyć śpiewu, to musi to być na serio i że koniecznie muszę śpiewać arie. Wydawało mi się to wówczas kompletnym szaleństwem. 

Nie przeszkadzał mu wiek uczennicy?
Nie, w zasadzie on również był zaskoczony, że tak łatwo się zgodziłam na jego warunki. Nasza pierwsza lekcja śpiewu była po prostu tragiczna. Jest zresztą nagrana. Maestro był chyba żądny ekstremalnych przygód. Po lekcji – gdy już nie filmowaliśmy – zaproponował, żebyśmy się spotkali jeszcze raz w Zachęcie, bo tam było pianino. Pod koniec tego drugiego spotkania poprosił mnie, żebym coś zaśpiewała. Ja na to: „Ale co? Przecież niczego nie znam”.

Nawet Wlazł kotek na płotek?
Nawet tego nie umiałam. On strasznie się zdziwił, że niczego tak po prostu dla siebie nie śpiewam. Wiadomo, jako muzyk wyobrażał sobie, że każdy coś tam sobie śpiewa. A ja – kompletne zero, nic. Wtedy zaczął śpiewać arię Cherubina z Wesela Figara Mozarta. Wiedział, że mój projekt będzie krążył wokół fenomenu płci. Robił przy tym niesamowite miny. Byłam po prostu oszołomiona jego interpretacją. Postanowiłam, że to właśnie Grzegorz Pituła powinien mnie uczyć śpiewu i że właśnie tak chcę śpiewać. Potem Maestro przedstawił mi nagranie tej arii w wykonaniu Cecilii Bartoli. Od tego momentu chciałam śpiewać tylko tak, jak ona. Dlatego zapytałam Grzegorza Pitułę, czy wystarczy mi pół roku nauki, żeby osiągnąć taki poziom. Odpowiedział, że zajmie to trochę więcej czasu. Nie spodobało mi się to, bo zakładałam, że wystarczy mi pół roku.

Arie do tego projektu wybierałaś ze względu na zawartą w nich treść, czy jeszcze jakieś inne względy odgrywały rolę?
Najważniejsze były słowa oraz względna łatwość wykonania danej arii. Zdarzało się jednak, że najpierw zafascynowała mnie muzyka, a dopiero potem okazywało się, iż treść pasuje do mojego projektu.

A może dałoby się użyć dowolnej arii?
Nie. Chociaż może można by tak zrobić. W końcu prawie wszystkie dawne opery są o tym samym.  

Czyli jednak śpiewałaś to, co ci się podobało?
Z pewnością. Nie śpiewałabym tego, co nie wpadłoby mi w ucho. Istotna była również kwestia interpretacji arii. Gdybym trafiła na inną, utwór prawdopodobnie by do mnie nie przemówił. Czyli najpierw konkretna interpretacja zwracała moją uwagę, sprawiała, że chciałam daną arię włączyć do projektu. Dopiero potem szukałam różnych wykonań arii, dokonywałam porównań.    

Na kim się wzorowałaś?
Teraz już nie pamiętam nazwisk. Przypominam sobie, że przy kręceniu Letniej opowieści inspirowałam się Kiri Te Kanawą.

Maria Callas nie była dla ciebie wzorcem divy?
To dla mnie diva nad divami. Niezwykle ekspresyjny był nawet jej głośny sposób brania oddechu.  

Wciąż śpiewasz?
Teraz już nie, ale moje lekcje śpiewu ciągnęły się sześć lat. W końcu jednak musiałam się odciąć od poprzedniego projektu i dlatego od trzech lat nie miałam żadnej lekcji śpiewu.

To była dla ciebie trauma, czy czerpałaś z tych lekcji jakąś przyjemność?
I jedno, i drugie, chociaż przykrości było więcej. I strachu, co ten parszywy Maestro tym razem wymyśli, by mnie zdołować. Czasem był naprawdę wredny, a czasem to ja mylnie interpretowałam jego zachowania jako wredne. Zbyt osobiście traktowałam jego uwagi, ale tylko dlatego, że bardzo chciałam nauczyć się śpiewać. Łatwo było mnie zranić. Tymczasem Maestro myślał, że się zgrywam, że robię mu na złość, że wcale nie chcę się nauczyć śpiewać, a ja po prostu byłam strasznie zestresowana. Jedno pasmo nieporozumień.

Naprawdę wierzyłaś, że uda ci się nauczyć śpiewać w ciągu sześciu miesięcy?
Gdybym nie wierzyła, że uda mi się nauczyć śpiewać na przyzwoitym poziomie, to w ogóle nie zawracałabym sobie głowy lekcjami. Mogłabym te wszystkie projekty zrobić ot tak, z marszu, kompletnie nie umiejąc śpiewać.

Czyli ważny był sam proces dochodzenia do pewnej sprawności?
Tak, on uwiarygodnia twórczość. Sprawia, że naprawdę mierzymy się z konkretnymi problemami. Niestety, pochłania to sporo czasu.

Ale stanowi również przeciwwagę dla konsumpcyjnego stylu życia, w którym coś się nabywa, wykorzystuje, wyrzuca, kupuje nową rzecz – i tak w kółko.
Tak, a poza tym to wyraz niezgody na świat, w którym liczy się tylko to, co perfekcyjne. Dla mnie ważna jest również prawda trudu, który stoi za dążeniem do perfekcji. Jeśli wszystko przychodziłoby lekko, to każdy mógłby w dowolnej chwili stać się wybitną postacią w danej dziedzinie. Tak jednak nie jest. Żeby zrobić coś świetnie, większość osób musi się natrudzić, dokonać wyboru, że właśnie temu, a nie czemuś innemu poświęci swój czas. Musi z wielu rzeczy zrezygnować.

Czyli najważniejszy w sztuce byłby upór?
Talent też jest istotny, ale wszystko co robi się z wielką żarliwością – nawet praca dentysty – staje się sztuką. Można na przykład uprzeć się, że uratuje się zęba, którego każdy dentysta spisałby na straty. Tyle tylko, że to wymaga kreatywności, pomysłu, który wyjdzie naprzeciw potrzebie chwili.

To już jest sztuka?
Jeśli nie działa się według szablonu, jeżeli atakuje się problem z różnych stron, to jak najbardziej. Proces poznawania nowej rzeczywistości to zarazem kapitalna przygoda. Maestro wprowadził mnie w świat opery. Chodziliśmy razem na koncerty, poznałam mnóstwo śpiewaczek i śpiewaków. Z bólem rozstawałam się z tym wszystkim, ale w sztuce nie można zbyt długo zajmować się tym samym problemem.

Czyli to wszystko było tylko pewną przybraną maską, którą w pewnym momencie odrzuciłaś?
Tak.

A skoro mówimy o teatralności, to wróćmy do min Maestra podczas śpiewu. Z tego co powiedziałaś wnioskuję, że miny i gesty interesowały cię w takim samym stopniu, jak technika?
Interesowało mnie wszystko to, co było przerysowane. Zrozumiałam, że śpiew jest zależny nie tylko od tych wszystkich min, lecz także od tego jak wytrzeszcza się oczy. Tę wiedzę musi posiąść każdy śpiewak, a do tego dochodzi jeszcze interpretacja postaci. To odkrycie po prostu mną wstrząsnęło. Co innego jest przecież widzieć śpiewaka z daleka, a zupełnie co innego, gdy całą tę technikę ma się na wyciągnięcie ręki.

Udało ci się tego wszystkiego nauczyć?
Nie, zupełnie nie byłam w stanie naśladować tych min. Moje lekcje śpiewu rozbiły się o mój wstyd. Nie byłam w stanie się otworzyć, przekroczyć pewnej granicy wstydu. Dlatego moje lekcje trwały tak długo. To było straszne. Byłam nawet na lekcji u Dunji Vejzović. Ona zgodziła się mnie przesłuchać.

Jako wschodzącą gwiazdę opery?
Nie, chciałam, żeby była grubą Divą w moim projekcie. Zamierzałam zrobić odlew jej ciała i później symbolicznie wejść w jej skórę. Nie udało mi się jednak jej do tego namówić, mimo że na początku wyraziła na to zgodę.

Mówiłaś o tej specyficznej mimice, która podporządkowana jest technice śpiewu. A jednak, mimo tej konwencjonalności, miłośnicy opery odnajdują w niej autentyczne emocje.
Ja też je odnajduję. Jeśli jakiś spektakl jest świetnie zrobiony, to ronię prawdziwe łzy. Nie mogę się przed tym powstrzymać.

Ale chyba nie skłaniają cię do tych łez libretta, tylko ich połączenie z muzyką?
Tak, o to połączenie z muzyką tu chodzi. Jeśli jest ono na dobrym poziomie, to wchodzę w tę operową konwencję i – aż mi wstyd – beczę jak bóbr.

A czy muzyka instrumentalna dalej ci towarzyszy?
Oczywiście. Miałam nawet kiedyś taki pomysł na pracę z klawesynem. Siedziałabym na trupie i grała na klawesynie taki szybki utwór Couperina. No ale nie udało mi się dostać odpowiedniego instrumentu. Okazało się, że klawesyn, o który mi chodziło, trzeba by dopiero zrobić, a to zajęłoby kilka lat. Potem zaczęłam grać na fortepianie. Nie znałam nut, ale przyszła do mnie Dorota Szwarcman i narysowała mi kropki na klawiszach, a także wyznaczyła kolejność ich naciskania. Przez parę miesięcy ćwiczyłam jeden utwór.

Z jakim efektem?
Nie udało mi się sprostać swoim oczekiwaniom. Doszłam do granic możliwości. Ponieważ nie posiadałam odpowiedniej techniki, wyćwiczonych mięśni, to łapały mnie skurcze. Musiałam zaniechać dalszych ćwiczeń.

Czyli – jak zwykle – wybrałaś ekstremalną drogę.
Tak, bo tylko to robi wrażenie. Z tego powodu na przykład nigdy nie lubiłam Karajana. Pamiętam, jak kłóciłam się o jego interpretacje z prof. Stajudą. On uważał, że to geniusz, a dla mnie był zbyt stonowany. Unikał ekscesów, przez co ulatniały się i emocje.

Nadal zdarzają ci się spory o muzykę klasyczną z jakimiś artystami?
Nie, jeśli chodzi o słuchanie muzyki klasycznej, to w moim środowisku jestem osamotniona. Wydaje mi się, że artyści nie mają kontaktu z innymi dziedzinami sztuki. No, może z literaturą…

…na pewno z filmem
Z filmem każdy ma kontakt, ale z muzyką wygląda to kiepsko.

Wróćmy zatem jeszcze na chwilę do twoich fascynacji. Czy oprócz głosu ludzkiego i instrumentów klawiszowych coś jeszcze cię pociągało?
Fascynowały mnie kwartety smyczkowe Schuberta, Beethovena, Brahmsa. Na Mahlera – jego pieśni – przyszedł czas o wiele później. W ogóle muzyka wokalna zaczęła mnie pociągać dopiero po jakimś czasie.

Czy te muzyczne fascynacje przekładają się jakoś na twoje prace? Czy jak montujesz film, to myślisz w sposób muzyczny, starasz się nadać obrazom pewien rytm?
No jasne. Posługuję się metodą kontrastów, która jest moim zdaniem równie ważna przy komponowaniu muzyki. Za pomocą kontrapunktu staram się ustrzec monotonii. Myślę, że te zasady obowiązują w każdej dziedzinie sztuki.

U ciebie ma to korzenie muzyczne?
Myślę, że nie. Jest to raczej kwestia wrażliwości, otwartości na różne bodźce.

Czy zatem dostrzegasz muzyczną stronę życia codziennego? Muzyczność szumów, trzasków, hałasów?
Tą sprawą zajmuję się w moim najnowszym projekcie. Prawdopodobnie ważniejsza będzie w nim ścieżka dźwiękowa niż obraz.

Mówiłaś, że obecnie słuchasz tylko muzyki klasycznej. Ale przecież pop otacza nas ze wszystkich stron – gdy jedziemy taksówką czy autobusem, gdy robimy zakupy. Nie można się z nim nie zetknąć. Dlaczego więc wybierasz klasykę?
Bo można jej słuchać w kółko i się nie nudzi. Bo istnieje taka masa różnych interpretacji, że za każdym razem można odkryć coś nowego w znanym już dziele. Poza tym szkoda mi na coś innego czasu i dlatego obecnie słucham tylko radiowej Dwójki.

Czasem pojawiają się głosy, że ludzie słuchający muzyki klasycznej to snobi. Jak to wygląda w Berlinie, w którym często gościsz? Publiczność jest naprawdę zainteresowana muzyką?
Jak najbardziej. Snobizm jest raczej w Polsce. Gdy przyjeżdża tu jakaś gwiazda, to na koncert wybiera się sporo osób, które chcą się po prostu pokazać. W Niemczech ludzie chodzą do filharmonii z potrzeby. Jest to tam tak naturalne, jak jedzenie, picie i wydalanie. Ja zresztą też mam taką potrzebę. Gdyby nie było Dwójki i kin studyjnych, chyba bym się powiesiła. Bo jak się ma do czynienia tylko z chłamem, to samemu obniża się loty. Jeśli natomiast zobaczy się czy usłyszy coś wartościowego, to człowieka mobilizuje − rodzi się przekonanie, że warto dać z siebie więcej, by dorównać do tego poziomu.

Kształciłaś się w Austrii i w Niemczech. Jak w tych krajach wygląda edukacja muzyczna?
W Austrii miałam wychowanie plastyczne i muzyczne. Tam są to przedmioty równorzędne z historią czy matematyką. Uczyliśmy się kompozycji, każdy grał na flecie lub harmonijce. Od najmłodszych lat stwarzana była w ten sposób potrzeba muzyki. W Polsce wychowanie muzyczne polegało na tym, że się śpiewało. To był kompletny bezsens.

Nie wydaje ci się, że świat muzyki jest patriarchalny? Kobieta może być wybitną śpiewaczką, skrzypaczką, flecistką, wiolonczelistą, czasem – trębaczką. A ile znasz cenionych dyrygentek?
Wolno jej jeszcze grać na fortepianie.

No tak, ale nie wydaje ci się, że świat muzyczny utrwala męską hegemonię?
Utrwala, ale może lepszą część męskości? Jestem pewna, że muzyczny świat kobiet jest zupełnie inny od świata męskiego.

Myślisz, że muzyka potrafi wpływać na ludzkie zachowania?
Jak najbardziej. Zwłaszcza gdy jest pozbawiona wymiaru komercyjnego, gdy jest darem. Bez muzyki świat byłby bardziej chamski, bezwzględny.

Rozmawiał Michał Nowak (Program 2 Polskiego Radia)



Katarzyna Kozyra – rzeźbiarka, autorka instalacji, fotografii i filmów wideo. Absolwentka warszawskiej ASP w  pracowni prof. Grzegorza Kowalskiego. Laureatka Paszportu Polityki oraz honorowego wyróżnienia na 47. Biennale w Wenecji. Rozgłos przyniosła jej praca dyplomowa Piramida zwierząt. W swojej sztuce porusza tematy tabu – śmierci, choroby, nagości. W latach 2003–2009 zrealizowała szeroko zakrojony projekt W sztuce marzenia stają się rzeczywistością, wykorzystujący różnorodne formy sztuk wizualnych, muzyki i performance’u.