Wydanie: MWM 09/2015

Wrocławski skarb

Giovanni Antonini - wywiad
Article_more
Chcę, żeby ludzie mieli świadomość, że festiwal Wratislavia Cantans to prawdziwy skarb, zależy mi na tym, żeby dowiedzieli się o nim melomani w innych krajach (choćby we Włoszech), ale także na tym, żeby bogactwo muzyczne Wrocławia odkryli mieszkańcy miasta i regionu, którzy do tej pory nie uczestniczyli w życiu kulturalnym. Niech zobaczą, że tu, w ich mieście, w Narodowym Forum Muzyki dzieje się coś ważnego.

Joanna Michalska: Co świętujemy, maestro?
Giovanni Antonini:
Przyszłość i przeszłość festiwalu. Jubileusz pięćdziesiątej edycji i otwarcie Narodowego Forum Muzyki.

 

Muzyka potrzebuje pałaców?
Wczoraj dyrygowałem w Centrum Kulturalno-Kongresowym w Lucernie, w sali bardzo podobnej do wrocławskiej, o tej samej pojemności, a przede wszystkim zaprojektowanej przez tych samych inżynierów akustyków. Koncertuje się w niej znakomicie. Stała się bardzo ważnym obiektem, ma „swój” festiwal, dyrygował tam często Claudio Abbado. Porządna sala stwarza zupełnie nowe możliwości dla muzyki. To niezwykłe, że w czasach kryzysu udało się we Wrocławiu wystawić gmach koncertowy tych rozmiarów. W ostatnich latach nawet w takich krajach jak Niemcy przerywa się budowę obiektów kulturalnych. Tymczasem na Dolnym Śląsku otworzono właśnie fantastyczną salę koncertową.

 

Przyzna maestro, że Wratislaviowe koncerty w kościołach miały swoją atmosferę. Stałym bywalcom festiwalu pewnie będzie szkoda tego nastroju.
Kościoły to miejsca o dużym uroku, ale często mają trudną akustykę. Choćby dotychczasowa „siedziba” festiwalu, katedra polsko-katolicka pw. św. Marii Magdaleny – dobra słyszalność obejmuje tam tylko około siedmiu pierwszych rzędów, osoby w środku nawy nie mogą się już należycie cieszyć koncertem, nie mówiąc o publiczności siedzącej całkiem z tyłu. Sala to miejsce stworzone dla muzyki, a kościół – nie. Oczywiście w kościołach muzyka była obecna zawsze, ale są one przede wszystkim przeznaczone do kultu religijnego. Sala koncertowa to też miejsce kultu, ale innego – kultu muzyki. Zwiększenie możliwości festiwalu dzięki otwarciu Narodowego Forum Muzyki jest nie do przecenienia. Jednak część koncertów będzie nadal odbywać się w zabytkowych obiektach Wrocławia.

 

Wybrał pan razem z dyrektorem naczelnym bardzo ciekawy sposób świętowania – odtwarzanie koncertów pierwszej edycji festiwalu. To dość odważny pomysł, zwłaszcza w przypadku inauguracji. Trzeba przyznać, że pierwszy w historii koncert Wratislavii miał osobliwy program.
To fascynujące, że w Polsce lat sześćdziesiątych – w trudnych realiach, całkowicie innych od dzisiejszych – ludzie bardzo interesowali się muzyką współczesną. Oprócz Magnificat Zieleńskiego na inauguracji zabrzmiały kompozycje z „ostatniej chwili” – najstarszy utwór Cinq rechants powstał siedemnaście lat przed festiwalem. Co ciekawe, poza Messiaenem zaprezentowano wyłącznie polskich kompozytorów. Okazuje się, że próbę czasu przetrwał tylko Penderecki. Tym bardziej interesująco będzie przypomnieć sobie pozostałych. Czy ich muzyka nadaje się do słuchania? Sam jestem bardzo ciekaw własnej reakcji. Przekonamy się, jak zmieniła się publiczność. Myślę, że 6 września wszyscy przeżyjemy wiele emocji – tyle lat minęło, a festiwal trwa i, proszę zobaczyć, jaki jest silny!

 

Dla maestra na pewno bardzo emocjonująca będzie druga festiwalowa retrospekcja, Msza c-moll Mozarta w wykonaniu pańskiego zespołu, pod pana batutą, w Sali Głównej NFM.
Widzimy, że twórcy Wratislavii od początku chcieli, żeby było to wydarzenie skupione wokół śpiewu, ale różnorodne, prezentujące muzykę rozmaitych stylów, epok. Od Messiaena i Pendereckiego gładko przeszli do Mozarta dwa dni później. Dla każdego coś miłego.

 

Dlaczego Mozart nie dokończył Mszy c-moll?
Nie wiem, ale myślę że powody mogły być zupełnie pragmatyczne. Przerwane dzieła mają urok niedopowiedzenia i zwykle doszukujemy się metafizycznych przyczyn porzucenia kompozycji, tymczasem życie, nawet artysty, bywa całkiem prozaiczne. Dla mnie istotne jest, że Msza c-moll to wspaniały utwór.

 

Trzeci koncert-powtórzenie to znów muzyka polska: Mielczewski i Pękiel.
Inspiracją do odtworzenia tego programu były prowadzone przez Andrzeja Kosendiaka badania nad polską muzyką barokową. To bardzo ważne przedsięwzięcie, ja wcześniej nie znałem tego repertuaru, tymczasem twórczość polskiego baroku ma naprawdę wysoką wartość artystyczną. Jak widzimy, z Wratislavią zawsze związani byli ludzie odznaczający się pasją do muzyki dawnej. W latach sześćdziesiątych, kiedy dopiero rodziło się zainteresowanie muzyką sprzed stuleci, na festiwalu grano Zieleńskiego, Pękiela, Mielczewskiego, Gorczyckiego.

 

Ważnym bohaterem tegorocznego festiwalu będzie Mahler.
Jedną z idei tej edycji Wratislavii jest prezentowanie utworów na wielki aparat wykonawczy. Chcemy celebrować nową salę koncertową – niech wypełni się brzmieniem! Dzieła Mahlera świetnie nadają się do pokazania możliwości, jakie Sala Główna NFM stwarza dla muzyki symfonicznej i symfoniczno-chóralnej. Tak samo utwory Strawińskiego i Skriabina. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma śpiewu, więc VIII Symfonia czy kompozycje Rosjan nie są zgodne z duchem Wratislavii. Śpiew, i to w wykonaniu czterech chórów oraz solistów, wypełni nową salę w finale, gdy zabrzmi Symfonia Tysiąca Mahlera. Tymczasem już trzeciego wieczoru po otwarciu Narodowego Forum Muzyki wystąpi w nim wspaniała Orkiestra Filharmonii Izraelskiej z rewelacyjnym Zubinem Mehtą.

Czy miłośnicy atmosfery koncertów kameralnych też znajdą w programie coś dla siebie?
Właśnie z różnorodności festiwalu jestem bardzo zadowolony. Publiczność ceniącą pełen skupienia nastrój koncertów w małym gronie zapraszam na recital Dmitra Sinkovsky’ego,  który w ciągu dwóch wieczorów wykona wszystkie Sonaty Różańcowe Bibera, oraz na występ Pierre’a Hantaï grającego Wariacje Goldbergowskie, a także na program Ensemble Imaginarium poświęcony skrzypcom. Warto wybrać się na koncerty połączone z wystawami prezentującymi unikaty z Biblioteki Uniwersyteckiej.

 

Będą aż dwa koncerty, na których usłyszymy pieśni zgromadzone w bibliotece na Piasku.
Nalegałem na to, żeby szersze grono odbiorców dowiedziało się, że  we wrocławskiej bibliotece znajdują się bardzo cenne skarby muzyczne . Tylko muzykolodzy i osoby fascynujące się dawną twórczością wiedzą, że we Wrocławiu są unikaty muzyki włoskiej z XVI i XVII wieku. Dlatego zapoczątkowujemy nową serię w ramach  festiwalu – koncerty muzyki zapisanej w tych starodrukach będą odbywać się co roku.

 

Do różnorodności programu przyczynia się też zaproszenie awangardowej grupy eighth blackbird?
To bardzo ciekawy zespół, a występująca z nimi Agata Zubel jest popularną w Polsce artystką. Widziałem nagranie jej wykonania Pierrot lunaire Schönberga podczas „Warszawskiej Jesieni”. Mam nadzieję, że publiczność będzie otwarta na nieoczywiste koncerty, bo tak zapowiada się występ „szaleńców” [tytuł koncertu: Urodzeni szaleńcy – przyp. J.M.]

 

To powrót do założeń Andrzeja Markowskiego.
Właśnie tak, chociaż mam wrażenie, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych publiczność była bardziej otwarta na nowe gatunki muzyki. Kiedy czytam wywiady z tamtych lat dotyczące życia artystycznego we Włoszech, widzę, że ludzie przejawiali zmysł przygody, chęć odkrywania. Natomiast w latach dziewięćdziesiątych i na początku XXI wieku gust publiczności zunifikował się. Firmy fonograficzne zaczęły wywierać presję na artystów, jeśli chodzi o dobór repertuaru, pojawiło się marketingowe kreowanie gwiazd. Te zjawiska dotknęły też wykonawców muzyki barokowej, czego efektem jest redukcja repertuaru. Doświadczamy tego z Il Giardino Armonico: bardzo trudno znaleźć wydawcę chętnego do zrealizowania płyty z mniej znanymi albo nieznanymi kompozytorami. Wykonawstwo muzyki barokowej obraca się wokół Händla i Vivaldiego – oczywiście to wspaniali kompozytorzy – ale chciałoby się usłyszeć coś nowego. Może to lenistwo części publiczności albo przeciwnie: części artystów? A może obawa organizatorów koncertów, że, jeśli na afiszu pojawi się mniej znany twórca, publiczność nie przyjdzie? W latach sześćdziesiątych, do których często odwołujemy się w związku z jubileuszem Wratislavii, ludzie mieli upodobanie w odkrywaniu.

 

Świat był inny pół wieku temu.
Nie było presji marketingu, reklamy, tempo życia było wolniejsze. Może z braku czasu ludzie nie mają dziś głowy do odkrywania? Mają mało czasu wolnego, więc, gdy planują spędzenie wieczoru na koncercie, chcą mieć pewność, że im się spodoba. Mają też oprócz klasyki wiele innych muzycznych światów do wyboru: rock, jazz, elektronikę, muzykę etniczną. Wydaje mi się, że na tych nieklasycznych scenach jest dużo większa różnorodność pomysłów, poszukiwań, ale też mniejsza presja komercyjna. W muzyce poważnej mówią ci, żeby coś kupić, żeby uznać jakiś projekt czy wykonawcę za wartościowego, a reklamowana osoba czy płyta często nie wyróżnia się walorami artystycznymi.

 

Po kilku latach na Wratislavię wraca muzyka cerkiewna.
We Włoszech rzadko mam okazję usłyszeć śpiew prawosławny, tymczasem dźwięk chóru cerkiewnego – głębokie głosy, sposób śpiewania – ma w sobie coś niezwykle archaicznego i fascynującego, wręcz hipnotyzującego. Chór Patriarchatu Moskiewskiego znam od wielu lat, kilka razy byłem na ich koncertach, słuchałem płyt zespołu. Śpiew prawosławny idealnie zabrzmi w kościele Świętego Krzyża. Akustyka i atmosfera kolegiaty bardzo pasują do muzyki religijnej, w zeszłym roku wnętrze znakomicie sprawdziło się w trakcie koncertu graindelavoix.

Chciałbym, żeby podczas każdej edycji wystąpiła grupa wokalna o nietypowym sposobie śpiewania. Był chór bułgarski prezentujący osobliwość wynikającą z przynależności terytorialnej, etnicznej. Było też wspomniane ziarno głosu (graindelavoix) kierujące się rozbudowaną filozofią śpiewu. Inność chóru patriarchatu wynika z kontekst wyznaniowego.

 

Nie chciałby pan zaprezentować na festiwalu śpiewu całkowicie egzotycznego, powiedzmy z Japonii, Indii?
Szukałem takich wykonawców, jednak nie jest łatwo sprowadzić grupę na przykład z Afryki. Trzeba też wpisać taki program w całą koncepcję danej edycji festiwalu.

 

Ma pan już zarys koncepcyjny kolejnych edycji?
W przyszłym roku będziemy korzystać z szans stworzonych przez Europejską Stolicę Kultury. Mam nadzieję, że w 2016 roku cały kontynent przekona się – tak jak ja cztery lata temu – że Wrocław to miejsce, w którym dzieje się coś interesującego i wartościowego. Liczę na to, że wydarzenia ESK pomogą wzmocnić kulturę, która jest bardzo delikatnym zjawiskiem. Nie chciałbym wyjść na populistę, ale naprawdę wierzę, że bez sztuki nie możemy się rozwijać. Chcę, żeby ludzie mieli świadomość, że festiwal Wratislavia Cantans to prawdziwy skarb, zależy mi na tym, żeby dowiedzieli się o nim melomani w innych krajach (choćby we Włoszech), ale także na tym, żeby bogactwo muzyczne Wrocławia odkryli mieszkańcy miasta i regionu, którzy do tej pory nie uczestniczyli w życiu kulturalnym. Niech zobaczą, że tu, w ich mieście, w Narodowym Forum Muzyki dzieje się coś ważnego.