Wydanie: MWM 09/2015

Opus magnum

Małgorzata Markowska - wywiad
Article_more
Muzyka w ujęciu Andrzeja Markowskiego wiązała się ściśle z aspektem wizualnym, ze sztukami pięknymi oraz z niezwykle istotnym dla niego słowem. Dopiero gdy wszystko to zsumujemy i dodamy historię życia ojca, wykształcenie, wielki talent i nieprzeciętną wrażliwość, otrzymamy właściwe tło dla powstania koncepcji Festiwalu Oratoryjno-Kantatowego Wratislavia Cantans. To był owoc wszystkich doświadczeń Andrzeja Markowskiego. Dowodem autorskiego charakteru tego wyjątkowego dzieła jest słynna Inwokacja oraz nazwa, która jest jego autorstwa.

Piotr Matwiejczuk: Czy dom rodzinny Andrzeja Markowskiego był domem muzycznym?

Małgorzata Markowska: Pozwolę sobie zacytować wyjątek z wywiadu, jakiego mój ojciec udzielił w 1964 roku w Polskim Radiu Stefanowi Wysockiemu, gdyż myślę, że zawiera się tutaj to, co najważniejsze:

 

„Muzykiem zostałem nie przez przypadek. Utalentowani muzycznie byli dziadek i babcia, a przede wszystkim ojciec, który był wybitnym śpiewakiem. Pierwszy mój poważny kontakt z muzyką odbył się przez profesora Artura Malawskiego. Było to w Lublinie w czasie okupacji. Zmuszony okolicznościami grałem w kawiarniach i los zetknął mnie z profesorem, który w tym czasie przebywał w Lublinie. Zainteresował się mną i zaczął bezpłatnie udzielać mi lekcji teorii muzyki. […] Muzyka przychodziła mi zupełnie bez problemów i wydawało mi się, że nie trzeba jej poświęcać wiele czasu. […] Profesor Malawski był niesłychanie ścisły i wymagający, jeśli chodzi o wiedzę teoretyczną. Zachęcał mnie nawet do nauki, instrumentując moje utwory, które improwizowałem. Zapraszał mnie na spacery za miasto, tam dawał wykłady i namawiał do dokładniejszego poznania Bacha, który był mi wtedy raczej obojętny. Dodam, że już wcześniej, jako dwunastoletni chłopiec, zetknąłem się z muzyką dawną, przedbachowską, śpiewając w chórze i grając na organach w jednym z klasztorów. Wywarła ona wtedy na mnie największe wrażenie, zakochałem się w niej i odkryłem całe jej bogactwo. Dlatego pewnie jak bumerang wróciło do mnie później zainteresowanie Monteverdim. Wielkie wrażenie wywarł też wtedy na mnie Szymanowski. Miałem książkę, dzisiaj unikatową – almanach, wydany przez awangardową grupę malarsko-muzyczną Der Blaue Reiter w roku 1912. Znalazłem w niej mnóstwo przykładów twórczości Schönberga, Berga i Weberna, a ponieważ były to opracowania na fortepian, byłem w stanie je sobie zagrać. Usłyszenie ich w latach okupacji było oczywiście niemożliwe. Intuicyjnie, choć chaotycznie, kierowałem się w stronę muzyki współczesnej.

 

Najbardziej frapowała mnie wówczas improwizacja – lubiłem improwizować godzinami, czy to na fortepianie, czy na organach. Pozwoliło mi to na tyle udoskonalić technikę gry, że w pewnym okresie uchodziłem za dobrego pianistę. Następny ostry trening muzyczny przeszedłem w czasie okupacji w Warszawie, gdy grałem w kawiarni U Aktorek. To było, poza Sztuką i Modą i Lardellim, kolejne miejsce, w którym codziennie odbywały się koncerty. Zmuszony okolicznościami musiałem grać, jak się to dziś popularnie mówi, „z blatu” wszystko: od jazzu aż do skomplikowanych akompaniamentów dla skrzypków czy śpiewaków. […] W tym czasie, również za namową profesora Malawskiego, studiowałem fortepian u profesor Marceliny Kimontt-Jacynowej.”

 

Niestety studia zostały przerwane przez Powstanie Warszawskie, w którym zresztą brali udział oboje rodzice.

Potem trafili do obozów jenieckich, każde z nich do innego. Mama spędziła tam osiem miesięcy, ja urodziłam się siedem dni przed wyzwoleniem. Ponieważ ojciec był żołnierzem Armii Krajowej, a potem przebywał w amerykańskiej strefie okupacyjnej, miał ogromne trudności z powrotem do kraju. Poznałam go dopiero w wieku trzech lat. Trudno się dziwić, że po takich przeżyciach cudem ocaleni rodzice zawsze żyli „na kredyt”, z dnia na dzień. Takiej egzystencji również i ja doświadczałam, co nie było łatwe. W dzieciństwie ojciec był bardzo religijny, był nawet ministrantem, w wieku kilkunastu lat chciał wstąpić do seminarium duchownego, na szczęście poznał moją mamę. (śmiech) A ona, jak zawsze podkreślał ojciec, była kobietą idealną i prawdziwą żoną artysty. Była i jest również moim wzorem. Wszystko to złożyło się na bardzo szczególny sposób życia i myślenia, skupiony na rodzinie z trójką dzieci. Choć oczywiście dla mego ojca muzyka była chyba jednak najważniejsza.

 

Bycie dzieckiem wielkiego artysty zapewne niesie ze sobą wiele przywilejów, ale też wymaga licznych wyrzeczeń.

W domu obowiązywała cisza, by ojciec mógł skoncentrować się na pracy. Pracował niezwykle intensywnie, zawsze brakowało mu czasu – doskonale to pamiętam. Nieustannie słuchał muzyki i zajmował się wyszukiwaniem nowych, dotąd niewykonywanych kompozytorów i utworów muzycznych. Nocami komponował muzykę filmową. Ponieważ musiał dotrzymywać terminów, atmosfera czasami robiła się nerwowa – jak wiadomo, inspiracja nie przychodzi łatwo. Powstało wówczas kilka prawdziwych arcydzieł. Ale na pewno nie było to luksusowe życie słynnego dyrygenta…

Choć my, dzieci, byliśmy trzymani krótko, to jestem ogromnie wdzięczna za wychowanie, jakie otrzymałam. Ojciec bardzo dbał o nasz rozwój duchowy i intelektualny. Kiedy wyjeżdżał z koncertami za granicę, zawsze wracał z prezentami. Na ogół były to albumy z reprodukcjami wielkich mistrzów: Giotta, Delacroix, Klee, Miró, Velázqueza czy Henry’ego Moore’a, genialnego rzeźbiarza, którego ojciec ogromnie cenił. Bardzo często asystowałam ojcu na próbach, chodziłam z nim regularnie na koncerty. To było dzieciństwo niezwykle interesujące.

Mimo to, dość wcześnie podjęła pani decyzję o opuszczeniu domu rodzinnego.

Tak, wyjechałam tuż po maturze co prawda tylko na dwa tygodnie, ale nadarzyła się okazja rozpoczęcia studiów klawesynowych w Królewskim Konserwatorium w Brukseli. Zanim utworzono tam klasę klawesynu, pobierałam lekcje w domu znakomitego klawesynisty belgijskiego, Charlesa Koeniga. Przypominam sobie, że zapytał mnie kiedyś, kto tak świetnie „ustawił” mi rękę. Rzeczywiście, w szkole muzycznej w Warszawie uczyłam się u genialnego pedagoga, profesora Kajetana Mochtaka. Studiował u niego również wielki muzykolog, Karol Berger, obecnie profesor Uniwersytetu Stanforda. Wszyscy uczniowie wspominają go z łezką w oku.

 

Powróćmy jeszcze do wcześniejszego okresu. W latach 1959–1964 Andrzej Markowski był dyrektorem Filharmonii Krakowskiej i już wtedy tworzył niezwykłe na tamte czasy programy koncertów.
Uczęszczałam wówczas do szkoły muzycznej przy ulicy Basztowej. Ten okres szczególnie mocno zapisał się w mojej pamięci. Już w Krakowie powstawały pierwsze programy z muzyką oratoryjno-kantatową. Również wówczas ojciec wykonywał utwory początkującego Krzysztofa Pendereckiego, który dedykował mu Strofy. Warto przypomnieć, że ojciec dał prawykonania ośmiu dzieł Pendereckiego, a za nagranie Jutrzni w 1978 roku, pierwszy w Polsce, otrzymał Grand Prix du Disque Charles Cros.

 

Krzysztof Penderecki był tylko jednym z wielu ważnych kompozytorów, których dzieła wykonywał pani ojciec.
Przez nasz dom w Warszawie, gdzie mieszkaliśmy na stałe, przewinęło się niezliczone grono młodych kompozytorów, którzy chcieli, by ojciec stał się ich mentorem i wykonywał ich utwory. Pamiętam wizyty młodego Henryka Mikołaja Góreckiego, z którym – tak jak z Pendereckim – ojciec się przyjaźnił. Trzecim bardzo bliskim mu człowiekiem i kompozytorem był Witold Lutosławski. Ojciec niezwykle go cenił, a ich przyjaźń przetrwała do śmierci ojca. Istnieje archiwalne nagranie z polskiego prawykonania III Symfonii Lutosławskiego, które Andrzej Markowski poprowadził w 1984 roku w Łodzi. Na nagraniu tym zachowała się jego wypowiedź na temat kunsztownego warsztatu kompozytorskiego i mistrzostwa partytury, a z wypowiedzi tej przebija niezwykła pokora ojca wobec twórcy.

W tym miejscu warto przypomnieć fragment tekstu nieodżałowanego Andrzeja Chłopeckiego:

„Z inicjatywy Andrzeja Markowskiego powstały Gry weneckie (1961), jeden z tych trzech utworów w twórczości Lutosławskiego (oprócz Trzech poematów i II Symfonii), które można określić mianem »awangardowych«. Przyczyną zamówienia było zaproszenie Andrzeja Markowskiego i orkiestry Filharmonii Krakowskiej do występu podczas Biennale Weneckiego – dyrygent skorzystał z możliwości danej mu przez organizatorów festiwalu, zamawiając celem prawykonań w Wenecji utwór Lutosławskiego oraz Pensieri notturni Grażyny Bacewicz.

To jest znaczące – Andrzej Markowski już w latach pięćdziesiątych stał się szczególnie aktywny w wykonawstwie muzyki najnowszej, często awangardowej właśnie […]. Znaczenie Andrzeja Markowskiego dla propagowania nowej muzyki trzeciej ćwierci dwudziestego stulecia może być porównywane przede wszystkim ze znaczeniem Brunona Maderny, który w 1958 roku współprowadził wraz z Pierre’em Boulezem i Karlheinzem Stockhausenem prawykonanie Gruppen na trzy orkiestry tego drugiego, a nadto był już bardzo aktywnym kompozytorem. Warto pamiętać, że Markowski był także autorem przede wszystkim muzyki elektronicznej do filmów krótkometrażowych i eksperymentalnych oraz polskim prekursorem w tworzeniu muzyki konkretnej dla potrzeb teatru, ponadto zaś z wielką energią i talentem (podobnie zresztą jak Maderna) oddawał się wykonawstwu muzyki epok historycznych. Temperament muzyczny (a i życiowy) Andrzeja Markowskiego można określić mianem »dionizyjskiego«.”

Kto jeszcze odwiedzał państwa dom?

Luigi Nono z żoną Nurią, córką Arnolda Schönberga, Pierre Boulez, Karlheinz Stockhausen, Artur Rubinstein, Jorge Bolet… Szczególnie głęboko zapadły mi w pamięć niekończące się rozmowy ojca z Luigim Nono i Pierre’em Boulezem. To były dyskusje muzyczne, ale też burzliwe spory polityczne. Wszystko rzecz jasna z ogromną sympatią – nikt nigdy się nie obrażał, nawet jeśli różnice w poglądach politycznych były duże. Dowodem są liczne zaproszenia, które ojciec otrzymywał. Dyrygował na przykład na paryskich koncertach Domaine musical Bouleza. Kilkakrotnie, na zaproszenie Claudia Abbado, dyrektora mediolańskiej La Scali, prowadził tamtejszą orkiestrę. Na jednym z takich koncertów wykonał X Symfonię Mahlera i Koncert fortepianowy Schönberga z Maurizio Pollinim. Z włoskim pianistą koncertował też w Filharmonii Berlińskiej. Z kolei z Michaelem Gielenem, Maurizio Kagelem i Witoldem Lutosławskim współprowadził prawykonanie Carré Karlheinza Stockhausena.

 

Czas działalności artystycznej pani ojca to schyłek epoki legendarnych dyrygentów, którzy byli artystami niezwykle apodyktycznymi. Czy Andrzej Markowski należał do „tyranów” batuty?

Ojciec kochał ludzi, uwielbiał muzyków orkiestrowych. Zawsze potrafił poznać, kto jest skrzypkiem, a kto fagocistą. Muzycy mogli na niego liczyć. Z tego, co pamiętam, apodyktyczny nie był, ale na pewno stanowczy i ogromnie wymagający. Zależało mu na tym, by przekonywać wykonawców do wartości muzyki współczesnej, dlatego cierpliwie tłumaczył im swoje niewątpliwe racje. Tak było z muzyką Pendereckiego – niewielu członków orkiestr było do niej przekonanych.

 

Ojciec znakomicie rozumiał specyfikę relacji muzyk – dyrygent. Pomocne mu w tym były umiejętność zdystansowania się i znakomite, znane wszystkim muzykom poczucie humoru! Jedno ze słynnych powiedzeń ojca brzmi: „Stateczne sądy starości i apodyktyczne sądy młodości są podobnymi melodiami, tylko jedna brzmi w moll, a druga – w dur”. W wyniku rozmów ojca z Andrzejem Wajdą na temat pracy z orkiestrą powstał film Dyrygent.

 

Miała pani szczęście być świadkiem kształtowania się osobowości wielkiego artysty, ale też krystalizowania się idei festiwalu Wratislavia Cantans.

W pewnym sensie uczestniczyłam w poszukiwaniach artystycznych ojca we wczesnym okresie jego działalności artystycznej – był ode mnie starszy zaledwie o dwadzieścia jeden lat. Pamiętam czas, gdy odkrywał dla polskiej publiczności utwory, które nigdy wcześniej nie były u nas wykonywane: Nieszpory i Il combattimento di Tancredi e Clorinda Claudia Monteverdiego, Judę Machabeusza i Mesjasza Händla, Dziecko i Czary Ravela, Peleasa i Melizandę Debussy’ego.

 

Muzyka w ujęciu Andrzeja Markowskiego wiązała się ściśle z aspektem wizualnym, ze sztukami pięknymi oraz z niezwykle istotnym dla niego słowem. Dopiero gdy wszystko to zsumujemy i dodamy historię życia ojca, wykształcenie, wielki talent i nieprzeciętną wrażliwość, otrzymamy właściwe tło dla powstania koncepcji Festiwalu Oratoryjno-Kantatowego Wratislavia Cantans. To był owoc wszystkich doświadczeń Andrzeja Markowskiego. Dowodem autorskiego charakteru tego wyjątkowego dzieła jest słynna Inwokacja oraz nazwa, która jest zresztą jego autorstwa. Fakt, że w latach najgorszego komunizmu ojciec wybrał nazwę łacińską, a na miejsca koncertów – świątynie różnych religii i wyznań, świadczy o jego odwadze. Nigdy nie odstąpił od swych przekonań, zawsze był uczciwy wobec siebie i innych.

 

Dlaczego Andrzej Markowski zaledwie dwadzieścia lat po wojnie zdecydował się związać z Wrocławiem – miastem jeszcze zrujnowanym, które tak krótko było polskie?

Myślę, że po prostu lubił wyzwania. Ojciec szybko zrozumiał, że nadarzyła się idealna okazja do zrealizowania tego, co kiełkowało w nim od wielu lat – jego wielkiego marzenia i życiowego celu. Przestrzeń potrzebną do wykonywania dzieł oratoryjno-kantatowych odnalazł we wrocławskich kościołach. Z jednej strony był to festiwal dedykowany miastu, z drugiej – impreza, która od razu zyskała międzynarodową rangę.

 

Chodziło też o zorganizowanie festiwalu, którego program obejmowałby muzykę różnych kultur, religii i wyznań. Ojca interesowały dźwięk i głos jako takie, tak samo ważna była więc dla niego muzyka etniczna, pozaeuropejska, muzyka klasyczna, dawna i współczesna. Charakteryzowała ojca niemal bezgraniczna otwartość na ludzką ekspresję zaklętą w dźwięku.

 

Niektórzy komentatorzy uważają, że ważny był również aspekt polityczny.

Wbrew tym sugestiom, w zamierzeniu ojca Wratislavia Cantans nie miała bezpośredniego wydźwięku politycznego. Chodziło raczej o wierność swoim ideałom. Najważniejszym składnikiem światopoglądu ojca była otwartość. Być może moglibyśmy uznać, że właśnie w tym sensie festiwal był próbą zmierzenia się z ówczesną sytuacją społeczno-polityczną. Wratislavia miała dla ojca wymiar patriotyczny – oto polski festiwal odbywający się we wciąż jeszcze zrujnowanym mieście, które zaledwie dwadzieścia lat wcześniej było niemieckie. Koncerty cieszyły się niezwykłym powodzeniem, z wielkim zaciekawieniem oczekiwano każdej kolejnej edycji. Do Wrocławia przyjeżdżali wówczas znawcy i melomani z całej Polski, ale też ze świata. Proszę pamiętać, że wykonywanie dzieł sakralnych za „żelazną kurtyną” było ewenementem. W ten sposób ojcu udało się wskrzesić Wrocław!

 

We współczesnym świecie współistnieje obok siebie muzyka rozmaitych epok, gatunków, kultur. To chyba spełnienie marzeń pani ojca?

Oczywiście! Andrzej Markowski zawsze podkreślał, że w muzyce ważna jest otwartość na to, co nieznane i nowe. Dlatego – mimo wielu zastrzeżeń – niezmiernie cieszę się, że festiwal nadal istnieje. To najlepszy dowód na to, że ojciec miał rację, gdy decydował się na jego formę, zawartość programową i miejsce.