Wydanie: MWM 09/2015

Spiritus movens Wratislavii Cantans

Ewa Kofin - wywiad
Article_more
Ponieważ byłam stałą bywalczynią „Warszawskich Jesieni”, postanowiłam spróbować czegoś najbardziej nieprawdopodobnego, czyli namówić na Wrocław największą gwiazdę tego festiwalu, Andrzeja Markowskiego. Byłam pewna, że ktoś taki właśnie przydałby się u nas. Dowiedziałam się wówczas także, że dopiero co rozstał się z Krakowem. Chciał być znowu tzw. wolnym strzelcem. Miał mnóstwo zagranicznych propozycji występów artystycznych, co akurat mu bardzo wtedy odpowiadało. Kiedy złożyłam mu propozycję przyjazdu na Dolny Śląsk, nie tylko mnie nie zlekceważył, ale zaprosił na spokojną, poważną rozmowę do swojego domu.

Agnieszka Frei: Wratislavia Cantans ma swój wielki jubileusz. Mija właśnie pół wieku od narodzin najważniejszego festiwalu muzyki klasycznej w Polsce. Jakie są pani pierwsze wspomnienia?
Ewa Kofin: Dzisiaj, patrząc na szereg wydarzeń w moim życiu, stwierdzam, że niektóre przypadki mają tak kolosalne konsekwencje, że właściwie może już nie powinno się ich nazywać przypadkami. Tak właśnie było z festiwalem Wratislavia Cantans, który w tym roku obchodzi okrągły jubileusz pięćdziesięciolecia. Rzeczywiście, mogę z dumą i wielką radością powiedzieć, że w pewnym sensie byłam siłą sprawczą tego muzycznego wydarzenia.

Zawsze, odkąd sięgam pamięcią, opisywałam życie muzyczne Wrocławia, uprawiając głównie krytykę muzyczną. W latach sześćdziesiątych we Wrocławiu nie działo się nic godnego uwagi. Właściwie był to taki moment, w którym muzycy spoczęli na laurach, a w repertuarze gościł wyłącznie klasycyzm i romantyzm. Jednym słowem w filharmonii był to po prostu nudny czas. Próbowałam z tym stanem rzeczy walczyć na łamach czasopism, ale nie przynosiło to pożądanego skutku.

Jednocześnie jako korespondent „Ruchu Muzycznego” uczestniczyłam w życiu muzycznym kraju i bywałam stałym gościem na festiwalu „Warszawska Jesień”. Pragnęłam ze wszystkich sił, by podobne wydarzenia stały się codziennością stolicy Dolnego Śląska. Nieskuteczność – jak się okazało – mojej krytyki życia muzycznego Wrocławia sprowokowała mnie do zwrócenia się z tym problemem do dyrektora Wydziału Kultury Wrocławia i zrelacjonowania mu dosadnie, bez ogródek, naszego fatalnego poziomu koncertowego. Wspomniałam mu wówczas, że tylko wybitny dyrygent, nietuzinkowa osobowość, mająca pojęcie o współczesności, może zmienić panujący tu obecnie chaos. Dyrektor mnie wysłuchał, po czym zakomunikował, że owszem, zaangażuje dyrygenta – pod warunkiem, że takiego znajdę i uda mi się go namówić na przyjazd do Wrocławia.

 

To było wielkie wyzwanie. Potrzeba było dobrych wejść?
To właśnie się nazywa dobre wejście, dobre otwarcie. Oczywiście, zaczęłam od samej góry, od najlepszych. Nikt z luminarzy jednak nie chciał się zgodzić. Wszyscy machali rękami i mówili, że mowy nie ma, by mieli dojeżdżać do Wrocławia. Miasto było jeszcze w kompletnej ruinie. To były tzw. ziemie odzyskane, jeszcze tak naprawdę trochę niczyje. Ciągle się obawiano, że może wrócą tu Niemcy.

Ponieważ byłam stałą bywalczynią „Warszawskich Jesieni”, postanowiłam spróbować czegoś najbardziej nieprawdopodobnego, czyli namówić na Wrocław największą gwiazdę tego festiwalu, Andrzeja Markowskiego. Byłam pewna, że ktoś taki właśnie przydałby się u nas. Dowiedziałam się wówczas także, że dopiero co rozstał się z Krakowem, gdzie pełnił funkcję kierownika artystycznego Orkiestry Filharmonii Krakowskiej. Chciał być znowu tzw. wolnym strzelcem. Miał mnóstwo zagranicznych propozycji występów artystycznych, co akurat mu bardzo wtedy odpowiadało.

Kiedy złożyłam mu propozycję przyjazdu na Dolny Śląsk, nie tylko mnie nie zlekceważył, ale zaprosił na spokojną, poważną rozmowę do swojego domu. Bardzo długo rozmawialiśmy o tym, jakiego rodzaju mielibyśmy we Wrocławiu oczekiwania. Czego tu brakuje przede wszystkim. Dowiedziałam się wcześniej, że zrobił w Krakowie festiwal Musica Nova et Antiqua. Czyli dokładnie to, czego moim zdaniem tutaj brakowało. I namówiłam go na tak właśnie sprofilowane działanie. I zdradzę jeszcze jedno. On mi wtedy powiedział, że, jeżdżąc po zachodniej Europie, był zupełnie urzeczony koncertami muzyki poważnej w kościołach. I że gdzieś chciałby zrobić taki „kościelny” festiwal. Po czym zapytał, czy można by tak we Wrocławiu. Na to ja, że to znakomita wiadomość, a Wrocław wprost cudownie do tego się nadaje.

A więc to pani zasługą jest sprowadzenie Andrzeja Markowskiego do Wrocławia?
Kiedy wróciłam już na miejsce, natychmiast przekazałam wszystko dyrektorowi Wydziału Kultury i powiedziałam: „Niech go pan natychmiast łapie i się z nim umawia, bo on się może szybko rozmyślić”. Następnym trudnym krokiem była właściwa gaża. Zastanawiałam się, jak to będzie z honorarium dla tak wielkiej gwiazdy, w dodatku zamierzającej stworzyć festiwal; czy będzie nas na to stać. Na co dyrektor szepnął mi: „Proszę się nie martwić. My robimy długi, a państwo robi dodruki pieniędzy”. I rzeczywiście, cała ta polityka monetarna skończyła się jedną wielką dewaluacją. A Markowski szczęśliwie przyjął wrocławską propozycję festiwalu i prowadzenia filharmonii.

 

I tak rozpoczęła się, w 1965 roku, Wratislavia Cantans…
Chodziłam na wszystkie festiwale i ogromnie spodobała mi się ta oratoryjna, religijna muzyka. Takiej formuły festiwalowej oczywiście wówczas nigdzie nie było. Panował głęboki komunizm, który stronił przede wszystkim od muzyki religijnej. To była absolutna nowość. Do dziś właściwie nie bardzo pojmuję, jak to się stało, że udało się ten festiwal zrobić w kościołach właśnie; jakim cudem ten festiwal został przez władze zaakceptowany. Był na afiszach, rozwieszonych na całym mieście – ten właśnie program, ułożony w religijnym duchu, wykonywany w obiektach kultu religijnego. To był wspaniały, zupełnie niezwykły czas. A Polska była wtedy krajem stricte ateistycznym.

Andrzej Markowski nie lubił zbyt długo siedzieć w jednym miejscu. Ale tu, we Wrocławiu, był dość długo. W pewnej chwili zrezygnował z filharmonii i tę przejął po nim Tadeusz Strugała. Ale Wratislavii, która była jego dziełem, doglądał do końca, czyli przez około dwunastu lat. Siłą rzeczy, także Wratislavią zajął się ostatecznie Tadeusz Strugała. Oczywiste zresztą było, że nastanie Tadeusz Strugała, bo wszystko wiedział o istocie tego festiwalu.

Pragnę tu podkreślić, że wspaniale się spisał, pieczołowicie pielęgnując dzieło Andrzeja Markowskiego. Miał mnóstwo pomysłów, nie mniej przez cały czas trzymał się głównego nurtu. Wprowadził nowe elementy, wzbogacając formułę wydarzenia. A to zaproponował akademię festiwalową, a to spotkania z artystami. Były także specjalne występy chóralne. Sprowadzał wybitnych artystów. Prowadził Wratislavię najdłużej ze wszystkich, bo przez dziewiętnaście lat. Budował dalej, zgodnie z ideą swego poprzednika i twórcy, światową markę Wratislavii.

 

A wtedy już wiadomo było w Europie, że tu, do Wrocławia, warto przyjeżdżać?
Tak. Występowały wielkie sławy świata muzyki. Mnie zawsze najbardziej interesowały zespoły orkiestrowe. Przyjeżdżały te najlepsze, z Londynu, z Nowego Jorku, z Pekinu. I przypuszczalnie to było największą atrakcją. A więc możność porównania, jak się gra w zupełnie innych rejonach świata. I choć pewne elementy wykonawcze są zawsze takie same, to wirtuozostwo niektórych wykonań przechodziło wówczas nasze najśmielsze wyobrażenia. Że tak można grać. Poza tym sam Richter tu był! Największa sława tamtych czasów. Pamiętam, że zgodził się udzielić mi wywiadu, który ukazał się „Ruchu Muzycznym”. To wszystko wtedy było naprawdę niebywałe.

O, na przykład Tadeusz Strugała wprowadził do programu festiwalu poza muzyką katolicką i protestancką także muzykę żydowską i cerkiewną. I to od razu w synagodze i w cerkwi. Przypominam sobie, że przyjechali Żydzi amerykańscy z kantorem nowojorskim. To była dla nas wielka muzyczna nowość. My, katolicy, nie mieliśmy kompletnie dotychczas z taką muzyką do czynienia. Czasy bezwzględnej cenzury zrobiły swoje. To było to nieznane, co okazało się dla nas zaskakujące i zupełnie niezwykłe. Doświadczenie, że tak można śpiewać, z tym błaganiem, żałością, przejmującym smutkiem, wywierało niesamowite wrażenie. Artyści prosili, żeby nie klaskać. Wychodziliśmy więc wszyscy przed synagogę i tam biliśmy brawo. Ponad dwadzieścia minut trwały oklaski, kiedy zespół był już na zewnątrz budynku. I to samo się działo przed cerkwią. To była egzotyka, jakiej nie spotykało się nigdzie. Tak się działo tylko podczas Wratislavii. Ludzie byli głodni takich wrażeń. Festiwal był oblegany. Początki Wratislavii Cantans to była nowa historia Wrocławia.