Wydanie: MWM 09/2015

Trwałość i kruchość

Andrzej Kosendiak - wywiad
Article_more
Budowanie zespołów, znajdowanie szefów artystycznych, działania edukacyjne, zmiana koncepcji funkcjonowania całej instytucji, a co za tym idzie – sposobu myślenia wszystkich jej pracowników, są ważniejsze od budowania nowej siedziby NFM. Budynek oczywiście przetrwa pokolenia, co skłania mnie do zastanawiania się nad trwałością zmian, które zaszły w ludziach. Trwanie kojarzy nam się raczej z zastojem, a sztuka i życie artystyczne muszą iść do przodu, rozwijać się. W tym sensie odczuwam kruchość tego, co udało się we Wrocławiu osiągnąć.

Piotr Matwiejczuk: Wyobrażam sobie pana w wieku kilku lat siedzącego na koncercie w Filharmonii Wrocławskiej, marzącego o dyrygowaniu orkiestrą i szefowaniu instytucji. Tak było?

Andrzej Kosendiak: Szczerze mówiąc, nigdy o tym nie myślałem. Objęcie stanowiska dyrektora było dla mnie samego zaskoczeniem. Wszystko zaczęło się w pierwszych latach XXI wieku, kiedy pełniłem funkcję doradcy prezydenta Wrocławia do spraw kultury. Udało się wówczas wzbogacić życie muzyczne Wrocławia i Dolnego Śląska o kilka nowych przedsięwzięć, pojawił się również pomysł zbudowania nowej sali koncertowej. Miała być to sala miejska, która mogłaby służyć rozmaitym imprezom, ale początkowo nie planowaliśmy, że będzie stałą siedzibą jakiegoś zespołu. Jednak w miarę prowadzenia rozmów z prezydentem i marszałkiem doszliśmy do wniosku, że skoro sala miałaby służyć festiwalowi Wratislavia Cantans, to nie możemy pominąć filharmonii. Chcieliśmy także pozwolić rozwijać się jedynemu wówczas zespołowi miejskiemu, Orkiestrze Leopoldinum. Za wzór służyła nam warszawska orkiestra Sinfonia Varsovia. Był to moment, w którym zaczęły integrować się instytucje muzyczne Wrocławia. A ponieważ już wcześniej pan prezydent zaproponował mi pełnienie funkcji dyrektora Wratislavii, w sposób naturalny zostałem również szefem filharmonii.

 

Dobrze, że dwie najważniejsze osoby, prezydent miasta i marszałek województwa, dogadały się w sprawach kultury.

Tak właśnie stało się we Wrocławiu. Do finansowania naszych działań udało się również przekonać Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Minister podpisał umowę o współprowadzeniu Narodowego Forum Muzyki i wpisał ten projekt na listę przedsięwzięć ministerialnych. W ten sposób udało się zagwarantować także finansowanie europejskie. Był to skutek wspólnych działań władz lokalnych i ministerstwa. Dobrze byłoby, gdyby tak działo się we wszystkich miastach i województwach. Pamiętajmy o ludziach, którzy umożliwili to wszystko: to prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, marszałek Województwa Dolnośląskiego Paweł Wróblewski oraz Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Kazimierz Ujazdowski. W późniejszych latach, po zmianach w ministerstwie i urzędzie marszałkowskim głównie prezydent stał za tym projektem.

 

A więc nie było żadnego dziecięcego marzenia? A pana pierwsze wspomnienie związane ze słuchaniem muzyki na żywo?

W 1965 roku w sali Politechniki Wrocławskiej odbywały się koncerty po Konkursie Chopinowskim. Występowały między innymi Hiroko Nakamura i Martha Argerich. Pamiętam, że bilet na koncert japońskiej pianistki dostałem od siostry taty, która pracowała na Politechnice. Pamiętam też późniejsze koncerty, podczas których siadywałem na schodach – już tu, w budynku przy ulicy Piłsudskiego. Były oczywiście wspaniałe wydarzenia festiwalu Wratislavia Cantans i przedstawienia w Operze Wrocławskiej. Ale przede wszystkim zawsze chciałem coś organizować. Poza zajęciami w szkole muzycznej grałem w zespole przykościelnym, złożonym ze smyczków i instrumentów dętych. Był nawet rożek angielski, na którym grał Bolesław Słowik, późniejszy muzyk orkiestry Sinfonia Varsovia. Z kolei z zespołem rozrywkowym dorabiałem na studniówkach. Nauczyłem się wówczas sztuki aranżowania na potrzeby różnych składów, a taka praca – aranżera i kompozytora – pociągała mnie bardziej niż dyrygowanie.

 

A fascynacja muzyką symfoniczną?

Oczywiście Piotr Czajkowski! W życiu człowieka jest taki czas, gdy muzyka tego kompozytora mocno chwyta za serce. (śmiech) W wieku kilkunastu lat znałem IV Symfonię na pamięć.

 

W tym roku mija dziesiąty rok pana szefowania festiwalowi Wratislavia Cantans i Filharmonii Wrocławskiej, funkcjonujących dziś w ramach Narodowego Forum Muzyki. Jest tak, jak miało być?

Największą satysfakcję sprawia mi to, co udało mi się zainicjować w wymiarze społecznym. Chodzi o budowanie zespołów, znajdowanie szefów artystycznych, działania edukacyjne, zmianę koncepcji funkcjonowania całej instytucji, a co za tym idzie – sposobu myślenia wszystkich jej pracowników. Muszę przyznać, że to wydaje mi się ważniejsze od budowania nowej siedziby NFM. Oczywiście, to fantastyczne, że w Polsce powstaje kolejne miejsce dla piękna, moim zdaniem najwspanialsze, ale znacznie donioślejsze zmiany obserwuję w środowisku muzycznym. Śmiem twierdzić, że to, co w ostatnich latach wydarzyło się we Wrocławiu, było również inspiracją dla innych polskich miast. Budynek oczywiście przetrwa pokolenia, co skłania mnie do zastanawiania się nad trwałością zmian, które zaszły w ludziach. A zmiany dotyczą nie tylko artystów, lecz także publiczności.

 

Wszystko zawsze oparte jest na ludziach…

…z ich talentami, ambicjami, marzeniami, emocjami. Chciałbym więc, by to, co udało nam się zmienić, przetrwało. Jednak trzeba pamiętać, że sztuka to zjawisko szczególne, które jest zaprzeczeniem trwania. Trwanie kojarzy nam się raczej z zastojem. Sztuka i życie artystyczne muszą iść do przodu, rozwijać się. W tym sensie odczuwam kruchość tego, co udało się we Wrocławiu osiągnąć. 

Skoro mówi pan o fermencie artystycznym, koniecznym w sztuce nieustannym rozwoju, cały czas zachodzących zmianach, to pojawia się pytanie o trwanie szefów instytucji. Jest pan zmęczony po tych dziesięciu latach?

Coraz częściej stawiam sobie pytanie, czy jeszcze jestem w stanie być motorem napędzającym funkcjonowanie takiej instytucji jak NFM. Coraz częściej myślę o moich artystycznych planach; nowych płytach, koncertach. To takie oczywiste myśli jubileuszowe – w końcu moja kadencja stanowi jedną siódmą okresu istnienia we Wrocławiu filharmonii.

 

Ale chyba nie zrealizował pan jeszcze wszystkich swoich planów?

Zależy mi na tym, by pamiętać, że muzyka jest ważną częścią kultury. W dzisiejszych czasach wcale nie jest to takie oczywiste. Wielu ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy albo twierdzi, że muzyka jest tylko rozrywką. By się o tym przekonać, wystarczy otworzyć polskie gazety na stronach kulturalnych. Wówczas zyskamy fałszywe przekonanie, że muzyka to tylko moda wspólna dla globalnej wioski. Odrabiamy zaległości cywilizacyjne – budujemy porty lotnicze, autostrady, sieć internetową, całą infrastrukturę. Inwestujemy więc w to, co istnieje już na świecie i jest wszędzie takie samo. Świetnie! Ale to są również te same przeboje muzyki rozrywkowej, słuchane na całym świecie, wykonywane przez modne sezonowe gwiazdy, popularne jednocześnie w Chinach, USA czy Europie.

 

W dzisiejszym świecie jesteśmy bardzo do siebie podobni…

…a kultura jest tym zjawiskiem, które odróżnia nas od innych społeczeństw. Jest nim oczywiście także język, ale wobec dominacji angielskiego na świecie, niedługo pozostanie nam już tylko kultura. Jeśli uznamy, że ważnym jej elementem jest muzyka, to zadaniem naszym, muzyków, jest dzielenie się nią z innymi. Nie każdą muzykę można wykonywać przez zespoły stworzone na zasadzie castingu, tak jak w muzyce popularnej. Dlatego z jednej strony zależy mi na budowaniu lokalnej społeczności artystycznej, w tym poszczególnych zespołów, z drugiej – stworzeniu społeczności, która będzie chciała w tym uczestniczyć, a więc na przyciąganiu odbiorców. Muzyką trzeba się dzielić! Wykonawcy nie mogą zamykać się we własnym gronie i uprawiać sztuki dla sztuki. I po to zbudowaliśmy NFM. W tych wspaniałych przestrzeniach zabrzmi muzyka dla naszej publiczności, której gusta i upodobania są bardzo rozmaite.

 

Mówi pan o nowych zadaniach, jakie stoją dziś przed instytucjami muzycznymi – tymi „wynalazkami” XIX-wiecznego społeczeństwa mieszczańskiego, które w niemal niezmienionym kształcie przetrwały do naszych czasów.

Współcześnie instytucje muzyczne powinny tworzyć grupy artystyczne, które kreują idee i dzielą się nimi z publicznością, a publiczność powinna mieć okazję nie tylko być odbiorcą działań artystycznych, lecz także aktywnym podmiotem. Dlatego cieszę się, że w ostatnich latach w takie działania zaangażowało się wielu wrocławskich artystów różnych pokoleń oraz wiele osób, które przyjechały do nas z innych miast. Być może poczuły, że Wrocław to dobre miejsce, by właśnie w nim realizować swoje ambicje artystyczne. W minionych kilku latach związało się z nami ponad stu muzyków. To fantastyczne!

 

Zwłaszcza w czasach, gdy Polacy za chlebem wyjeżdżają za granicę.

Nigdy nie mogłem pogodzić się ze stwierdzeniem „tego nie da się zrobić”, przy czym zwykle okazuje się, że gdzieś w świecie „się da”. To przekonanie wynika być może z tego, co przeżyłem tu, we Wrocławiu w ciągu sześćdziesięciu lat. Pamiętam powojenne gruzy, moją szkołę i to, czego w niej uczono, pamiętam obchody tysiąclecia państwa polskiego, wydarzenia roku 1968, strajkujących studentów, lata „Solidarności” i marzenia, które wówczas mieliśmy. Uważam, że stał się cud. I wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych.

 

Cudem było również powołanie w powojennym Wrocławiu orkiestry.

Właściwie powinniśmy obchodzić sześćdziesięciolecie istnienia instytucji Filharmonii Wrocławskiej w ubiegłym roku. Tej daty – 1954 roku jako powstania filharmonii – pilnowali wszyscy moi poprzednicy. Rzeczywiście, to wtedy oficjalnie powołano orkiestrę filharmoniczną, która nieprzerwanie istnieje do dziś. Jednak kiedy poznawałem powojenną historię muzyczną miasta, najbardziej poruszyło mnie to, co zdarzyło się w 1945 roku – wówczas sami muzycy, którzy przyjechali tu, zawiązali zespół i dbali o niego. W tych pionierskich latach przyjeżdżali zresztą wybitni dyrygenci i soliści, by wymienić choćby Irenę Dubiską czy Stanisława Skrowaczewskiego, który był tu dyrygentem od 1946 roku. Jestem pełen podziwu dla tych ludzi, którzy – podobnie jak moi rodzice, lwowiacy – zostali wyrwani ze swojego świata, ale od razu zaczęli budować na gruzach swoją przyszłość. Warto zwrócić uwagę na to, że robili to w opozycji do tych, którzy Wrocław rozkradali i dewastowali. A przecież zdarzali się tacy, którzy traktowali swój pobyt w tym mieście jak mało znaczący epizod. Przecież sala koncertowa na 1400 miejsc, przy ulicy Zielińskiego, została zniszczona już po wojnie! W takich okolicznościach ludzie światli, bardzo świadomi i dalekowzroczni tworzyli tu uniwersytet, politechnikę, filharmonię. Ci ludzie mieli świadomość, że uczestniczą w wydarzeniach na skalę niespotykaną – Wrocław jest największym miastem Europy, które zmieniło populację w stu procentach. Jakże nie żywić szacunku do tych pionierów życia kulturalnego Wrocławia? Oczywiście na początku był tylko Chopin i Moniuszko, ale bardzo szybko zaczęto wykonywać różnorodne programy filharmoniczne. Nacjonalizacja zespołu z jednej strony dała mu pewne finansowanie, z drugiej – uczyniła z niego orkiestrę operową. Myślę, że warto odwołać się do samych początków istnienia polskiego życia muzycznego w tym mieście.

 

Czego by pan życzył sobie i instytucji, którą pan prowadzi, z okazji tej rocznicy?

Siedemdziesiąt lat temu pierwsi polscy muzycy we Wrocławiu z całą pewnością myśleli o sobie – chcieli po prostu zarabiać na życie. Ale wydaje mi się, że ważniejsze było dla nich co innego – dzielenie się pięknem, nawet na gruzach. Życzyłbym więc nam takiego samego entuzjazmu, jaki mieli oni. Życzyłbym także, by nasi muzycy żyjący w XXI wieku mogli po prostu godnie zarabiać na życie. Tu, we Wrocławiu, w Polsce. By móc się dzielić muzycznym pięknem ze wszystkimi, którzy przyjdą do nas i otworzą się na jego działanie.