Wydanie: MWM 09/2015

Odbijanie, rozpraszanie, pochłanianie

Article_more
Muzyka jest częścią bagażu, jaki ludzkość niesie z sobą od samego początku. Najstarszy znany fragment muzyczny ma podobno pięć tysięcy lat. Pierwszego zapisu dźwięku dokonano w 1860 roku. Zatem przez cztery tysiące osiemset czterdzieści pięć lat (z tych pięciu tysięcy) jedyną muzyką, jaką znały miliardy słuchaczy, była muzyka wykonywana na żywo. Patrząc z tej perspektywy, możemy ujrzeć wzlot i upadek przemysłu fonograficznego jako (cudowną, ale jednak) anomalię.

Kiedy światem zawładnął ebonitowy krążek, bezpośrednia niczym kontakt wzrokowy więź między muzykiem a słuchaczem została zerwana, z czasem powstały iluzoryczne przestrzenie koncertowe, w których pojedynczego wykonania danego utworu może wysłuchać (i to niejednocześnie) wielomilionowa publiczność. Po raz pierwszy w historii muzycy zyskali dostęp do fortun, jakie wcześniej mogły być udziałem jedynie garstki (biorąc pod uwagę całe dzieje muzyki) szczęściarzy mających za hojnych mecenasów koronowane głowy. Przy okazji – zauważmy – cichcem narodził się crowdfunding: pokaźne majątki gwiazd rocka i popu powstały na zasadzie „ziarnko do ziarnka” poprzez sumowanie stosunkowo drobnych kwot wydawanych na płyty, bilety, czy tantiem kapiących ze środków masowego przekazu po każdym odtworzeniu danego przeboju.

 

Jazzowa gleba nie jest żyznym podłożem, improwizujących multimilionerów możemy policzyć na palcach. Trudno wyrokować, gdzie jest skutek, a gdzie przyczyna, jednak należy stwierdzić fakt, że jazz w znaczącym stopniu zachował tę więź między twórcą/wykonawcą i odbiorcą. Jazzmani wychodzą do publiczności, a publiczność chce słuchać swoich ulubieńców na żywo, obserwując, jak muzyka powstaje tu i teraz. Lokalni herosi zapełniają lokalne kluby, światowe gwiazdy – największe sale koncertowe, ale fakt pozostaje faktem: chociaż żyjemy w świecie, w którym pięciu muzyków na pięciu kontynentach może metodą wielośladowego montażu nagrać wspólny utwór, nie ruszając się z kanapy, zdecydowana większość płyt jazzowych wciąż powstaje „na setkę” – metodą zapisywania w realnym czasie konkretnego zdarzenia dźwiękowego, a zarazem rzeczywistego spotkania kilku osób we wspólnej przestrzeni. Nawiasem mówiąc, jest to jedna z wielu rzeczy łączących współczesny jazz z muzyką klasyczną, a zarazem cecha odróżniająca go od muzyki popularnej. Klasyka i jazz są wciąż (i wbrew wszystkiemu) wykonywane na żywo. Nawet w studiu. Jak chorał gregoriański, jak muzyka obrzędowa i tradycyjna, jak muzyka sumeryjska i neandertalska.

 

Kto zatem ma największe szanse przetrwać upadek fonografii? I drugie pytanie: w co inwestować, żeby stworzyć przestrzeń, w której muzyka będzie istnieć? I jeszcze trzecie: kto z Państwa poświęciłby swoje oszczędności, aby powstało międzykontynentalne studio zdalnych nagrań, kiedy dystrybucja większości utworów nie przynosi artystom znaczących zysków? Sytuacja, nie tylko w Polsce, wygląda tak, jakby ktoś rozumiał tę logikę. W ostatnim okresie powstało sporo wspaniałych sal koncertowych, spośród których warto wspomnieć choćby siedzibę NOSPR w Katowicach czy wyróżniony nie tak dawno Nagrodą im. Miesa van der Rohe gmach Filharmonii Szczecińskiej. W Krakowie na razie mamy (taką sobie) operę, ale nawet – zauważmy – kiedy buduje się stadiony i centra kongresowe, w planach uwzględnia się wykorzystanie ich do koncertów. O nowych wielkich kompleksach studiów nagraniowych jakoś nie słychać.

 

Latem 2013 roku, przed swoją Jazztopadową wizytą we Wrocławiu, Wayne Shorter opowiadał nam między innymi o tym, jak gawędził godzinami przez telefon i wymieniał się nutami ze zmarłym tego lata Gutherem Schullerem – jednym z najważniejszych kompozytorów i aranżerów w historii orkiestrowego jazzu. Mogę się tylko domyślać, że echem tej twórczej wymiany był jazzowo-symfoniczny program, jaki saksofonista zaprezentował w lutym tego roku w sali NOSPR-u w ramach Bielskiej Zadymki Jazzowej. Byłem na tym koncercie i – przynajmniej dopóki orkiestra grała sama – nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Siedziałem gdzieś z boku na balkonie i nadziwić się nie mogłem, że w takim miejscu dźwięk może być tak selektywny i przyjemny. Czułem się, jakbym miał na uszach słuchawki. „To niemożliwe – myślałem – żeby brzmienie było tak samo dobre w każdym miejscu sali. – Na pewno trafiłem w jakiś złoty punkt”. Przysiadłem na schodku ukryty za balustradą. I co? Nadal fenomenalnie. Prawa fizyki dały znać o sobie dopiero wtedy, gdy swoją partię rozpoczął perkusista (wyśmienity zresztą) Brian Blade. Selektywność znikła. Uderzenia o krótkim wybrzmieniu, na przykład w werbel, wypadły co najwyżej przyzwoicie, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie da się zbudować dużej sali koncertowej, w której brzmienie zestawu perkusyjnego uda się uratować bez znaczącej korekty za pomocą nagłośnienia.

Muzycy lubią, rzecz jasna, mierzyć się z przestrzeniami o niezwykłych walorach akustycznych. Tomasz Stańko nagrywał w Taj Mahal i buddyjskich skalnych świątyniach, John Butcher igrał z akustyką ogromnego cylindrycznego zbiornika na gaz wybudowanego w latach dwudziestych ubiegłego wieku w niemieckim Oberhausen. Kościół pw. św. Maksymiliana Kolbego w Bielsku-Białej pamięta koncerty kwintetu Ornette’a Colemana czy projektu Sangam Charlesa Lloyda, choć nie wykluczam, że jazzmani tam występujący woleliby jak najrychlej zapomnieć o akustyce tego miejsca. Kiedy Branford Marsalis występował przed laty w sali Filharmonii Krakowskiej, pod dwóch czy trzech żwawych utworach zorientował się, że coś tu nie gra. Wyjście z dźwiękowego kotła było tylko jedno – ballady przez resztę wieczoru.

 

Tutaj jednak mówimy o przestrzeniach mających tak istotny wpływ na brzmienie, że stają się niemal kolejnym instrumentem, a przynajmniej dominującym czynnikiem kształtującym muzykę. Chorał gregoriański brzmi tak, jak brzmi, właśnie dlatego, że narodził się we wnętrzach o długim pogłosie. Johann Sebastian Bach podobno pisał skrzypcowe arpeggia, wiedząc, że w określonej przestrzeni stworzą one zawieszony w powietrzu akord. Dzisiejsi architekci poszukują wnętrza będącego idealnym, uniwersalnym pojemnikiem na dźwięk. Święty Graal?

 

W momencie, kiedy piszę te słowa, znam przepiękną salę Narodowego Forum Muzyki zaledwie ze zdjęć i mam nadzieję, że brzmi równie wspaniale, jak wygląda. Kiedy podzieliłem się tą refleksją ze swoim znakomitym kolegą – skrzypkiem, dyrygentem i świetnym, obdarzonym słuchem doskonałym, realizatorem dźwięku w jednej osobie, odparł on: „Mam wszelkie podstawy, żeby sądzić, że tak właśnie będzie”. Czego sobie i Państwu życzę. Bo jeśli muzyka, to przede wszystkim na żywo.

 

Z neandertalskim pozdrowieniem