Wydanie: MWM 11/2012

Jazztopad – festiwal szyty na miarę

Article_more
Jazzowych festiwali jest w Polsce bez liku. Wielcy artyści odwiedzają nasz kraj przez cały rok, ich wizyty organizują impresariaty duże i małe; ruch w interesie jest niebywały i nieustający, paradoksalnie, tym większy, im jazzu mniej wokoło.

Jazzowe imprezy bywają ściśle sprofilowane (jak kaliski Festiwal Pianistów Jazzowych), bywają też efektownymi (i wysokobudżetowymi) prezentacjami najnowszych projektów gigantów muzyki improwizowanej (jak Warsaw Summer Jazz Days). Sposobem, by się wyróżnić z mnogości zdarzeń, bywa zaangażowanie jako dyrektora artystycznego słynnego muzyka: wtedy program jest projekcją osobistych fascynacji, np. Tomasza Stańki (bielska Jazzowa Jesień) czy Leszka Możdżera (poznański Enter Music Festival). Są festiwale kameralne, nastawione na turystów jazzowych i bez wielkich ambicji repertuarowych (sulęczyński Jazz w Lesie), są plenerowe, bezpłatne i skierowanie do tzw. masowego słuchacza (warszawski Jazz na Starówce). Nie nastała za to jeszcze w Polsce epoka gigantycznych, multistylistycznych zjazdów w rodzaju North Sea Jazz Festival, podczas których wielotysięczna publiczność może wybierać spośród dziesiątków koncertów odbywających się w tym samym czasie. 

Wrocław na mapie jazzowych festiwali w Polsce to prawdziwa potęga. Tu przewodzi ciągle wiosenny Jazz nad Odrą, który w przyszłym roku odbędzie się już po raz 50. JnO jest dla Wrocławia czymś szczególnym. Rozpoznawalny powszechnie trzyliterowy skrót stał się w stolicy Dolnego Śląska dobrem wspólnym, nieusuwalnym elementem kulturalnego pejzażu i wizerunkowym kapitałem (z czego korzystają władze miasta, od kilku lat będące w posiadaniu praw do festiwalu). JnO przez kilka dni daje możliwość uczestniczenia w wielogodzinnym, zbiorowym przeżyciu na styku oficjalnego święta i wyluzowanej zabawy. Tutaj nie obowiązują krawaty zapięte pod szyję, ale wymóg uważnego słuchania muzyki całkiem się nie ulotnił; są koncerty młodych muzyków i konkursowy maraton, trochę snobizmu i autentyczne, stratosferyczne loty; można zamienić kilka słów z gwiazdami i można pójść z nimi (przy odrobinie szczęścia) na piwo. Pewnym problemem JnO jest jego program, będący wypadkową gustów kilku członków rady programowej. Ale, choć mocno niespójny stylistycznie, JnO rok w rok przyciąga fanów jazzu, by tak to ująć, w formule bliskiej mainstreamowi.

 

JnO to kilkudniowa, stężona do granic możliwości muzyczna piguła i podobną formułę ma najmłodszy z wrocławskich festiwali jazzowych – Art of Improvisation, organizowany latem przez grupę zapaleńców skupionych wokół Centrum Kultury „Agora”. Ta impreza, odbywająca się poza centrum miasta, adresowana jest do miłośników bezkompromisowej awangardy. Nie goszczą na niej artyści znani z pierwszych stron jazzowych, mainstreamowych magazynów, ale mający swoją wierną – by tak rzec – fanatycznie oddaną publiczność.

 

No i zbliżający się Jazztopad. Tutaj pojedyncze koncerty odbywają się w kilkudniowych odstępach przez cały miesiąc. Słuchacze mogą swobodnie wybierać, kogo chcą posłuchać, nie ma mowy o „pakietach”, w których artysta wybitny sąsiaduje z mniej wybitnym, a fakt, że poszczególne koncerty trwają zwykle nie dłużej niż 2–3 godziny, nie pozwala „zmęczyć” się muzyką. Trudno wtedy co prawda o spontaniczną, festiwalową atmosferę, łatwiej za to o skupienie na samym artystycznym wydarzeniu.

 

Pomysł, by w najbrzydszy z jesiennych miesięcy repertuar Filharmonii Wrocławskiej urozmaicić koncertami muzyki improwizowanej narodził się z górą dziesięć lat temu, gdy w gmachu przy ul. Piłsudskiego była dyrektorem Lidia Geringer de Oedenberg. To nawet nie miał być festiwal. Raczej próba rozszerzenia oferty o „coś lżejszego”, najlepiej jakoś tam łączącego się, przy wszystkich jazzowych szaleństwach, z tzw. muzyką poważną. Pierwsze edycje imprezy nie wskazywały więc ani na specjalne ambicje autorów programu, ani nawet na szczególne ich rozeznanie w temacie – na Jazztopadzie występowali artyści zapraszani z łapanki, często anonimowi. Wyjątki – jak występy pianistów Adama Makowicza i Leszka Możdżera, zarówno osobno, jak i w pamiętnym duecie, utrwalonym zresztą na cenionym przez kolekcjonerów DVD – tylko potwierdzały regułę.

 

Wszelako, przy wszystkich zastrzeżeniach, co do zwartości i jakości programu Jazztopadu w jego okresie młodzieńczym, pierwszy krok został zrobiony i festiwal już po kilku edycjach przestał być marką nierozpoznawalną. Nie miał charakteru, nie miał wielkiej tradycji, ale miał coś, co w epoce ostrego marketingu, także kulturalnego, jest bezcenne – świetną, łatwą do zapamiętania nazwę.

 

Mija kilka lat. Na festiwalu grywają światowe gwiazdy z ekstraklasy, branżowa prasa stara się nie przegapić żadnego wydarzenia, rozwija się współpraca z instytucjami i festiwalami za granicą.

 

To nie było cudowne przemienienie. Od kiedy stery festiwalu przejął Piotr Turkiewicz, jazzowy aficionado z predylekcją do awangardy, Jazztopad stał się, choć nie od razu, realizacją koncepcji odróżniającej go nie tylko od poprzedniego wcielenia, lecz także od większości (może wszystkich?) festiwali w Polsce. I nie o obecność światowych gwiazd muzyki improwizowanej chodzi (bo naprawdę grali już w naszym kraju wszyscy święci i nieświęci jazzu), a o niepowtarzalny pomysł programowy.

 

Ten pomysł jest genialnie prosty i sprowadza się do założenia, że każdy (albo prawie każdy) z zaproszonych artystów ma zagrać we Wrocławiu coś przygotowanego specjalnie z myślą o tej wizycie. I oczywiście jest także piekielnie trudny w realizacji, ponieważ przekonać wielkich światowego jazzu, żeby zrobili coś ekskluzywnego na zamówienie festiwalu w nie takim znowu najważniejszym zakątku Europy – no, to wymaga istotnie mrówczej pracy i cierpliwości, o pieniądzach nie wspominając.

Oczywiście, artystom z absolutnego jazzowego topu daje się wolną rękę. Cóż bowiem można zasugerować Wayne’owi Shorterowi (grał na Jazztopadzie dwa lata temu) czy Charlesowi Lloydowi (koncert sprzed roku)? Albo Sonny’emu Rollinsowi, którego koncert otworzył ubiegłoroczną edycję Jazztopadu? Albo Ornette’owi Colemanowi, gwieździe tegorocznej?

 

Jak się robi taki festiwal? Trzeba dużo rozmawiać, jeździć po świecie, poznawać nowych ludzi, podtrzymywać stare znajomości, wykorzystywać nadarzające się okazje, oszczędzać pieniądze itd., itp. „Bezpośrednia relacja z muzykami, których chciałbym gościć we Wrocławiu, to podstawa tego, co robię” – mówi Piotr Turkiewicz. „Dzięki kilkuletniej pracy i renomie, jaką zyskał Jazztopad na świecie, nie jest to takie trudne, bo muzycy, którzy tu grali i byli zadowoleni z przyjęcia, polecają mnie innym muzykom. A to, o czym z nimi rozmawiam i jak udaje mi się ich przekonać, by tu przyjeżdżali, to już zupełnie inna sprawa. Myślę, że decydującą kwestią jest fakt, iż mogą zaprezentować we Wrocławiu coś naprawdę wyjątkowego, o co szef żadnego innego festiwalu z jakichś powodów ich nie poprosił. Dla mnie to jest wielka wartość, jeśli utwór specjalnie dla Jazztopadu pisze Terje Rypdal albo Fred Hersch. Dla nich – artystyczne wyzwanie”.

 

Kiedy Jazztopad zaprasza światowe gwiazdy, nie tylko wyjada krem z jazzowego tortu, lecz także przykłada się do jego, by tak rzec, zasadniczego wypieku – jako część międzynarodowej platformy JazzPlaysEurope, łączącej w sieć europejskie festiwale i instytucje zajmujące się promocją jazzu. JazzPlaysEurope organizuje m.in. warsztaty dla młodych muzyków, podczas których nie tylko komponują, grają i improwizują, ale też uczą się poruszania w bezwzględnym świecie współczesnego show-biznesu. „To niesamowite, jak wiele takie zajęcia, np. z marketingu, dają utalentowanym muzykom, którzy niemal całą swoją edukację oparli na przekonaniu, że jeśli mają talent i są pracowici, to odniosą sukces” – mówi Piotr Turkiewicz. „Dzięki JazzPlaysEurope mogą wejść do międzynarodowego obiegu nie tylko jako artyści, lecz także reprezentujący samych siebie, sprawni menedżerowie. Oczywiście, najważniejsza jest muzyka, którą tworzą podczas warsztatów i którą prezentują w czasie festiwali należących do platformy”.

 

Program tegorocznego festiwalu Piotr Turkiewicz ułożył sprytnie: są i wielkie nazwiska, i repertuarowe eksperymenty. „Nie boję się ryzyka, mimo że staram się, podążając za własnymi fascynacjami, nie przestać myśleć o oczekiwaniach odbiorców” – mówi dyrektor Jazztopadu. „Są tacy, którzy uważają, że festiwal jest zbyt elitarny, że odwracamy się od publiczności. Ja uważam, że prezentując nieznane zjawiska pełnimy ważną misję. To, czego nie ma i pewnie nigdy nie będzie w mediach, jest u nas. Poza tym… statystyki pokazują, że publiczności nam powoli, ale regularnie przybywa. Więc chyba idziemy w dobrą stroną”.