Wydanie: MWM 09/2015

O pełnym brzuchu

Article_more
Jean-Baptiste Lully, nadworny kompozytor Ludwika XIV, w roku 1687 podczas dyrygowania orkiestrą – zdenerwowany, jak głoszą niektórzy, z powodu błędów muzyków – przebił sobie batutą palec u stopy. Wkrótce zmarł w wyniku zakażenia rany. Ten nietuzinkowy epizod nieraz stawał się przyczynkiem do prowadzenia naszych dialogów filomuzoficznych.

– Ale on był chyba trochę gruby? Tak jak Haendel i Bach, prawda? – pyta mała Zo, oglądając portret Lully’ego, a ja odpowiadam:

– Trudno ocenić na podstawie obrazu. Chyba gruby nie był, w końcu był też tancerzem, ale na pewno był bogaty. Lully był jednym z lepiej zarabiających kompozytorów w historii. Dorobił się niezłego majątku.

– A dlaczego kiedyś było tak dużo grubych kompozytorów? A potem tylu chudych i chorowitych, jak Chopin? – docieka mała Zo.

– Cóż… – zastanawiam się chwilę, próbując sprostać pytaniu. – Gdy sztuka muzyczna nie była już dla królów, ani dla Kościoła, za to często stawała się sztuką dla sztuki, trudno jej może było samą siebie wykarmić.

– A jak jest dzisiaj?

– Chyba różnie. Na przykład Wojciech Kilar pisał i taką muzykę, jaką sobie wymarzył, i taką na zamówienie: do słynnych zagranicznych filmów, a wtedy miał bardzo wysokie honoraria.

– A jak on wyglądał?

Pokazuję zdjęcie Kilara i Zo wydaje się zawiedziona: – Przecież on wcale nie jest gruby!

„Faktycznie – myślę sobie po cichu – mógłby z powodzeniem wcielić się w świętego Antoniego eremitę z modlitewnie splecionymi, szczupłymi dłońmi i oczyma wzniesionymi ku niebiosom. A jeszcze ta jaśniejąca aureola siwych włosów…”

Nic dziwnego, że mi nie uwierzyła. 

.