Gdzie tak pięknie grają?

Article_more
W starym Breslau muzykowano w teatrze i w kawiarni, w kościele i w więzieniu, w szkole i na Rynku. Wszystko zależało od poziomu wykonawców i od repertuaru. O dziewczątku obdarzającym swymi wdziękami samotnego wędrowca chętnie słuchała ulica, Marsylianka i Mazurek Dąbrowskiego dobrze brzmiały w więziennej celi, a Bach – w barokowej świątyni.

Podobno Ignacy Paderewski w czasie swego amerykańskiego tournée, na które wyjechał w 1891 roku zaraz po koncertach w Breslau, żeby podreperować finanse, dostał telegraficzną propozycję zagrania w górniczej mieścinie. Maestro i jego impresario zgodzili się, bo wysokość honorarium była znaczna – tysiąc dolarów (nauczyciel w szkole publicznej zarabiał około 330 dolarów rocznie) – a publiczność na pewno wyposzczona, bez kontaktu z wielką sztuką. Jakież było ich zdziwienie, gdy po przybyciu na miejsce stwierdzili, że sala wprawdzie pęka od słuchaczy, za to na estradzie nie ma fortepianu. To znaczy jest, ale na korbkę, coś w rodzaju wielkiej katarynki. Trudno się było wycofać, entuzjazm melomanów był zbyt duży, strata honorarium zbyt bolesna, więc Paderewski chwycił za korbkę i odegrał wszystkie kawałki, nagradzany frenetycznymi oklaskami.

 

W Breslau ten numer by nie przeszedł, bo gdy w 1900 roku pewien oberżysta z Przedmieścia Oławskiego kupił automat muzyczny naśladujący czterdziestoosobową orkiestrę, wściekli sąsiedzi, nie mogąc znieść takich koncertów, poskarżyli się policji. „Schlesische Zeitung” doniosła czytelnikom, że profan został ukarany grzywną. Głęboko to było niesprawiedliwe, jako że oberżysta chciał tylko nieba i chórów anielskich przychylić swoim klientom. Niestety, rozpieszczonym przez koncerty, które odbywały się niemal wszędzie.

 

Kto śpiewa, dwa razy się modli
W świątyniach, wiadomo, zawsze rozlegała się muzyka, parafie rywalizowały o dobrych organistów, kantorów i chóry. Nic więc dziwnego, że przy Uniwersytecie powołano już w 1812 roku Königlische Akademische Institut für Kirchenmusik (Królewski Akademicki Instytut Muzyki Kościelnej), który uczył śpiewu, gry na fortepianie, organach i prowadzeniach chóru, z uwzględnieniem wymogów liturgii obu odłamów chrześcijaństwa. Koncerty muzyki sakralnej organizowano najczęściej w kościołach pw. św. Elżbiety i Marii Magdaleny oraz w Katedrze, rzadziej w kościołach pw. św. Barbary (dziś: katedra prawosławna przy ulicy św. Mikołaja) i św. Bernarda (Muzeum Architektury). Ale w teatrach też można było ich posłuchać.
 

Marek Krajewski w powieści kryminalnej Dżuma w Breslau wysłał radcę kryminalnego Heinricha Mühlhausa w niedzielny wieczór 1924 roku na koncert muzyki pasyjnej. Trwał Wielki Post, „muzycy ze Schlesisches Landesorchester i chór Orchester-Verein, a nawet amatorskie zespoły męskie i żeńskie, których nie brakowało w stolicy Śląska, porzucały na ten czas lekki, a nawet patriotyczny repertuar i uderzały w wysoką, patetyczną nutę męki, zdrady i ukrzyżowania”.
 

Radca nie przepadał za oratoriami pasyjnymi, toteż ogromnie się ucieszył, że podczas koncertu abonamentowego na scenie muzycznej teatru Lobego (stał po wschodniej stronie Lessingstrasse, dzisiejszej ulicy Dobrzyńskiej) okazało się, iż „nastąpiła z jakichś nieznanych powodów zmiana i zamiast Pasji według świętego Jana Bacha publiczność wysłucha V Symfonii Mahlera i uwertury Leonora Beethovena, a orkiestrą będzie dyrygował sam Georg Dohrn”.

 

Wprawdzie Mühlhaus nie zdążył na Beethovena, bo wylądował na dachu teatru (kto ciekawy przyczyn, niech doczyta u Krajewskiego), ale zwykle melomani mieli spokój i wygodne fotele. A czasem nawet piwo.

 

Patrzysz, słuchasz, pijesz
W établissements, czyli zespołach rekreacyjno-rozrywkowych, muzyka była obowiązkową częścią oferty. Koncerty, wodewile, spektakle teatralne miały przyciągnąć klienta, który posłucha, obejrzy, ale i piwo pod golonkę wypije. Prasa narzekała, że to mało ambitne uczestnictwo w kulturze. O Sommer Theater w établissement Wintergarten (przy dzisiejszej ulicy Szczytnickiej) korespondent krakowskiego „Czasu” pisał w lipcu 1852 roku: „Artyści mierni… ale drzwi od ogrodu otwarte, wolność palenia cygar, pożywania chłodników, picia kawy lub piwa podczas reprezentacji ma pewien pociąg”. 

„Można tu palić cygaro, robić pończochy i pić Zuckerwasser, trzy przyjemności życia ludzkiego, dla których wrocławianie poświęcają bez wahania estetykę i moralną stronę swoich usposobień”, twierdził Ludwik Niemojewski w „Gazecie Warszawskiej” w 1857 roku. Rok później Jan Mikołaj Fritz („Kronika Wiadomości Krajowych i Zagranicznych”) komentował z przekąsem, że koncerty ogrodowe straciły już powab nowości, więc właściciele kawiarń zaczęli urządzać bals champêtres (zabawy pod gołym niebem). „Po aleach i boskietach cudnie oświetlonych kręci się i uwija demi-monde wrocławski w strojach kosztownych, a w balonach wszelkie wyobrażenie ludzkie przechodzących”, gorszył się Fritz.

 

Brzmi mało ambitnie, ale to może być zbyt pochopna ocena, o czym świadczy przypadek Weiss-Garten przy Gartenstrasse (39/41), czyli dzisiejszej ulicy Piłsudskiego, établissement założonego około 1772 roku. Była to początkowo kawiarnia z ogrodem rozrywkowym, w którym urządzano koncerty, ale cały kompleks szybko zaczął się rozbudowywać. Od 1860 roku wrocławianie mogli już przychodzić na koncerty i przedstawienia do murowanej sali z galerią, lożami i podium dla muzyków. Występowały tu takie sławy, jak Gustav Mahler, Johannes Brahms, Clara Schumann i Richard Wagner.

 

W 1878 roku Weiss-Garten przejęła spółka akcyjna Breslauer Konzerthaus, która przebudowywała kilkakrotnie Dom Koncertowy (ostateczny kształt uzyskał w 1925 roku), tak że mógł on pomieścić ponad 1500 widzów w największej sali. Został zburzony w 1945 roku.

Orkiestra Domu Koncertowego, którą w ostatniej dekadzie XIX wieku prowadził Max Werner, a od lipca 1900 roku – Gustav Baumann z Berlina, grała latem w ogródkach renomowanych restauracji oraz na Wzgórzu Liebicha (dziś: Wzgórze Partyzantów). Reklamy zachęcały, żeby przyjść z rodziną, bo to i dusza dostanie strawę, i piwo będzie serwowane po zwykłej cenie. Jedno i drugie najwyższej jakości.              

 

Pieśń dla więźnia
Nie wszystkie jednak miejsca koncertowe cieszyły się wzięciem, nawet jeśli zaprojektowali je znakomici architekci. To najbardziej oryginalne z lotu ptaka wygląda jak grecki krzyż otoczony murem. Przypomina neogotycką twierdzę-zamek i nawet u praworządnych obywateli wywołuje uczucie niepokoju. Wrocławskie więzienie, jedno z najnowocześniejszych w Prusach, wzorowane było na angielskich i amerykańskich. 
 

Plany wykonał Karl Ferdinand Busse z Berlina, a zrealizowano je w latach 1845–1852. Później zresztą gmach dwukrotnie powiększano: w latach 1881–1887 Oscar Knorr rozbudował go wzdłuż Podwala, a w 1930 roku Werner Haberland zastąpił skrzydło przy ulicy Sądowej nowym, funkcjonalnym budynkiem, z efektownym hallem i wspaniałymi schodami z trawertynu. Bywało tu wielu znakomitych ludzi, nie wszyscy dobrowolnie. Niestety, kompozytora klasy Bacha nie aresztowano, ale koncerty, owszem, organizowano, a w roli solisty występował duch wolności.
 

Dwudziestosiedmioletni Henryk Merzbach, poeta, publicysta, a także księgarz i wydawca, który musiał z powodów politycznych opuścić Warszawę w październiku 1863 roku i schronił się w Breslau, wspominał spotkania z polskimi studentami w… więzieniu śledczym. Osadzony tam został ich towarzysz z Poznania, Stanisław Warnka, podejrzany o zdradę stanu, czyli pomoc dla uczestników powstania styczniowego. „U niego w więzieniu na trzecim piętrze – pisał Merzbach – zbieramy się często wieczorami, śpiewamy wszystkie pieśni nasze, gawędzimy o wszystkim, co nas boli… Niestety, dzieje Polski są teraz na Sybirze i w więzieniach. Jakoś przywykliśmy do lochów i w nich oddychamy raźniej”.
 

Merzbach przyprowadził raz do więzienia powstańców, byłych oficerów carskich z oddziału Michała Jana Heydenreicha (pseudonim „Kruk”), którzy uciekli z twierdzy w Ołomuńcu, gdzie internowali ich Austriacy. Oni opowiedzieli dzieje swojego uwięzienia i ucieczki, a Stanisław Warnka zaintonował „śliczną piosnkę” Ehrenberga Podróż na Syberię. Młody poeta i księgarz wspominał też przyjemne wieczory przy Gartenstrasse, w mieszkaniu Jana Mikołaja Fritza, lektora języka polskiego na uniwersytecie i cytowanego już korespondenta prasy polskiej. W rocznicę wybuchu powstania listopadowego śpiewano Jeszcze Polska, Z dymem pożarów, Boże coś Polskę, a panna Zosia Pruska zagrała Marsza żałobnego Chopina.
 

Gość z Warszawy zachwycał się równie mocno „zawsze dobrą muzyką”, znakomitymi śpiewakami, jak i „ślicznymi panienkami”, w tym „śliczniutką panną Zosią, z czarnymi oczami i głosikiem milutkim”. Z naciskiem na „milutki głosik”. Ostatecznie w Breslau muzyka była najważniejsza.