Wydanie: MWM 10/2015

Chowam się w muzyce

Arvo Pärt - wywiad
Article_more
Umówić się z Arvo Pärtem na wywiad nie jest łatwo. Estoński kompozytor nie lubi rozmów z dziennikarzami i unika ich jak tylko może. Słowa nie są mu potrzebne, wystarczy sama muzyka. W taki sposób najchętniej komunikuje się ze światem, językiem dźwięków. Proces nakłaniania twórcy stylu „tintinnabuli” na spotkanie był długi i wymagał energii wielu osób. Było to bardzo zawiłe i trudne. Arvo Pärt nie chciał nawet słyszeć o męczących wywiadach. Dlatego, jadąc 1 maja tego roku do Częstochowy na Festwial Muzyki Sakralnej Gaude Mater (na inaugurujący go urodzinowy koncert Pärta, na którym miał się pojawić sam kompozytor), nie śmiałam nawet marzyć, że upragniona rozmowa jednak się odbędzie, ale gdzieś w środku jakoś w to wierzyłam. Wierzyli również organizatorzy festiwalu, którzy dołożyli wszelkich starań, by go przekonać. Dzień przed moim przyjazdem, podczas kolacji po raz kolejny zapytany o zgodę na specjalną rozmowę dla Programu 2 Polskiego Radia, podniósł z talerza dwie frytki i, utworzywszy z nich literę X, przyłożył do ust, dodając, że niestety nie może mówić. Jednak już w drodze do hotelu zgodził się, żebym przyszła na próbę. Siedziałam więc uszczęśliwiona bliską obecnością jednego z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów, który wydawał się być nie z tego świata, zamknięty w swoich myślach bez słów. W pewnym momencie zwrócił na mnie uwagę i zaczął mnie obserwować. Przyglądał się z różnych stron, badał, chodząc kilka razy do ołtarza i z powrotem w moją stronę, by ostatecznie usiąść obok. Wydawał się srogi, zdystansowany, niechętny bliskim kontaktom, ale zaciekawiony. Siedzieliśmy jakiś czas w milczeniu, słuchając próby Andreasa Scholla i Morphing Chamber Orchestra. W pewnym momencie Arvo Pärt zapytał: „Naprawdę chce pani ze mną rozmawiać?”. Potwierdziłam i dodałam, że o niczym innym w tej chwili nie marzę. „No to chodźmy, ale moim zdaniem to wszystko niepotrzebne, bo od słów ważniejsze są uczucia i emocje”, odpowiedział. Usiedliśmy. Arvo Pärt wziął mnie za ręce, w których trzymałam mikrofon, i zaczęliśmy rozmawiać. W trzech językach. Ja zadawałam pytania po polsku, bo tego życzył sobie kompozytor, a on odpowiadał po niemiecku i po rosyjsku, zmieniając język w najbardziej nieoczekiwanych momentach.

Klaudia Baranowska: Kiedy zastanawiałam się, o co mogłabym pana zapytać, natrafiłam na wywiad, który kiedyś przeprowadzała z panem Björk. To było coś niezwykłego, bo wydawało się, że właściwie język był wam niepotrzebny, że słowa były zbędne, że porozumiewaliście się na jakimś innym poziomie.

Arvo Pärt: Powiedziałem to już na początku, jak tylko się spotkaliśmy, że słowa są niepotrzebne, najważniejszy jest kontakt wzrokowy.

 

I wtedy wszystko jest jasne? I to wystarczy?

W każdym razie tak jest lepiej. I wiarygodniej. Słowo jest sakramentem. Nie wiemy, czym jest słowo. To wiedzą święci. Dlatego że ich słowo to jest świętość, ono jest święte, a nasze słowo jest grzeszne. Nasze słowo jest namiętne. Jestem zakłopotany, bardzo zakłopotany, kiedy muszę coś powiedzieć. Dlatego chowam się w muzyce. Zauważyłem również, że kiedy coś powiem – nawet jeżeli przez przypadek powiem coś, co jest prawidłowe lub dobre – stracę to dla muzyki. Wtedy w muzyce staję się uboższy z powodu słowa, które wypowiedziałem. Dlatego czerpię z tego, że nie mówię. Takim jestem grzesznikiem.

 

Słowa oddaje pan muzyce, ale dla nas, zwykłych śmiertelników, to słowo, nawet grzeszne, jest potrzebne…

Ja nie potrzebuję słów do komunikacji z innymi.

 

A jak pan sobie radzi z tym, co dzieje się wokół pana w tym roku w związku z pana osiemdziesiątymi urodzinami? Wiele wydarzeń, koncertów, spotkań, na których się pan pojawia i musi pan czasami zabrać głos. To jest jednak trochę wbrew temu, co jest panu bliskie, czyli wbrew ciszy, spokojowi.

Ale z drugiej strony są też miejsca takie, jak na przykład to w Częstochowie, gdzie jesteśmy w Sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze. To święte miejsce, które wprowadza ogromny spokój, można tu dobrze się poczuć, muzyka może dobrze tu zabrzmieć i bardzo tu pasuje. Czuję się tutaj znakomicie, powiedziałbym, że jeszcze nigdy w swoim życiu nie miałem tak silnego wrażenia w obszarze liturgicznym i jednocześnie również muzycznym, że jestem na swoim miejscu. Miałem wczoraj bardzo szczególne muzyczno-liturgiczne przeżycie, które było czymś niezwykłym. To była wieczorna msza, podczas której mówiono i śpiewano na tak wysokim poziomie wtajemniczenia, w skupieniu, które tak głęboko zbliżało do nieskończoności! Czegoś takiego nie przeżyłem nigdy wcześniej.

 

Cieszę się, że w tych murach może zabrzmieć moja muzyka. Często mówi się, że jest ona sakralna, ale nie jest to najzręczniejsze określenie. Owszem pasuje do kościoła, dobrze brzmi w miejscach modlitwy, skupienia. Muzyka sakralna to jest inny wymiar. Ale jak to jest naprawdę, tego nie wiemy. Później będzie to jasne, w którą stronę skieruje się nasza podróż.

 

Ale jednak znaczna część pana twórczości wypływa z pana religijności, duchowości i to chyba musiało być trudne, kiedy tworzył pan w Związku Radzieckim. Nie był to łatwy czas dla kompozytora, który był wierzący, który nie chciał ułożyć się z władzą.

Wtedy nie pisałem muzyki sakralnej, jeśli teraz to robię, to – powiedzmy – w związku z konkretną okazją. Nie rozmawiajmy proszę o tym, czym były czasy sowieckie. Wszystko zapomniałem. Na szczęście i nieszczęście jednocześnie. 

A czy pamięta pan, kiedy nastąpił przełom w pana twórczości? Jak odnalazł pan swoją drogę, i stworzył styl „tintinnabuli”? Co do tego doprowadziło? Czy pomocne były studia nad muzyką dawną, filozofia?

Tak, niewątpliwie kontakt z dawnym repertuarem bardzo mi pomógł. Nie potrafię jednak powiedzieć, jak to dokładnie się stało. Co lepiej powiedzieć? Wiele, wiele lat przed zmianami chciałem napisać balet Nowe szaty cesarza. Jest taka bajka, znacie ją? W ostatnim akcie cesarz jest nagi. Tak, ale ludzie nadal go podziwiają, biorą udział w farsie. I wtedy pojawia się dziecko i mówi: „Cesarz jest nagi”. I to przerywa ułudę… i to wszystko przerywa, następuje załamanie… Mniej więcej tak rozumiałem współczesną muzykę. Wówczas. Sam ją pisałem, tę współczesną muzykę. To było preludium do zmian. Czułem, że znajduję się w martwym punkcie. Właściwie miałem dwa uczucia. Pierwsze, że nie mogłem przekazać tego, co chciałem, tymi środkami, którymi dysponowała współczesna muzyka, które miał świat, współczesny świat i również ja. Nie mogłem powiedzieć tego, co chciałem, w odpowiedni sposób. To była zatem jedna rzecz. I co miałem zrobić? Nie znałem innych sposobów. I wtedy odkryłem, że sposoby wypowiedzi, których szukałem, były zawarte w elementarnych prawdach ziemi i nieba, ludzkiej kultury. I okazały się o wiele łatwiejsze i czystsze, niż to, czego my używaliśmy. To jest jedna strona. Tak, nie mogłem tymi „starymi”, czyli współczesnymi, środkami powiedzieć tego, co chciałem. Ale co ja właściwie chciałem przekazać? W mojej głowie pojawiło się wiele pytań. Co ma wartość? Co nie ma wartości? Kto jest winny? Czy świat jest winny, albo mój przyjaciel, albo nawet ja? Może ja mam jakieś niedoskonałości? Dlaczego nie udaje mi się napisać lepszej muzyki? Dużo czytałem, potem słuchałem muzyki, ale nic nie pomagało. Nadal pozostawałem grzeszny. To znaczy, że nie miałem właściwego podejścia do samego siebie. Stosunku do siebie. Moje myśli były nieczyste. Moje pragnienia były nieczyste. Wystarczy popatrzeć na oczy świętych na ścianach klasztoru, na starych malowidłach. Jakie czyste oni mają spojrzenie, jakie oni mają oczy, jakie jasne twarze, bez grymasów. Czy można sobie wyobrazić, że oni mogliby pisać taką muzykę, która powstaje we współczesnym świecie, tę, która nas otacza? Oczywiście, że nie. Oni szukali czegoś zupełnie innego. I zrozumiałem, że każdy człowiek, nie tylko kompozytor czy pisarz – każdy człowiek, bez względu na to, czym się zajmuje, musi znaleźć spokój w sobie, szukać ciszy i równowagi. O czym ja mówiłem wcześniej?

 

O przełomie w swojej twórczości, o tym że szukał pan nowych środków, nowej artystycznej drogi, sięgając do filozofii dawnych mistrzów.

Zapomniałem. Zgubiłem kolejność. Szkoda.

 

Chciałabym jeszcze pana zapytać o to, co pana najbardziej inspiruje. Obrazy, zapachy, dźwięki? Czy to, co pan widzi, czuje; czy to, co pan słyszy? Który zmysł jest najważniejszy?

Myślę, że każdy człowiek może odnaleźć natchnienie tylko wtedy, kiedy uwolni się od napięcia, stresu; ale nie tylko stresu przypadkowego, ale też od tego, który mamy w sercu albo w podświadomości cały czas, przez lata istnienia. Nie wiem, w jaki sposób można to uczynić. Na rozwiązanie tego problemu nie ma szybkiego sposobu. Jeżeli człowiek, wierzący człowiek, powiedzmy, idzie do spowiedzi, powie dwa, trzy słowa, wszystko, co ma w sercu, i kapłan udzieli mu rozgrzeszenia, to temu człowiekowi przynosi to wielką ulgę. Wyrastają mu skrzydła, on lata. I to jest droga sprawdzona, to nie jest po prostu bajka. Tak jest. Jest trudno, bardzo trudno wyobrazić to sobie od razu. Ale dlaczego tam na podłodze jest jakiś mały kotek, dlaczego on ciągle się myje? On się czyści. Czuje, że coś mu przeszkadza.

Jeżeli człowiek zaczyna się spowiadać ze swoich myśli, ze swoich niedobrych myśli, swoich czynów, wtedy będzie jak ten mały kotek – stanie się potem bialutki. Może najpierw był czarny, ale potem staje się biały. Tak. To jest najłatwiejszy sposób na natchnienie. Później Bóg pomoże. A jeżeli człowiek tego nie robi, to Bóg czeka. Patrzy, że nic nie pomaga, i wysyła mu jakąś chorobę. I kiedy cierpi, zaczyna się zastanawiać: „A może rzeczywiście ja sam jestem czemuś winien, może kogoś skrzywdziłem?”. Wiecie, jak jest ciężko prosić o wybaczenie człowieka, którego przed chwilą się skrzywdziło? Ale można, i to pomaga, bo tylko będąc wewnętrznie czystym, można tworzyć.

 

Dla mnie pana muzyka jest jak wiadomość z zaświatów, i też wskazanie w naszym chaosie drogi do ciszy i oczyszczenia duszy.

Proszę nie odbierać mnie zbyt poważnie, ja po prostu tylko od czasu do czasu eksperymentuję. Mam nadzieję, że jeszcze nie oszaleliście od moich słów? Bo ja już wariuję od tego.

 

Ja od rana spędzałam czas z pana muzyką, i to było piękne. I teraz nasze spotkanie i pana słowa… Bardzo za to dziękuję.

 

Rozmawiała Klaudia Baranowska (Program 2 Polskiego Radia)

 

Wywiad został przeprowadzony dla Programu 2 Polskiego Radia i był emitowany na jego antenie 11 września. Nie jest autoryzowany.