Wydanie: MWM 10/2015

Polska muzyczna

Małgorzata Omilanowska - wywiad
Article_more
Od kiedy zostałam ministrem, nadal bywam na koncertach, nie tylko w Polsce, i mam wrażenie, że sale są pełne. A skoro tak, nadal istnieje liczne grono odbiorców muzyki. Co więcej, największym beneficjentem inwestycji w infrastrukturę kulturalną w ostatnich latach w Polsce jest właśnie muzyka. W żadnej innej dziedzinie nie powstało tak wiele nowych obiektów.

Piotr Matwiejczuk: O swojej pasji do architektury i sztuk wizualnych mówi pani minister w wywiadach. Wiemy o niej również z wielu książek, także tych popularyzatorskich. A jak jest z muzyką?

Minister Małgorzata Omilanowska: Wywodzę się z domu, który miał pewne tradycje muzyczne. Mój ojciec dobrze grał na fortepianie – nigdy nie robił tego zawodowo, ale przez całe życie czerpał z muzykowania ogromną przyjemność. Dlatego w początkach mojej edukacji muzycznej ważną rolę odegrało domowe pianino, na którym od najwcześniejszych lat brzdąkałam. Bardzo wiele utworów, które zidentyfikowałam już w dorosłym życiu, znałam z wykonań taty. Drugim instrumentem, który towarzyszył nam podczas spotkań rodzinnych, w tym podczas śpiewania kolęd, był akordeon. Prawdziwa pasja do muzyki narodziła się jednak dzięki nauczycielce wychowania muzycznego w szkole podstawowej. Do dziś dobrze pamiętam pierwszą lekcję, podczas której słuchaliśmy nagrania suity Peer Gynt Edvarda Griega. Ogromne wrażenie, jakie zrobił na mnie ten utwór i samo brzmienie orkiestry zadecydowały o kierunku moich dalszych poszukiwań. Zażyczyłam sobie wówczas, by w moim pokoju stanął sprzęt grający. Rodzice moją prośbę spełnili, dzięki czemu mogłam zacząć kolekcjonowanie nagrań.

 

W czasach PRL nie było łatwo o płyty.

W tamtych latach oferta była ograniczona do wydawnictw Polskich Nagrań oraz tych albumów, które dostępne były w trzech instytutach kultury: czeskim, węgierskim i NRD-owskim. Regularnie odwiedzałam te miejsca i całe swoje kieszonkowe wydawałam na płyty. Zresztą rodzice popierali tę pasję, dlatego mogłam liczyć na dodatkowe dofinansowanie, jeśli akurat „rzucono” coś szczególnie atrakcyjnego. Dobrze pamiętam naszą pierwszą podróż na Zachód w czasach gierkowskich. Padło wówczas pytanie – mimo bardzo ograniczonych możliwości finansowych rodziny – co chciałabym dostać w prezencie. Wskazałam, ku zdziwieniu rodziców, sklep z płytami i kazałam sobie kupić chopinowski album Maurizia Polliniego wydany przez Deutsche Grammophon. Mam tę płytę do dziś. W liceum miałam fantastycznych kolegów i koleżanki, z którymi zorganizowaliśmy szkolną dystrybucję biletów na koncerty młodzieżowe w Filharmonii Narodowej. Przez cztery lata liceum każde czwartkowe popołudnie spędzałam na koncercie.

 

Jakie wrażenia pozostawiły?

To były bardzo ciekawe koncerty, ponieważ występowali na nich ci sami artyści, którzy pojawiali się na estradzie podczas koncertów piątkowych i sobotnich. Właśnie wtedy miałam okazję słyszeć największych muzyków, na czele z Dawidem i Igorem Ojstrachami, Mścisławem Rostropowiczem i Jeanem-Pierre’em Rampalem. Tak więc z muzyką wychowywałam się od najwcześniejszych lat – towarzyszyła mi przez całe życie i tak jest do dziś.

 

Po tym wszystkim, co właśnie usłyszałem, w tym większe zdziwienie wprawia mnie fakt, że w żadnym z wywiadów z panią minister nie padło pytanie o muzykę, więc prawie w ogóle nie mówiła pani o niej publicznie. Większość dziennikarzy nie jest zainteresowana tym tematem, muzyka „poważna” już dawno została wyrugowana z polskiej przestrzeni publicznej – gazet, internetu, telewizji, radia (z chlubnym wyjątkiem Programu 2 Polskiego Radia). Co więcej, ludzie aspirujący do bycia intelektualistami nie mają oporów, by publicznie przyznawać się do swojej ignorancji w dziedzinie muzyki. Czy zgadza się pani z taką diagnozą?

Od kiedy zostałam ministrem, nadal bywam na koncertach, nie tylko w Polsce, i mam wrażenie, że sale są pełne. A skoro tak, nadal istnieje liczne grono odbiorców muzyki. Co więcej, największym beneficjentem inwestycji w infrastrukturę kulturalną w ostatnich latach w Polsce jest właśnie muzyka. W żadnej innej dziedzinie nie powstało tak wiele nowych obiektów. Wystarczy wspomnieć Operę i Filharmonię Podlaską, Lusławic, nową siedzibę Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach, zmodernizowane filharmonie i nowe sale koncertowe w mniejszych miastach, na przykład dobudowane do istniejących szkół muzycznych.

 

Częstochowa, Kielce, Olsztyn…

Tak, ale to również sala koncertowa przy szkole muzycznej w Siedlcach, Sosnowcu, Białymstoku, Bielsku-Białej. Kilkadziesiąt tego typu inwestycji w całym kraju! Każda z nich jest odpowiedzią na zapotrzebowanie społeczne. O zapotrzebowaniu tym świadczy również problem, przed którym stoi ministerstwo – gwałtownego wzrostu liczby szkół muzycznych. Z jednej strony wprawia nas to w ambaras finansowy, ale z drugiej – jest bardzo dobrym symptomem, pokazującym, że Polacy chcą uczyć swoje dzieci gry na instrumentach i śpiewu w profesjonalnie prowadzonych szkołach w zakresie znacznie większym niż ten, który zapewniała dotychczasowa struktura. Problem w tym, i tu ma pan rację, że w sprzeczności z tym wszystkim stoi narracja medialna. Media zdają się widzieć muzykę niemal wyłącznie jako zjawisko niszowe.

 

Słowo „muzyka”, jeśli już pojawia się w gazecie, rozumiane jest zwykle jako „muzyka popularna”. Mamy więc do czynienia z muzyką jako częścią zglobalizowanej i zunifikowanej rozrywki.

Zgadza się, media promują głównie muzykę popularną, a prawdziwych melomanów traktuje się jako odbiorców niszowych. Ale nie mam poczucia, że Polacy nie chcą dziś słuchać muzyki klasycznej, nawet jeśli z rzadka można o niej poczytać.

 

Ale przecież refleksja dotycząca emocji, które muzyka wywołuje czy choćby jakości interpretacji, jest niezbędna!

Proszę zwrócić uwagę na fakt, że blog Doroty Szwarcman okazał się w ubiegłym roku najbardziej popularnym blogiem w Polsce. To pokazuje zmianę miejsca, w którym o muzyce się rozmawia. Dziś to jest internet. Wzbogaciliśmy się o nowe narzędzia, na przykład YouTube, który pozwala zapoznać się z niemal każdym utworem w dowolnym wykonaniu. Ministerstwo stara się nadrabiać zaległości w dostępie cyfrowym do muzyki poprzez działania Narodowego Instytutu Audiowizualnego. W Ninatece można znaleźć ogromną ofertę nagrań koncertowych oraz komplety dzieł ważniejszych polskich kompozytorów współczesnych. Pozwala to budować dobre programy edukacyjne. Tak więc sądzę, że potrzeba obcowania z muzyką istnieje, ale być może nie ma adekwatnego odbicia w mediach.

 

Od razu uprzedzę pana pytanie o zainteresowanie muzyką wśród polityków. Wystarczy pochodzić na koncerty do Filharmonii Narodowej, by rozpoznać całkiem sporo twarzy polityków, którzy zupełnie anonimowo i bez „szumu” bywają regularnie na koncertach. Robią to od lat, zaczęli dużo wcześniej, niż weszli do świata polityki i pozostali wierni swojej miłości.

 

Porozmawiajmy w takim razie o owocach zainteresowania zwykłych Polaków oraz przedstawicieli władzy – tej centralnej i tej lokalnej – muzyką. Są nimi nowe wspaniałe gmachy, takie jak Narodowe Forum Muzyki, siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach czy Filharmonia Szczecińska. Z jednej strony ich powstanie to nadrobienie wieloletnich zaległości infrastrukturalnych, z drugiej – pojawiają się głosy, że najpierw powinniśmy inwestować w ludzi, dopiero potem w budynki.

Kiedy wstąpiliśmy do Unii Europejskiej, otworzyły się przed nami ściśle zdefiniowane możliwości. Być może w świecie idealnym poświęcilibyśmy kilka lat na wspieranie finansowe kapitału ludzkiego związanego ze światem muzyki, a dopiero potem, po szczegółowym rozpoznaniu potrzeb, podejmowalibyśmy decyzje inwestycyjne. Niestety nigdy nie było na to szansy. Sytuacja Polski przed 2004 rokiem nie dawała żadnych możliwości, a wraz z naszym akcesem do struktur europejskich, pojawiły się środki wyłącznie inwestycyjne. Dziś już wiemy, że za pieniądze z obecnego, nowego budżetu unijnego, żadnej z sal koncertowych nie moglibyśmy zbudować. Po prostu wykorzystaliśmy okazję, która pozwoliła nam nadrobić zaległości. To, co mogliśmy zrobić, to tylko dostosować się do możliwości. Jestem zresztą przekonana, że mądre zarządzanie kapitałem ludzkim w już istniejących nowych inwestycjach jest łatwiejsze, ponieważ motywacja ludzi jest większa. Mamy instytucje tam, gdzie było na nie zapotrzebowanie – tworzone były przecież zawsze z inicjatywy środowisk lokalnych i z reguły miały oparcie w istniejących zespołach muzycznych. Dzięki temu, że ukształtowane już zespoły otrzymały nowe siedziby, mogą teraz pracować nad jakością wykonań, poszerzaniem repertuaru oraz popularyzacją muzyki i edukacją muzyczną.

 

Tu dochodzimy do szalenie ważnego problemu – czym współcześnie powinna być filharmonia, instytucja wymyślona w XIX wieku na potrzeby ówczesnego społeczeństwa. Utrzymywanie orkiestry i chóru oraz organizowanie raz w tygodniu koncertów to już za mało.

Model XIX-wieczny zdecydowanie się przeżył. Współczesne filharmonie to wielozadaniowe centra kulturalne, które skupione są wokół muzyki, ale ich działalność jest dużo bogatsza. Co ważne, instytucje te używają wszystkich wypracowanych przez lata narzędzi do stworzenia oferty edukacyjnej. I tu powracam do problemu inwestowania w infrastrukturę – bez niej nie moglibyśmy myśleć o sensownym programie edukacyjnym. A program ten jest warunkiem sine qua non wychowywania kolejnych pokoleń, zarówno czynnych, jak i biernych uczestników życia muzycznego. Przeskoczenie progu cywilizacyjnego w zakresie jakości infrastruktury muzycznej jest jak otwarcie drzwi: pozwala inwestować w kapitał społeczny. 

Ważną częścią tych inwestycji są także szkoły artystyczne. Do niedawna polskie szkolnictwo muzyczne, począwszy od szkół podstawowych, nastawione było – niestety! – na „produkowanie” zawodowców, a zwłaszcza – solistów. Na szczęście zmieniło się to w ostatnim czasie. Dość powiedzieć, że od 2008 roku powstało aż 167 podstawowych szkół muzycznych.

Zmianę myślenia o kształceniu muzycznym narzucili sami rodzice i dzieci. Uczęszczanie do szkoły muzycznej nie jest przecież obowiązkowe – to wybór rodziny, który wynika z wielu przesłanek. Najważniejszą z nich wcale nie jest chęć wykształcenia dziecka na zawodowego muzyka – solistę, który podbije cały świat. Najczęściej istotniejsza jest chęć umuzykalnienia dziecka, a co za tym idzie – liczy się przede wszystkim zyskanie przez nie umiejętności, których powszechny system szkolnictwa nie daje lub daje w stopniu niewystarczającym. Każdy, kto chodził do szkoły muzycznej, wie, że uczy ona nie tylko gry na instrumencie, lecz także wielu kompetencji społecznych, które z muzyką często nie są bezpośrednio związane. Po pierwsze dziecko zyskuje świadomość, że nie wszystko, co robimy w życiu, zasadza się na talencie. Ważniejsza jest systematyczna praca, która czyni mistrzem w danej dziedzinie. Po drugie uczeń nabywa umiejętności pracy w zespole. Narzekamy, że w szkołach powszechnych za dużo jest rywalizacji, a za mało współpracy. Wychowankowie szkół muzycznych doskonale wiedzą, że wspólna praca przynosi lepszy efekt, niż praca indywidualna. Po trzecie muzyka jest narzędziem rozwijania ogólnych kompetencji intelektualnych i emocjonalnych. Absolwenci szkół muzycznych są ludźmi bardziej twórczymi, o sprawniejszych i elastyczniejszych umysłach, są w stanie radzić sobie z wieloma problemami życiowymi, także tymi niezwiązanymi z muzyką. Nawet jeśli ktoś nie jest wybitnie utalentowany i nigdy nie będzie muzykiem, wiele zyskuje, uczęszczając do szkoły muzycznej. Świetnym przykładem są badania dotyczące problemu narkomanii w polskich szkołach. W szkołach muzycznych zjawisko to prawie nie istnieje.

 

Jednak istnieje jeszcze system pozaszkolnego kształcenia muzycznego. Czy również jest ważny?

Gdybym w to nie wierzyła, to ministerstwo nie wspierałoby finansowo pozaszkolnej oferty muzycznej. W Polsce nie istnieje już chyba żadna instytucja muzyczna znajdująca się w gestii ministerstwa, która nie miałaby w swojej ofercie edukacji dla dzieci i młodzieży. Bardzo intensywnie wpieramy te działania w ramach programów ministra i wniosków aplikacyjnych, składanych przez instytucje samorządowe i pozarządowe. Mówimy tu o procesie, który będzie trwał jeszcze wiele lat, zanim jego efekty uznamy za satysfakcjonujące. Dziś jestem zadowolona jedynie z kierunku, który edukacja muzyczna obrała oraz ze wzrostu zainteresowania nią. Daleko mi natomiast do stwierdzenia, że cel został osiągnięty. Nadrabiamy przecież zaległości kilku minionych dziesięcioleci, które wynikały z mniejszej liczby szkół i instytucji muzycznych, a następnie – z braku wychowania muzycznego w szkołach powszechnych. To, co teraz robimy, nie jest policzone na kadencję jednego rządu, dlatego efekty naszych działań będzie można ocenić mniej więcej za dwadzieścia lat.

 

Przykładem instytucji muzycznej, która bardzo intensywnie włącza się w edukację, jest Narodowe Forum Muzyki. W założeniu ma być takim centrum kulturalnym zbudowanym wokół muzyki, o jakim rozmawialiśmy.

To nie jest tylko filharmonia, o czym świadczy sama nazwa. Cztery sale koncertowe, czy raczej powierzchnie przeznaczone do działań artystycznych i fakt, że są zupełnie niezależne akustycznie – wszystko to pozwala mieć nadzieję, że NFM będzie niezwykle ważnym centrum kultury nie tylko w skali Dolnego Śląska, lecz także sąsiednich regionów w Polsce, a także Czech i Niemiec. Jestem przekonana, że dzięki zaletom nowej siedziby i działaniom, które od lat podejmuje dyrektor Andrzej Kosendiak, będzie to jedna z wiodących instytucji muzycznych w Polsce. Przy czym mam na myśli kulturę muzyczną w ogóle, a nie tylko wykonywanie muzyki klasycznej. Budynek jest tak pomyślany, by był miejscem do grania każdego rodzaju muzyki. Pierwszy sezon działalności nowej siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach – mimo mniejszych możliwości niż NFM – pokazał, że jest to możliwe.

 

Funkcje i sama nazwa NFM wiążą się też z wyjątkowym miejscem, w którym stanął nowy gmach.

Wrocławski plac Wolności ma długą i bogatą tradycję. Każdy włodarz miasta, niezależnie od tego, kim był, zdawał sobie sprawę ze szczególnej roli tego miejsca w tkance całego Wrocławia. Mimo to, przez cały okres powojenny – choć snuto wiele rozmaitych planów – nic ważnego się nie zdarzyło. Dlatego decyzja o zlokalizowaniu właśnie tam Narodowego Forum Muzyki odpowiada potrzebie tego miejsca, jednocześnie zaś narzuca mu nową narrację, idącą w stronę kultury i muzyki, a nie władzy i polityki. To szalenie ważna zdobycz w procesie kształtowania przestrzeni tej części Wrocławia. Projekt pracowni państwa Kuryłowiczów ma w mojej ocenie dużą wartość. To architektura zarówno niezwykle wysokiej jakości, jak i ponadczasowa. Nie jest wyłącznie spełnieniem bieżących oczekiwań i próbą wpisania się w modny nurt, który za jakiś czas modnym być przestanie. W projekcie NFM zastosowane zostały schematy architektoniczne istniejące od czasów modernizmu, a to jest przecież styl, w którym utrzymane są wybitne realizacje wrocławskie autorstwa choćby Hansa Poelziga czy Ericha Mendelsohna. Nawiązanie do wielkich osiągnięć architektonicznych przeszłości pozwoliło stworzyć gmach, który od razu sprawia wrażenie klasycznego.

 

A zatem lokalność i uniwersalność zarazem.

To wielka zaleta tego obiektu, który stanął w bardzo konkretnym, mocno nasyconym architektonicznie i znaczeniowo kontekście. Sytuacja była tu dużo bardziej skomplikowana, niż w przypadku gmachu NOSPR, który zlokalizowany został w parku. Otoczenie placu Wolności narzuciło twórcom bardzo ścisłe reguły gry. Budynek NFM opowiada dużo bardziej uniwersalną historię, niż siedziba NOSPR, ale historia taka musi być, jeśli weźmiemy pod uwagę dzieje Wrocławia, który w ciągu tysiącletniej historii zawsze był miastem wielu kultur. To rodzaj palimpsestu, odkrywającego przed nami swoje różne warstwy. Wszystko to, a także współczesne potrzeby, architekci musieli uwzględnić. Dlatego lokalizacji budynków NOSPR i NFM nie można by zamienić. Wielkie wrażenie robią wnętrza wrocławskiego gmachu. Główny hol to przykład niebywałego monumentalizmu osiągniętego najprostszymi środkami – oto największa sztuka w dziedzinie architektury.

 

Zatem mamy już infrastrukturę, inwestujemy w ludzi. Co dalej?

Pieniądze unijne powinniśmy wykorzystywać przede wszystkim na modernizację tego, co istnieje. Do tej pory mieliśmy środki inwestycyjne na budowę nowych obiektów, nie było natomiast pieniędzy, które pozwoliłyby zadbać o standard funkcjonowania, jakość akustyki, komfort słuchaczy w istniejących, zwłaszcza zabytkowych obiektach. Mówię o kwocie pięciu milionów euro, które możemy przeznaczyć na modernizację mniejszych gmachów. Możliwy do realizacji stał się też projekt sali koncertowej dla orkiestry Sinfonia Varsovia, bo taką decyzję podjął samorząd warszawski. Bardzo leży mi na sercu problem dobrej sali koncertowej w Krakowie, choć przyznaję, że z powodów finansowych jest to na razie niemożliwe. Obecna siedziba Filharmonii Krakowskiej nie spełnia współczesnych potrzeb, zaś Akademia Muzyczna w Krakowie jest w najgorszej sytuacji lokalowej wśród wszystkich polskich wyższych uczelni muzycznych. Przyszłe inwestycje krakowskie to ogromne pieniądze, których nie dostaniemy z budżetu Unii Europejskiej. Musimy wygospodarować je sami, co wiąże się z długimi negocjacjami i wpisaniem tych inwestycji w długoterminowy kalendarz wydatków państwa polskiego. Przypomnę, że w tej chwili zostały podjęte zobowiązania dotyczące budowy Muzeum II Wojny Światowej i Muzeum Historii Polski. Myślę, że po ukończeniu tych obiektów, inwestycje w Krakowie miałyby szansę realizacji. Ale to, co moim zdaniem jest najważniejsze w dziedzinie muzyki, to edukacja, a więc wspieranie wszelkich działań społecznych. Bardzo mocno wierzę w aktywność ludzi oraz w to, że rozsądne dotowanie lokalnych przedsięwzięć, nawet w postaci niewielkich grantów, przynieść może wspaniałe efekty.

 

Ostatnio sporo mówi pani o artystach, którzy wcześnie kończą karierę zawodową z przyczyn zdrowotnych.

Chodzi o stworzenie dobrych narzędzi, które umożliwiłyby przekwalifikowanie ich. Dotyczy to nielicznej grupy osób, która została pominięta w reformie emerytalnej. W tej chwili ludzie ci nie mają szansy na godne odejście z zawodu. Mam na myśli nie tylko tancerzy, lecz także muzyków grających na instrumentach dętych. I nie chodzi tu o przywrócenie wcześniejszych emerytur, ponieważ dla trzydziestokilkuletniego człowieka emerytura nie jest właściwą propozycją. Dużo ważniejsze wydaje mi się wsparcie w zdobyciu innej pracy, w której mogłyby być wykorzystane nabyte już kompetencje. Tego rodzaju program pilotażowy rozpocznie w przyszłym roku Instytut Muzyki i Tańca.

 

Ważnym i trudnym tematem jest też opodatkowanie twórców, którzy w ostatnich latach stracili sporo przywilejów.

Z jednej strony to pracownicy etatowi, którzy powinni godnie zarabiać, z drugiej – ci, którzy działają jako „wolni strzelcy” na wolnym rynku. Ważne jest stworzenie sensownych rozwiązań, gwarantujących im ubezpieczenie na miarę ich możliwości i takiego systemu ordynacji podatkowej, który pozwalałby artystom rozliczać się z dochodów na przykład w trybie trzyletnim. Istnieją przecież grupy zawodowe, których przedstawiciele w jednym roku zarabiają fortunę, ta jednak musi im starczyć na kilka następnych lat.

 

Czy te rozwiązania są realne politycznie?

Premier Ewa Kopacz zobowiązała się w październiku ubiegłego roku do stworzenia nowej ordynacji podatkowej. Zespół, który został w tym celu powołany, kilka miesięcy temu przedstawiał na posiedzeniu rządu założenia tej ordynacji. Czekają nas dwa lata intensywnej pracy legislacyjnej. Jeżeli nie teraz, to nigdy – bo tylko teraz możemy uwzględnić w nowym systemie podatkowym, który ma obowiązywać od 2018 roku, zapisy odpowiadające potrzebom tak nietypowych podatników, jakimi są artyści. Nie wiąże się to ze stratami dla budżetu państwa, to jedynie rozwiązania podatkowe odpowiadające rzeczywistości i usunięcie zwykłej niesprawiedliwości. Mam nadzieję, że to niezwykle ważne zadanie będzie realizowane niezależnie od tego, która partia będzie w Polsce rządziła.