Wydanie: MWM 11/2012

Wciąż gram jak dzieciak!

Rozmowa z Jackiem DeJohnettem
Article_more
Perkusja jest tak samo kompletnym instrumentem, jak gitara czy fortepian. Gram na niej tak, jakby była całą orkiestrą. Melodia, którą wydobywam na moich bębnach, jest tak samo ważna jak rytm.

Marta Januszkiewicz: Jest pan legendą, wielkim mistrzem jazzu. Możemy powiedzieć to już całkowicie oficjalnie – otrzymał pan kilka dni temu Jazz Legends Award na Monterey Jazz Festival. Odebrał pan w tym roku także takie prestiżowe wyróżnienia, jak Nagrodę NEA Jazz Masters czy Nagrodę Honorową Copenhagen Jazz Festival.

Jack DeJohnette: Jestem nimi zachwycony, dają mi dużo radości. Na festiwalu w Monterey wystąpiłem ze swoim zespołem oraz ze stworzonym na tę okazję triem, w skład którego weszli gitarzysta Pat Metheny i basista Cristian McBride. Zaprosiłem też Billa Frisella. Był to dla mnie wspaniały czas.

 

Nagrody są pięknymi prezentami na pana 70. urodziny, ale z ich okazji szykują się też prezenty... dla nas!

Tak, było i będzie wiele prezentów muzycznych dla wszystkich. Świętuję, koncertując ze świetnymi ludźmi. Urodziny miałem 9 sierpnia, ale obchodziłem je trzy dni później, mając szansę zagrania w wyjątkowym, stworzonym na tę okazję triu. Zagrali ze mną Chick Corea i Stanley Clarke. Było wspaniale. Wkrótce ukaże się czteropłytowy album z moimi nagraniami zrealizowanymi dla wytwórni ECM. Niedługo też ruszam ze swoją grupą w trasę koncertową, już z niecierpliwością na to czekam. 

Niedawno ukazała się pana nowa płyta Sound Travels – kolejny prezent urodzinowy. Zaprosił pan do jej nagrania młodych muzyków, wschodzące gwiazdy jazzu – Ambrose’a Akinmusire czy Esperanzę Spalding.

Ta płyta powstała rzeczywiście po to, by uczcić moje 70. urodziny. Chciałem na niej zagrać i na perkusji, i na fortepianie. A muzycy, o których pani wspomniała, są po prostu świetni. To jest bardzo ważne, by starsi i młodsi grali razem, aby dokonała się pewnego rodzaju muzyczna wymiana.

 

A co z tymi prezentami niemuzycznymi?

Dostałem parę miłych podarunków, np. specjalny werbel oraz korpus bębna od firmy Sabian z serii, która sygnowana jest moim nazwiskiem. Od niemieckiej marki Sonor otrzymałem werbel, który wyprodukowali z okazji mojego święta. Dwóch wielkich producentów instrumentów perkusyjnych uczciło w ten sposób moje 70. urodziny – jestem zachwycony. To są świetne prezenty.

 

18 listopada wystąpi pan ze swoją grupą na wrocławskim festiwalu Jazztopad. Czego mamy się spodziewać?

Muzyki Jacka DeJohnette’a! Przede wszystkim zaprezentujemy tę starszą, ale nowsza też zabrzmi. Gram z fascynującą grupą – w jej skład wchodzą Marvin Sewell, Don Byron, Jerome Harris, George Colligan.

 

We Wrocławiu poprowadzi pan również warsztaty mistrzowskie w Akademii Muzycznej. Jestem ciekawa, co mówi pan młodym ludziom na tego typu spotkaniach...

Kochaj to, co robisz i czerp z tego przyjemność. Baw się swoją muzyką. Ludzie się zmieniają, a ty zawsze musisz robić to, co robisz jak najlepiej. Musisz też być otwarty. Ja lubię uczyć, to dla mnie świetna zabawa, sprawia mi dużo radości.

 

Co poradziłby pan młodym muzykom, którzy rozpoczynają swoją karierę na międzynarodowej scenie?

To bardzo trudne pytanie, tyle kwestii się z tym wiąże… Trzeba powiedzieć, że trudniej jest dzisiaj utrzymać się z muzyki, niż to było kiedyś. Młodzi muszą włożyć dużo więcej energii i kreatywności w swoją pracę, przygotowania. Uprawianie muzyki jest też drogie. Istnieje wiele problemów. Generalizując, dziś jest problem ze światem. Mamy trudności ekonomiczne, polityczne, stąd powstają problemy ze wszystkim innym. Jednak muzyka jazzowa cały czas pnie się w górę, rozwija się w dobrą stronę, jest wielu wspaniałych muzyków w Stanach Zjednoczonych i w Europie.

 

Czy można nauczyć się jazzu „od początku”, czy trzeba urodzić się w pewnym środowisku, mieć „to coś”, jazzową duszę?

To zależy właśnie i od środowiska, i od człowieka. Jeśli jest on odpowiednio zagłębiony w muzykę, to nie ma żadnych przeszkód. To zależy też od tego, jak bardzo chce się on rozwijać jako muzyk, jako muzyk jazzowy. Jazz jest stylem życia. Potrzebuje swojego środowiska. Chodzenie do szkoły, by uczyć się jazzu, na pewno pomoże, ale prawdziwego grania można nauczyć się tylko w środowisku jazzowym, przy swojej publiczności. To wymaga jednak dużo więcej energii niż branie lekcji. Bardzo wielu ludzi uczy się jazzu w szkołach – więcej, niż jest dostępnej pracy dla jazzmanów. To dziś też jeden z głównych problemów.

 

A nie sądzi pan, że oni po tych szkołach grają mało oryginalnie, właściwie jak ktoś inny? A granie utartych standardów jest zawsze hitem...

Mogą robić całkiem dobrą robotę, grając jak ktoś inny (śmiech). Nasze czasy są bardzo różnorodne. Ja tam nie wiem, co jest dzisiaj jazzem, a co nie. Ktoś szuka kogoś, kto gra oryginalnie, inny – kogoś, kto naśladuje pracę innych, a w graniu standardów zawsze trzeba być oryginalnym i jednocześnie odnosić się do świata. Muzyk nieustannie powinien czerpać muzykę ze świata, w którym tworzy, ponieważ żyjemy dziś w globalnym świecie, a nie od niego odizolowani.

 

A co było dla pana najlepszą lekcją jazzu?

Najlepszą lekcją było granie z Milesem Davisem. Wymagał od nas, żebyśmy grali to, czego nie znamy. Byśmy penetrowali za każdym razem nowe muzyczne terytoria, komunikując się przy tym w zasadzie bez słów.

 

Co by było, gdyby nie spotkał pan tych gigantów jazzu na swojej drodze? Johna Coltrane’a, Milesa Davisa, Charlesa Lloyda... Albo co by było, gdyby pana wujek nie zachęcił pana do jazzu, gdy był pan dzieckiem?

Nie myślałem o tym, nie wiem. Nie wyobrażam sobie nawet, co bym robił, jeśli nie muzykę, bo nigdy tego nie doświadczyłem. Jestem bardzo wdzięczny losowi, że mi ich zesłał. Miałem wujka, który lubił jazz, a ja miałem wielką miłość i pociąg do muzyki. To właśnie sprawiło, że pojawiłem się w tych rejonach, w jakich się pojawiłem. Coltrane i Davis zmienili bieg historii jazzu, pchnęli muzykę na zupełnie nowe tory. Całkiem niewiarygodne! I są fantastyczni tak samo dziś, jak w przeszłości. Nadal zmieniają muzykę. Od Coltrane’a wziąłem duchowe podejście do muzyki, a każdy wieczór z Milesem na estradzie był dla mnie wyzwaniem.

 

Czy pana 70. urodziny były okazją do popatrzenia za siebie, w swoją przeszłość, do pewnych podsumowań? Co pan osiągnął, co by pan zmienił w swoim życiu?

Żyję tu i teraz, czerpię radość z grania, z robienia najlepszej muzyki jaką potrafię. Robię to, co do mnie należy. To, co osiągnąłem, wpływało i wpływa na innych muzyków, na legendy jazzu. Ludzie doceniają dziś mój dorobek, to miły prezent. Kocham to, co robię, mam w sobie wielką pasję do grania.

 

I jest ona taka sama jak 40 lat temu?

Absolutnie tak! To się przez te lata nie zmieniło. Wciąż gram jak dzieciak! Nawet pomimo tego, że po wielu już latach zyskałem uznanie, wiele osiągnąłem.

 

Wpłynął pan nie tylko na wiele pokoleń muzyków, ale i miliony słuchaczy...

Tak, tak mi się wydaje, wielu ludzi mi o tym mówi.

 

Znam jednego krytyka muzycznego, dla którego pana koncert z triem Jarretta w Warszawie w latach 80. stał się bardzo ważnym wydarzeniem w jego życiu, gdyż wprowadził go na ścieżki jazzu na całe życie. Jak powiedział, było to dla niego „najbardziej mistyczne doświadczenie” w jego muzycznym życiu. Tworzy pan właśnie po to, by wzbudzać w ludziach takie emocje, zmieniać ich?

O tak, bardzo! Właśnie to staram się cały czas robić, po to gram. Współpracowałem z wieloma jazzowymi mistrzami, wiele się od nich nauczyłem. Muzyka tworzona z dobrymi intencjami wpływa na stan umysłu słuchaczy. Myślę o nich w swojej codziennej pracy. Wspaniale jest być częścią tria Jarretta, to znakomity zespół. W przyszłym roku obchodzimy jubileusz 30-lecia istnienia. Czekam już na niego z niecierpliwością.

 

Pana osiągnięcia można dziś określić jako historyczne. Wykształcił pan jedyny w swoim rodzaju sposób gry. Pana technika i barwy są zupełnie niepowtarzalne. Pana perkusja jest nie po to, by wybijać rytm, traktuje pan ją raczej jak instrument melodyczny. Wydaje mi się, że podobnie jak fortepian, którego uczył się pan jako dziecko.

Perkusja jest tak samo kompletnym instrumentem, jak gitara czy fortepian. Gram na niej tak, jakby była całą orkiestrą. Tak jak pani mówiła, właśnie melodia, którą wydobywam na moich bębnach, jest tak samo ważna jak rytm. Gra na fortepianie niewątpliwie przyczyniła się do sposobu mojej gry na perkusji. Ale to przecież naturalne – perkusja, fortepian i marimba należą do rodziny instrumentów perkusyjnych, więc są ze sobą nierozerwalnie związane, mają podobną specyfikę.

 

W 1978 roku w Nowym Jorku nagrywał pan ze Zbigniewem Seifertem płytę Passion. Ten genialny polski skrzypek zmarł na raka trzy miesiące po jej wydaniu. Wystąpiły na niej również takie gwiazdy, jak Richie Beirach, Eddi Gomez, John Scofield, Naná Vasconcelos. Pamięta pan te sesje nagraniowe?

Tak, pamiętam tę współpracę nawet bardzo dobrze. Zbiggy był na prawdę świetnym skrzypkiem, na pewno w tym czasie jednym z największych. Grał po prostu fantastycznie, mimo że umierał i miał już mało energii. Nagrania były dla Zbigniewa bardzo trudne. Po zagraniu poszczególnych fragmentów musieliśmy robić przerwy, żeby odpoczął. Ale kiedy grał, wkładał w to całą swoją duszę i serce. I to zresztą słychać. Minęło już dużo czasu, ale tamtą wspaniałą atmosferę naszych spotkań wciąż pamiętam.

 

Jak wybiera pan członków swojego zespołu, co sprawia, że mówi pan: „zagram/nie zagram z nim/z nią”?

Oryginalność! I czucie muzyki. Ta osoba musi wnieść do zespołu jakiś nowy głos, mieć coś oryginalnego do powiedzenia. Oczywiście musi dobrze się ze mną muzycznie komunikować, ale przede wszystkim z publicznością. I mieć odpowiednie nastawienie do tworzenia muzyki. Na pewno pomaga wzajemna przyjaźń. Trzeba mieć ze sobą przynajmniej dobre relacje.

 

Czy jest ktoś taki, z kim pan nie grał, a bardzo by chciał?

Hmm... Nie wiem. Chyba już ze wszystkimi grałem. Ale generalnie rzecz biorąc, chcę grać z młodymi muzykami. Oni robią coś, czego jeszcze nie słyszałem.

 

Myślał pan o emeryturze, o dłuższym odpoczynku? Bardzo dużo pan pracuje...

Jeszcze nie. Nadal mam miłość do mojej roboty. Relaksuję się, czytając, spacerując... to mnie wyluzowuje. Tak najlepiej wypoczywam.

 

Czy słucha pan w takich wolnych chwilach muzyki?

Nie potrzebuję słuchać niczego. Słucham natury. To ona mnie muzycznie inspiruje: dźwięki przyrody, zielone krajobrazy, góry, kwiaty...

 

Otwiera pan okno i wsłuchuje się w śpiew ptaków?

Właśnie tak.

 

Czy ktoś kiedyś zliczył ile dał pan koncertów, na ilu płytach pan zagrał?

Nie mam zielonego pojęcia ile tego było. Niech ktoś to zrobi!

 

Rozmawiała Marta Januszkiewicz

 

Jack DeJohnette – amerykański perkusista jazzowy, pianista, kompozytor i producent muzyczny, jedna z najważniejszych postaci nurtu fusion. Uważany jest za najwybitniejszego perkusistę jazzowego wszechczasów. Zdobył niezliczoną liczbę nagród m.in. Jazz Legends Award, NEA Jazz Masters Fellowship, Grammy, wielokrotnie był laureatem plebiscytów magazynu „DownBeat” – krytycy pisma wybrali go perkusistą 2012 roku. Początkowo uczył się gry na fortepianie, m.in. w Chicago Conservatory of Music. Na perkusji grać rozpoczął w liceum, w szkolnym zespole. Od końca lat 60. występował w grupach gigantów jazzu: Milesa Davisa, Johna Coltrane’a, Charlesa Lloyda, Ornette’a Colemana, Herbie’ego Hancocka, czy Sonny’ego Rollinsa. Od ok. 30 lat współtworzy Keith Jarrett Trio – najważniejsze trio jazzowe naszych czasów. Występuje nie tylko jako sideman, lecz także jako lider.