Wydanie: MWM 10/2015

O włosach

Article_more
Jean-Baptiste Lully, nadworny kompozytor Ludwika XIV, w roku 1687 podczas dyrygowania orkiestrą – zdenerwowany, jak głoszą niektórzy, z powodu błędów muzyków – przebił sobie batutą palec u stopy. Wkrótce zmarł w wyniku zakażenia rany. Ten nietuzinkowy epizod nieraz stawał się przyczynkiem do prowadzenia naszych dialogów filomuzoficznych.

– A dlaczego on miał takie dziwne włosy, jak dziewczyna? – pyta mała Zo, oglądając portret Lully’ego.

– Taka była wtedy moda – tłumaczę. – Na delikatność, ładność w wielu sferach życia dworskiego. Nawet noszono wtedy peruki. W XVIII wieku przekształciły się one w wysokie koafiury, z mnóstwem loczków i kokardek, mocno upudrowane. Takie piramidalnie spiętrzone sztuczności i wszędzie wdzięczne ozdóbki. A muzyka rokokowa była w pewnym sensie podobna.

– Do tych peruk?

– Tak. To chyba kwestia gustu epoki. Takich podobieństw między sztuką a fryzurami pewnie da się znaleźć więcej, również w innych czasach.

– To muzyka Beethovena jest bujna i rozczochrana?

– W sumie tak. A fryzury niektórych nieco młodszych od niego twórców – romantyków – były jeszcze bardziej wyzwolone, tak jak ich muzyka.

– A teraz jakie fryzury noszą kompozytorzy?

– Przeróżne. Ostatnio w Polsce zasłynął kompozytor, który najpierw miał zwykłą, krótką fryzurę, potem ufarbował włosy na platynowy blond, a potem jeszcze nosił wdzięczne czarne falki. Można chyba powiedzieć, że dzisiaj u każdego kompozytora znajdziemy inną fryzurę.

– I w ich muzyce też taki bałagan i ciągłe zmiany: raz tak, a raz tak?

– W sumie… Owszem.

– To straszne! – obruszyła się Zo. – Co sobie o nas za sto lat pomyślą?!

I wtedy zapadło pełne troski milczenie.

 

.