Wydanie: MWM 10/2015

Chopin przy Beethovenplatz

Article_more
Odwiedzający Monachium tropiciel przejawów Salomanii kieruje swe kroki w stronę Lenbachhaus. W tym muzeum, utworzonym w 1929 roku w niegdysiejszej rezydencji słynnego portrecisty Franza von Lenbacha, trafić można na ślady owej dzikiej fascynacji, która opanowała Europę na przełomie XIX i XX wieku.

Jednym z jej źródeł była niewątpliwie sztuka Oscara Wilde’a z 1891 roku i napisana na jej motywach opera Richarda Straussa z roku 1905. W zgromadzonej w Lenbachhaus kolekcji obrazów znajduje się groźna Salome Franza von Stucka z 1906 roku. Jeśli nie pójdzie się do niej najkrótszą drogą, można trafić na salę w całości poświęconą słynnym szkicom chmur Johanna Georga von Dillisa. Wycinki błękitnego nieba służyły mu za tło dla cirrusów, cumulusów, stratusów i nimbusów sklasyfikowanych na początku XIX wieku przez brytyjskiego farmaceutę i meteorologa, Luke’a Howarda. Johann Wolfgang von Goethe poznał tę klasyfikację w 1815 roku i ponoć miał być niezwykle wdzięczny człowiekowi, który odróżnił „chmury od chmur”. Te przezroczyste, przepuszczające światło byty, pisał Goethe w Zur Farbenlehre, były ostatnim krokiem na drodze od materii do ducha.  

Tańcząca Salome na obrazie von Stucka ukazana jest na tle nocnego nieba. Chmur na nim nie ma. Gwiazdy, niczym dźwięki w operze Straussa, zlewają się w gęste akordy. Skąpane w księżycowym świetle półnagie ciało księżniczki jest sine, podobnie jak głowa Jana Chrzciciela, którą dostaje na tacy. Salome odchyla czoło do tyłu i nieobecnym wzrokiem patrzy w lewo. Jeśliby, wędrując za jej spojrzeniem, wyjść poza złote ramy obrazu, trafi się na wiszące nieopodal Barwne życie Wasilija Kandinskiego. To jego wczesne dzieło, z 1907 roku. Widać na nim swoistą sumę wyobrażeń o Rosji – kokoszniki na kobiecych głowach, długie białe brody starców, cerkiew, Kreml z górującymi nad nim kopułami wież, młodzieńca, który niczym myśliwy goni za dziewczyną, wielką rzekę, kolorowe chusty, bujne drzewa. Widać także chmury, które wymykają się klasyfikacji. Jeśli nie widziało się dalekiej Rosji z bliska, wszystko to można błędnie uznać za czystą fantazję malarza.

 

Każdemu widzowi po opuszczeniu dusznej i przepełnionej artefaktami willi Lenbacha należy się długi monachijski spacer. Zostawiając daleko w tyle Propyleje i monumentalne gmachy muzealne, zbiegiem okoliczności tropiciel Salome trafia do „Café am Beethovenplatz” – kawiarni, która powstała w czasie, gdy Monachium ogarnięte było Salomanią. Wystrój od stu lat zapewne nie uległ spektakularnej metamorfozie. Ściany wyłożone są boazerią, której lakier dawno nabrał mrocznej, hebanowej barwy. Kręte złote ramy potężnego kryształowego lustra przypominają dni królowania Jugendstil. Nad drzwiami prowadzącymi do kuchni umieszczono odlew głowy Ludwiga van Beethovena, który ktoś przyozdobił nałożonym na bakier wieńcem laurowym. Kilka kroków dalej wisi portret Ludwika II Bawarskiego, ukazujący całą postać króla. Zapewne przez ostatnich sto lat niewiele zmieniło się tu w karcie dań. Królują w niej käsespätzle oraz kaiserschmarrn, jako danie główne podawane ze słodkim jabłkowym musem. I tak jak sto lat temu nie uznaje się tu muzyki mechanicznej. W głównej sali kawiarni stoi fortepian, wysłużony Bechstein, który wieczorami umila gościom czas. Jest sobota, więc jazz i kawiarniane szlagiery ustępują miejsca muzyce klasycznej. Zaciekawieni goście ściszają głosy i delikatniej operują sztućcami, gdy pianistka gra mazurki i nokturny Chopina. Ich melodie wydają się tu równie egzotyczne, co Rosja z obrazu Kandinskiego. Po Chopinie przychodzi czas na sonaty Beethovena. Wówczas w kawiarni milkną wszystkie głosy. Przez wysokie okno za fortepianem widać bezchmurne niebo.