Wydanie: MWM 10/2015

W poszukiwaniu (nie)straconego jazzu #1

Article_more
W połowie lat trzydziestych Roy Eldridge zdetronizował Louisa Armstronga jako najbardziej ekscytujący trębacz swoich czasów. O wiele większe wyrafinowanie harmoniczne, zaprzeczająca niemal trąbkowej naturze, a bliska saksofonowi płynność, maestria techniczna, a jednocześnie wciąż piekielnie swingująca gra – wszystko to było milowym krokiem w szybkiej ewolucji muzyki jazzowej.

U szczytu powodzenia Eldridge prowadził własne orkiestry, ale bywał też angażowany jako gwiazda przez najpopularniejsze, białe big bandy Gene’a Krupy czy Jimmy’ego Dorseya – a to w podzielonej rasowo przedwojennej Ameryce nie zdarzało się prawie nigdy.

 

W pierwszej połowie lat czterdziestych Charlie Parker i Dizzy Gillespie zaproponowali jednak światu bebop – muzykę zmieniającą wszystko, czego do tej pory w jazzie dokonano, spychającą wspaniałe dokonania Eldridge’a do kategorii sympatycznego jazzu z poprzedniej epoki. W ciągu zaledwie kilku lat Eldridge stracił pozycję najsprawniejszego i najnowocześniejszego trębacza jazzu na rzecz Dizzy’ego Gillespiego, a później – Clifforda Browna. Pracował i nagrywał dalej, jego unikalny styl podlegał ciągłej rafinacji i doskonaleniu, ale niezależnie od tego, jak wybitne były jego nowe albumy, dla publiczności reprezentowały niespecjalnie podniecający jazz z dawnych czasów. Eldridge’owi, którego kariera przebiegała przecież wzorowo i niewiele może sobie pod tym względem zarzucić, przypadło w podręcznikach historii muzyki improwizowanej zaszczytne miano „trębacza przejściowego” między Armstrongiem a Gillespiem, co do końca życia doprowadzało artystę do furii.

 

Nie, to nie jest felieton o znakomitym, choć niedocenianym dziś trębaczu. Nie o niego tu bowiem chodzi, a o czas. Nie o czas w muzyce – temat to niewątpliwie fascynujący, który doczekał się już zresztą niejednego opracowania – lecz o muzykę w czasie. Nie o czas w dziele, ale o dzieło w czasie. Bezpardonowe potraktowanie Eldridge’a przez historię wynika przecież nie tylko z nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, z powodu którego jego małe rewolucje zostały pochłonięte przez wielki przełom, ale także z naszego pojmowania czasu. Lecz jednocześnie – jeżeli bacznie przyjrzeć się jazzowej mitologii i wadze przypisywanej przemijającym postaciom i wydarzeniom – widać, że naszym podejściem do dziejów jazzu rządzi kilka koncepcji: od linearnej, której jesteśmy świadomi, po starsze, których porządek może być dla nas nieoczywisty.

Wielką muzykę nazywamy często „ponadczasową”. To oczywiście nieprawda. Już mniej nieprawdziwe byłoby nawet określenie „nieśmiertelna”. Muzyka trwa, ale nie ponad, lecz jak najbardziej w czasie. Albo lepiej – w kilku różnych „czasach”:  równoległych, niekiedy się znoszących, niekiedy wzmacniających, niekiedy niezależnych. Bo nawet te minione porządki pobrzmiewają echem w teraźniejszości.

 

Podstawową funkcją kultury jest walka ze strachem przed przemijaniem. Czas zaś jest w tych zmaganiach zarówno wrogiem, jak i istotnym orężem. W społeczeństwach tradycyjnych podstawowym sposobem organizacji był czas wahadłowy, polegający na relacji między mitycznym sacrum a teraźniejszością. Kiedy dziś posługujemy się w odniesieniu do historii muzyki słowem „mit”, nierzadko jest ono czymś więcej niż metaforą. Mity były odtwarzane i odgrywane symbolicznie w okresowych rytuałach – jak święta czy istotne czynności życia codziennego. Mityczne sacrum łączyło się z dniem dzisiejszym i w nim trwało. W muzyce nie ma większego rytuału nad koncert. I nie ma bardziej mitycznego myślenia nad to, w jaki sposób traktujemy wielkie figury z przeszłości. Wybierając się na koncert Sonny’ego Rollinsa, idziemy nie tylko na spotkanie z wiekowym saksofonistą, ale też na spotkanie z Charliem Parkerem, Milesem Davisem i Theloniousem Monkiem: wszystkimi wielkimi, z którymi żył i pracował Rollins, a których – wierzymy – w jakimś sensie dotkniemy. Obcowanie ze zmitologizowanymi postaciami łamie nasze linearne, zachodnie poczucie czasu, daje wrażenie, że ani my nie przemijamy, ani świat nie przemija, lecz razem stoimy w miejscu; to obcowanie ożywia teraźniejszość i – niekiedy – nadaje jej sens. W dodatku aby zrozumieć życie – mówi podstawowe prawo społeczeństw tradycyjnych – należy poznać mit. Święta przeszłość jest życiodajnym źródłem współczesności – zaś w jazzowej kulturze okazuje się źródłem trochę wyśmiewanych, ale nadal niechcących odejść standardów.

 

Ma owa mitologia swoje konsekwencje w sposobach słuchania muzyki. Odbieramy ją bowiem nie tyle samym aparatem słuchowym, co mózgiem. Każde nagranie Charliego Parkera czy Fatsa Navarro ma dla mnie czar, którego nie posiada żadna inna muzyka. Nie zawsze dlatego, że najbardziej ją lubię czy jest najlepsza w dziejach – po prostu jest czymś ze świata wielkiego jazzowego mitu. Proszę spróbować posłuchać muzyki Milesa Davisa (jeśli ktoś woli, niech będzie to Brotzmann czy Jarrett) tak, jakby nie była muzyką Milesa Davisa… Ja nie potrafię. Świadomość tego, czego słuchamy, zawsze sprawia, że nawet słabe nagrania pokrywa boski pył. Tak więc sposób, w jaki funkcjonują w moim umyśle postacie wielkich jazzowych twórców z połowy XX wieku, jest zbliżony do sposobu, w jaki funkcjonowali mityczni bohaterowie i bogowie dawniej, kiedy sfera sacrum była żywa i obecna w tradycyjnych społecznościach.

***

Czas wahadłowy nie uwzględnia jednak zmian. Po prostu ich nie ma. Pojawiają się one za to w cyklicznej koncepcji czasu, która zmiany wyjaśnia, lecz unieważnia ich znaczenie – historia wraca przecież ciągle do tego samego punktu. Próbowano już tworzyć modele wyjaśniające cykliczne zmiany w dziejach muzyki jazzowej – Joachim Ernst Berendt zauważył na przykład naprzemienność stylów „chłodnych” i „gorących”. Brakuje jednak w tych teoriach miejsca na pewien warunek, podstawowy dla cyklicznego widzenia świata – co zdarzyło się w przeszłości, musi wydarzyć się w przyszłości. Ale cyklicznie pojmowany czas nie jest „wiecznym teraz” – występuje zatem tęsknota za wiecznością, za „złotym wiekiem”. A to już trop obecny w jazzowej mitologii niemal od zawsze. „Złotym wiekiem” jazzu dla autora tego tekstu są… Ale o tym za miesiąc.