Tu bas umfa, umfa, tu alt esta, esta

Article_more
Dźwięk trąb bojowych Izraelitów obrócił w perzynę Jerycho, rzymscy legioniści wyruszali w bój z trębaczami i piszczkami, dobosze w kapelach janczarskich pomagali złapać rytm cięcia szabli, a fanfary zamieniały najgorsze chabety w ogniste rumaki. Wojsko bez orkiestry to nie wojsko. A i słuchacze czują, że „w serduszkach coraz rzewniej”, gdy muzycy są w mundurach.

Skoro tak doświadczony dowódca, jak książę Jeremi Wiśniowiecki, napisał w testamencie, że „muzyka wojskowa do tych dwóch chorągwi, jako trębacze, surmacze, dobosze, kosztem skarbu mego przez p. pułkownika obmyśliwana i zatrzymana być ma”, to znaczy, że opłacało się inwestować w sztukę, która rzuca (oczywiście wrogów) na kolana, wzmacnia ducha bojowego i dostarcza rozrywki żołnierzom.

 

Orkiestry różnie były oceniane. Ksiądz Jędrzej Kitowicz, opisując XVIII-wieczną kapelę janczarską, która pod okiem hetmana grała mu z rana „dwie sztuki na kształt symfonii i drugie dwie na kształt mazurków”, uznał, że „to wszystko nie miało żadnej muzycznej harmonii, tylko jakiś pisk i łoskot, z daleka nieco miły, z bliska przeraźliwy”. Stwierdził jednak, że muzycy bardzo się starali, „piszczkowie bez przestanku w swoje fujary przeraźliwie dmuchali, aż im się gęby jak bochenki chleba od tęgiego dęcia wydymały i oczy na wierzch wysadzały; pałkierowie po kociołkach pałkami, a brzękacze tacą o tacę nieustannie chrobotali”.

 

Wyraźnie się czepiał, bo orkiestra wojskowa musi umieć grać fortissimo, żeby ją było słychać z daleka, na przykład z Włoch. Nie na darmo w Mazurku Dąbrowskiego „ociec do swej Basi / Mówi zapłakany: / »Słuchaj jeno, pono nasi / Biją w tarabany«”. Oczywiście ojciec Basi płonął patriotycznym entuzjazmem, więc im głośniej dobosze bębnili, tym lepiej, ale są sytuacje, w których i repertuar, i okoliczności wykonania mogą melomanów doprowadzić do szału.

 

W Breslau orkiestry wojskowe uświetniały święta różnych towarzystw, ceremonie otwarcia, uroczyste pogrzeby. Muzycy w mundurach grali między innymi podczas otwarcia ogrodu zoologicznego w lipcu 1865 roku (huk był straszny, bo w niebo strzelały fajerwerki, ludzie byli zadowoleni, niedźwiedzie nie mogły protestować) i na Festynie Wiosny, dawali regularne koncerty „Militarmusik” w popularnych restauracjach (jak St. Vinzenzhaus przy dzisiejszej ulicy Frycza-Modrzewskiego czy Palast-Restaurant przy Świdnickiej). Grywali też w parkach: Szczytnickim, Południowym, Popowickim, na statkach spacerowych i w teatrach-cyrkach. Cieszyli się dużą sympatią. Zwykle. Bo gdy 27 stycznia bladym świtem urządzali breslauerom pobudkę, grając im z okazji urodzin cesarza Wilhelma II dziarskie marsze, entuzjazm był jakby mniejszy. Może gdyby czcili Kajzera walcami, poddani pomyśleliby o nim z większym uczuciem. Miasto było siedzibą VI Korpusu Armijnego, wojsko musiało się wykazać.

 

Polska armia ma w tej chwili dwadzieścia orkiestr. Panuje opinia, że utwory symfoniczne to mocna strona zespołów z Poznania i Wrocławia, jazz najlepiej grają muzycy z Bytomia, a pieśni patriotyczne – z Dęblina i Bydgoszczy. Ale kapelmistrz wrocławskiej Orkiestry Reprezentacyjnej Wojsk Lądowych, major Mariusz Dziubek, twierdzi, że orkiestra wojskowa musi zagrać wszystko: muzykę poważną, ludową i rozrywkową. Bo po dwudziestu minutach słuchania marszów słuchacze uciekliby w popłochu.

 

Oczywiście muzycy mundurowi muszą mieć idealnie opanowany repertuar wykonywany przy okazji ważnych uroczystości państwowych czy wizyt dyplomatycznych. Marsz I Brygady, marsz powitalny, zwany też generalskim, czy hymny innych państw zagrają zerwani z łóżek w środku nocy. Ale z taką samą łatwością wykonują zarówno sygnały wojska polskiego (zastępowały kiedyś na polach bitew komendy ustne dowódców), jak i Błękitną Rapsodię Gershwina. Nigdy nie wiadomo, jaki repertuar się przyda, nigdy też nie wiadomo, co może wywołać protesty.  

Wśród licznych anegdot związanych z pułkownikiem Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim jest i orkiestrowa. W roku 1915 pułk Wieniawy stacjonował nad Nidą. Obok kąpiących swoje konie Polaków, rozłożyła się austriacka orkiestra wojskowa, która zaczęła grać. Nie wiadomo co, ale c.k. armia miała raczej dobrych muzyków. Dość przypomnieć, że król wiedeńskiej operetki, Franciszek Lehar, zaczynał karierę jako najmłodszy w kraju (bo dwudziestojednoletni), kapelmajster, a trzy lata później stanął na czele studziesięcioosobowej orkiestry marynarki wojennej.

 

Być może polscy ułani byli głusi jak pień, w każdym razie ruszyli na muzykantów, rozganiając ich i płazując przykładnie. Incydent wywołał skandal i Józef Piłsudski wysłał Wieniawę do austriackiego generała, by jakoś sprawę załagodził. Wieniawa przekonywał Austriaka: nasi ułani, unieruchomieni całą zimę w okopach, musieli wyładować swoją energię, ale jeśli nawet zaszarżowali orkiestrę sojuszniczą, to można sobie wyobrazić, jak będą walczyć, gdy spotkają się oko w oko z nieprzyjacielem. Zadowolony dowódca korpusu poczęstował elokwentnego Polaka papierosem i kazał zapomnieć o całej sprawie. Tylko obolała orkiestra nie zapomniała.

 

Nota bene po odzyskaniu niepodległości tylko pułki piechoty miały w polskim wojsku etatową orkiestrę. Kawalerzystom taki luksus nie przysługiwał, ale ambicja sięgała ponad przepisy, konna orkiestra dodawała splendoru, więc panowie ułani kombinowali. Rotmistrz Edward Ksyk z 9. Pułku Ułanów Małopolskich wspominał, że kiedy zniesiono etaty orkiestrowe, zostawiając tylko trębaczy szwadronowych, orkiestrę fikcyjnie „rozparcelowano”: grajków młodszych przeniesiono na papierze jako sygnalistów do szwadronów, a starszych emerytowano. Tych ostatnich oficerowie pułku wzięli na swoje utrzymanie, podobnie jak grajków przedpoborowych czyli małoletnich elewów. I orkiestra została, choć oficjalnie zmieniła się w „plutony trębaczy”.

 

Profesor Tadeusz Kotarbiński mawiał w czasach słusznie uznanych za niesłuszne, że „dobrze zorganizowane społeczeństwo powinno przypominać orkiestrę, tylko dlaczego ideałem orkiestry miałaby być orkiestra wojskowa?”. Fakt, od orkiestry wojskowej wymaga się żelaznej dyscypliny. Zagrać w czasie marszu, który jest jednym z elementów musztry paradnej, to duży wyczyn. Kapelmistrz wrocławskiej Orkiestry Reprezentacyjnej Wojsk Lądowych, major Mariusz Dziubek, podkreśla, że musztra paradna wymaga od orkiestry idealnej synchronizacji. Muzycy muszą jednocześnie reagować na komendy wydawane batutą przez tamburmajora. Jak tylko zima się kończy, wychodzą na plac apelowy i ćwiczą. Ale musztra paradna jest bardzo widowiskowa i przyciąga ludzi. Kapelmistrz twierdzi, że czasem trudno powiedzieć, gdzie kończy się musztra, a zaczyna sztuka cyrkowa. Wystarczy popatrzeć na holenderską orkiestrę, która gra na rowerach.

 

Wrocławscy muzycy nie są gorsi, zagrają w każdych warunkach, choć przepisy mówią, że w temperaturze poniżej zera występują tylko jako asysta. Jak jest tak zimno, to trębacze usta sobie kaleczą, a instrumenty z trudem wydają dźwięki. Ale bywają sytuacje, kiedy nikt na przepisy nie zważa. Jak żegnają poległego kolegę, to nie zważają na zacinające się wentyle.

 

Jeszcze jako Orkiestra Reprezentacyjna Śląskiego Okręgu Wojskowego (rozformowanego w 2011 roku) dali koncert promenadowy nad jeziorem Annecy we Francji. Muzycy ubrani w ciężkie mundury ułanów I Pułku Królestwa Polskiego i zapięci po szyję, choć z nieba lał się lipcowy żar, musieli w trakcie marszu grać nowe utwory z nut przypiętych do instrumentów. Traf chciał, że weszli na plażę pełną pań opalających się topless, czego w Polsce jeszcze nie widywano. Wieść gminna niesie, że zagrali jak z nut…

 

Orkiestra wojskowa umie wszystko. Jak przed wiekami, choć orkiestry wojskowe jednak się zmieniają. Kiedyś składały się wyłącznie z mężczyzn, ale skoro kobiety służą już w wojsku, zdobywają stopnie oficerskie, pracują w jednostkach polowych, dlaczego nie miałyby grać w orkiestrze? Tyle że melomanki przestaną deklarować, że rzucą „filharmonię i operę”, aby w „najdalsze świata strony tak z nimi iść i iść”.