Autor: Olga Drenda
Wydanie: MWM 11/2015

Bez rutyny

Piotr Turkiewicz - wywiad
Article_more
Festiwal jest pewnego rodzaju celebracją i ma być przede wszystkim wyzwaniem zarówno dla artystów, jak i dla publiczności. Nie jest miejscem dla przypadkowych koncertów. W procesie przygotowywania programu bardzo ważne są bezpośrednie relacje z artystami. Dzięki temu możemy wspólnie przygotować program, który w większości bazuje na premierach i projektach specjalnych – możemy je usłyszeć tylko w ramach Jazztopadu. Tegoroczna edycja to aż pięć światowych premier.

Olga Drenda: Czym wyróżnia się tegoroczna edycja festiwalu?

Piotr Turkiewicz: Zarówno tegoroczna edycja, jak i siedem poprzednich, które miałem przyjemność programować, ma bardzo jasną koncepcję, która znacznie odróżnia festiwal Jazztopad od pozostałych tego typu wydarzeń w Polsce czy nawet w Europie. Dla mnie festiwal jest pewnego rodzaju celebracją i ma być przede wszystkim wyzwaniem zarówno dla artystów, jak i dla publiczności. Nie jest miejscem dla przypadkowych koncertów. W procesie przygotowywania programu bardzo ważne są bezpośrednie relacje z artystami. Dzięki temu możemy wspólnie przygotować program, który w większości bazuje na premierach i projektach specjalnych – możemy je usłyszeć tylko w ramach Jazztopadu. Tegoroczna edycja to aż pięć światowych premier. Poznamy nowe kompozycje Marka Feldmana, Andersa Jormina, Wacława Zimpla, Anthonego Braxtona i Triloka Gurtu. Jestem bardzo szczęśliwy, że z roku na rok udaje się przekonać coraz większą liczbę wybitnych muzyków do wyjścia z rutyny tras koncertowych i przyjechania na kilka dni do Wrocławia. To ważny aspekt festiwalu – artyści doskonale wiedzą, gdzie i po co występują. Personalne podejście do programowania jest mocno odczuwalne także w czasie koncertu – efektem jest zupełnie inna energia niż podczas występów organizowanych przez agencje, bez jakiegokolwiek porozumienia z muzykami (także duchowego). Myślę, że nasza publiczność, której wciąż przybywa, czuje, że Jazztopad to seria wyjątkowych wydarzeń, i podąża za festiwalem, niejednokrotnie nie znając występujących u nas artystów. To bardzo ważny proces, który od początku był dla mnie priorytetem: zbudowanie zaufania do marki, jaką jest Jazztopad.

 

Kolejnymi ważnymi elementami, których nie zabraknie również w tym roku, są odkrycia muzyczne młodej europejskiej sceny jazzowej. Od wielu lat mam przyjemność podróżować po świecie i słuchać muzyki na znakomitych festiwalach czy showcase’ach. Dzięki temu mam możliwość odnaleźć takie perełki, jak choćby trębaczka Susana Santos Silva z Portugalii czy pianistka Kaja Draksler ze Słowenii. Od dwóch lat przysłuchuję się z coraz większym zainteresowaniem muzykom francuskim, których w tym roku reprezentować będzie duet Donkey Monkey.

 

Nie zapominam również o polskich jazzmanach. W tym roku już po raz trzeci organizujemy Polish Jazz Showcase. Zaprosiłem do Wrocławia dyrektorów festiwali z różnych zakątków Europy. To bardzo istotna strona Jazztopadu – promocja polskiego jazzu na świecie. Niestety, okazuje się, że często programerzy niewiele wiedzą o naszych artystach. Zazwyczaj ich znajomość zaczyna się i kończy na Tomaszu Stańce. Od lat próbuję to zmieniać, organizując showcase oraz zagraniczne edycje festiwalu. Prezentowałem już polski jazz w Japonii, Korei Południowej, Turcji czy USA i Kanadzie.

 

Myślę, że jeśli do tego dodamy moje ukochane koncerty w mieszkaniach, warsztaty, poranki dla dzieci, pokazy filmów, koncerty w ciemności czy spotkania z artystami, to Jazztopad będzie w tym roku bardzo atrakcyjnym świętem muzyki.

 

To pierwszy Jazztopad w Narodowym Forum Muzyki. Jakie są pana oczekiwania i nadzieje związane z nową lokalizacją?

Ogromne! Jestem związany z projektem NFM już prawie dziewięć lat. Oprócz tego, że programuję Jazztopad, odpowiadam też za budowanie relacji międzynarodowych oraz programowanie wszystkich wydarzeń jazzowych i muzyki świata. Do tego dochodzą koncerty najważniejszych orkiestr gościnnych i projekty wynikające ze współpracy między salami koncertowymi czy festiwalami na świecie. Powstanie we Wrocławiu obiektu tej klasy to swoisty fenomen. Niewiele jest w Europie miejsc, które mogą poszczycić się taką akustyką. To prawdziwy przełom w historii życia kulturalnego miast, ale też całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Przeniesienie festiwalu do NFM to przede wszystkich wielka frajda, ale też spore wyzwanie. Frajda dlatego, że w końcu możemy przyjąć artystów w znakomitych warunkach. Nie muszę się martwić o to, czy dany skład zabrzmi dobrze, co sprawiało wiele problemów w starej sali filharmonii. Często projekty, które miały wielki potencjał, były mocno ograniczone właśnie akustyką. Od tego roku sytuacja zmienia się diametralnie i daje zupełnie nowe możliwości programowe. Nowa sala jest też ważnym elementem w twórczym procesie przygotowania poszczególnych projektów.

 

Czy zmiana lokalizacji wpłynęła na program festiwalu?

I tak, i nie. Staram się bardzo skrupulatnie i konsekwentnie trzymać linii programowej i nie przekraczać pewnych granic estetycznych. Chciałbym, żeby zarówno publiczność, jak i artyści czuli, że biorą udział w czymś wyjątkowym. Na pewno jednym z wyzwań jest przejście z sali mieszczącej 450 słuchaczy do sali z widownią na 1800 miejsc. Sprzedanie takiej liczby biletów na koncert jazzowy jest dość trudnym zadaniem. Tak naprawdę jest tylko kilku artystów, którzy mogą zapełnić taką salę bez kłopotów. Problem polega na tym, że ja nie do końca chciałbym ich zaprosić (śmiech). Tego rodzaju dylematy były dla mnie nowością. Myślę jednak, że do występów w Sali Głównej udało się zaprosić takich artystów, którzy wpisują się w koncepcję festiwalu, a jednocześnie są w stanie zainteresować dużą publiczność. Mam na myśli kwartet Scofielda i Lovano, koncert finałowy z Abdullahem Ibrahimem czy premierowe projekty Jormina i Triloka Gurtu.

 

Czy jest koncert, na który podczas tegorocznej edycji czeka pan szczególnie?

Na każdy koncert czekam z taką samą ekscytacją. Głównie dlatego, że traktuję ten festiwal bardzo osobiście. Fascynuje mnie proces powstawania projektów premierowych i nie mogę się doczekać, kiedy będę się mógł podzielić tymi nowościami z publicznością. W tym roku będzie dużo premier i one na pewno nadadzą charakter festiwalowi.

 

Dla mnie jednym z najważniejszych momentów są koncerty w mieszkaniach prywatnych. To one zazwyczaj pozostają najdłużej w pamięci. Przełamują pewną barierę pomiędzy estradą a publicznością. Proszę sobie wyobrazić zacisze domowe, gdzie w salonie przy domowych wypiekach i kawie można posłuchać wybitnych artystów. Ta intymność stwarza niesamowity nastrój. Pamiętam, że kiedy organizowaliśmy tego typu wydarzenia po raz pierwszy, zgłosiło się do nas sporo osób, które do tej pory nie brały udziału w festiwalu. W ten sposób dotarliśmy również do nowej publiczności, która nie czuła się częścią Jazztopadu. 

Oprócz Jazztopad wydarzenia koncertowe trwają cały rok. To między innymi spotkania w cyklu Melting Pot.

Uważam, że festiwal powinien trwać cały rok. Bez przesady mogę powiedzieć o pewnej misji czy odpowiedzialności tej imprezy i uznać ją za znakomite narzędzie do promocji artystów, działań edukacyjnych, organizowania spotkań. Jazztopad jest pierwszym polskim festiwalem zaproszonym do Europe Jazz Network – bardzo prestiżowego grona festiwali międzynarodowych. Dzięki znakomitym relacjom międzynarodowym mogliśmy przez kilka lat prowadzić projekt JazzPlaysEurope czy Take Five Europe wraz z takimi partnerami, jak London Jazz Festival, North Sea Jazz Festival czy Molde Festival. Zależy mi na tym, żeby Jazztopad był rozpoznawaną marką na świecie, i myślę, że powoli tak się dzieje. Nie mogę, oczywiście, pominąć naszych wydawnictw, które są dowodem na to, że warto zamawiać nowe kompozycje i że nie są to jednorazowe wykonania. Jestem dumny, że w katalogu tak prestiżowych wydawnictw, jak ECM (Terje Rypdal Melodic Warrior) czy Blue Note Records (Charles Lloyd Wild Man Dance), znalazły się nasze zamówienia i nagrania koncertowe z Jazztopadu. Najnowszym wydawnictwem jest kompozycja Williama Parkera wydana w sierpniu przez AUM.

 

Melting Pot Made in Wrocław to inicjatywa powstała w kontekście przygotowań do obchodów Europejskiej Stolicy Kultury. Nazwałem ten projekt laboratorium improwizacji, bo tym razem nie chodzi tylko o muzykę, lecz także o inne rodzaje sztuk, takie jak malarstwo, rzeźba, poezja czy taniec. W ramach tego projektu artyści z sześciu krajów europejskich regularnie przylatują do Wrocławia na minirezydencje. Wielki finał odbędzie się na przełomie kwietnia i maja 2016 roku, kiedy do Wrocławia zawitają wszyscy uczestnicy poprzednich edycji (prawie siedemdziesięciu artystów!) i odbędzie się seria wydarzeń w przeróżnych przestrzeniach miasta oraz finał z kompozycją wrocławskiego trębacza Piotra Damasiewicza.

 

Fuzja jazzu z muzyką etniczną czy lokalne odmiany tego gatunku to wątek, który wyraźnie zaznaczył się w poprzednim festiwalu Jazztopad. Skąd decyzja o osobnym cyklu koncertów kontynuujących ten temat?

Po pierwsze, nowa sala koncertowa aż prosi się o zapraszanie artystów z rejonów jazzu i muzyki świata przez cały rok! Idealne warunki akustyczne w końcu pozwalają na to, aby sięgnąć po największe gwiazdy, również z bardziej popularnego nurtu. Po drugie, Jazztopad ma jednak bardzo konkretnie zarysowaną linię programową, poza którą mocno wykracza seria „Jazz i muzyka świata”.

 

Kogo będziemy mogli usłyszeć we Wrocławiu?

W sezonie 2015/16 w NFM pojawią się dwie osobne nowe serie. „Jazz i muzyka świata” to dziesięć koncertów wielkich gwiazd. W nurcie jazzowym zagrają Wynton Marsalis ze swoją orkiestrą z Jazz at Lincoln Center, Brad Mehldau, Dave Holland Trio, Dianne Reeves z Orkiestrą Symfoniczną NFM. W stronę muzyki etnicznej poprowadzą nas Concha Buika, Dhafer Youssef, Mulatu Astatke, Lula Pena czy Mariza (na razie jesteśmy w trakcie rozmów). Koncertem specjalnym w tej serii, poszerzonym o projekt edukacyjny, będzie występ chicagowskiej grupy Third Coast Percussion z Glenem Kotche.

 

Seria klubowa „Wielka Improwizacja” to cykliczne koncerty w Sali Czarnej i Sali Czerwonej. W co drugą sobotę pojawią się tam artyści często oscylujący w bardziej mainstreamowej estetyce. Koncerty stworzą klimat klubów jazzowych, gdzie przy lampce dobrego wina można posłuchać dobrej improwizacji. Na otwarcie zagrał już Francesco Tristano. W kolejnych koncertach wystąpią między innymi Amina Figarova czy Samuel Blaser Trio.

 

Według jakiego klucza dobierał pan artystów?

Ważne są najwyższa jakość i niezapomniane doznania. Wszystkich artystów, których zapraszam i na Jazztopad, i na koncerty nowych serii, słyszałem na żywo. Wszyscy zrobili na mnie ogromne wrażenie. Chciałem podzielić się z wrocławską publicznością tymi odczuciami. Niektóre projekty wiążą się z szerszą współpracą. Takim jest na pewno koncert Wyntona Marsalisa i współpraca z Jazz at Lincoln Center. Wynton przygotuje dla nas także specjalny projekt edukacyjny, angażujący młodych muzyków. Wynikiem tej współpracy jest też pierwsza edycja Jazztopadu w Nowym Jorku w czerwcu 2016. Główne koncerty odbędą się właśnie w JALC.

 

Jakie wrażenia, pana zdaniem, mogą zagwarantować nowe sale Narodowego Forum Muzyki?

Pamiętam, jak pierwszy raz miałem okazję być w podobnej sali koncertowej. Było to prawie dziesięć lat temu w Kalifornii. Wrażenia akustyczne są niewiarygodne. Podczas koncertu orkiestry symfonicznej czułem się tak, jakbym znalazł się w pomieszczeniu z najwyższej jakości systemem dolby surround, tyle że dźwięk nie płynął z głośników, ale był całkowicie naturalny. We Wrocławiu również jest to możliwe. Myślę, że dla większości osób, które wybiorą się na nasze koncerty, będzie to zupełnie nowy sposób doświadczania muzyki.