Wydanie: MWM 11/2015

Piękny człowiek

Article_more
8 maja 2013 środa, godz. 09:55 „Zmarła Olga Rusina. Przegrała walkę z rakiem, w niedzielę nastąpiło nagłe pogorszenie, odeszła wczoraj wieczorem”.

Wiadomości rozchodzą się szybko. SMS dociera do adresata właściwie w mgnieniu oka. Zwięzły, do bólu skuteczny. Być może właśnie owa lapidarność spotęgowała siłę przekazu. Wirtualność technologiczna stała się realnym faktem. Niedowierzanie, że jednak musiało nastąpić najgorsze akurat w tym, a nie innym momencie. Zawsze przecież najczarniejsze myśli staramy się odsuwać, upychać w głębokich kątach świadomości. Taka wiadomość, bolesna, rozchodzi się, niestety, najszybciej.

 

***

 

Olga była pięknym człowiekiem. Zawsze pogodna, uśmiechnięta, emanowała optymizmem i radością życia. Tak ją zapamiętałem: otwartą, bezpośrednią, szybko skracającą dystans. Postronny obserwator mógłby pomyśleć, że szczęście emanuje z Niej nieprzerwanie. W istocie, chociaż ci, którzy znali Ją bliżej, wiedzieli o kłopotach, trudnych życiowych problemach. Ścieżki życia zazwyczaj bywają wyboiste, ale Olga pokonywała je zawsze z uśmiechem. Być może był to Jej sposób na przeciwności losu, charakterystyczny dla ludzi twardych, zahartowanych w bojach z egzystencją. Olga była twarda. Pochodziła z kraju, który słabeuszy bezlitośnie eliminował, mięczaków nie tolerował. Rosjanie są pod tym względem naprawdę wyjątkowi. Ich wewnętrzna twardość emanuje niezwykłą zewnętrzną delikatnością, stal połączona z aksamitem. Albo inaczej, choć może to bardzo wytarte określenie: serce na dłoni. Kiedy już stopnieją lody konwenansów, można wejrzeć głębiej, w krainę marzeń i dążeń – prostych i może oczywistych, ale jednocześnie rudymentarnych dla najgłębszego rozumienia zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. To chęć poszukiwania prawdy i piękna, chęć obdarowywania nimi innych, chęć dzielenia się własnymi na ten temat spostrzeżeniami. Potrzeba najzupełniej bezinteresowna. Taka była Olga.

 

***

 

Jedno z pierwszych spotkań z Olgą. Studio Koncertowe Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego, próba przed Jej solowym recitalem. Olga gra początek Gaspard de la nuit Maurice’a Ravela, jednego z najtrudniejszych dzieł w literaturze fortepianowej. Brzmi to tak, jakby przepowiadała sobie doskonale znane słowa. Z fortepianu dobywa dźwięków lekkich, pastelowych, delikatnie ulatujących w przestrzeń. Żadnego wysiłku – to dla niej fraszka. Pierwszy z poematów fortepianowych jest portretem wodnej nimfy – Ondyny. Faktura oddaje plusk wody. Ravel napisał dźwięki gęste. By je wydobyć, dłonie pianisty niemal się splatają, lewa nad prawą, prawa pod lewą, bardzo blisko. Podchodzę zasłuchany, mówię: „To bardzo trudne”. Olga charakterystycznie przechyla głowę, uśmiecha się promiennie i konstatuje: „ach, to taka »miłość krabów«, drobiazg”. Cała Ona – dysponująca fenomenalną techniką, tajemnice warsztatu fortepianowego znająca na wylot – podchodzi do swego kunsztu – wielkiego kunsztu! – z ogromną dozą dystansu. 

Dla Olgi Rusiny nie było utworów trudnych, artystycznych szczytów nie do zdobycia. Czy mogło być inaczej? Pytanie retoryczne. Jeśli pochodzi się z kraju wybitnych pianistów, jeśli ma się świadomość własnej kultury i siły tradycji, jeśli szanuje się swoich nauczycieli, na taki mądry dystans można sobie pozwolić. Olga to wszystko miała. Zawsze podkreślała wartość szkoły, która ją ukształtowała. Do szpiku kości przesycała ją duma z wielkich dokonań Konserwatorium Moskiewskiego i klasy profesora Jakowa Milsteina, którego była uczennicą. Niestety, to, co na całym świecie byłoby siłą, w naszej rzeczywistości okazało się balastem. Biurokratyczne ograniczenia, nieprzystawalność systemów nauczania i zawodowej nomenklatury, a może coś zupełnie innego (czego nie warto chyba nazywać po imieniu) spowodowały, że po obiecujących początkach znalazła się na zawodowym (pedagogicznym) bocznym torze. Smutny paradoks, który powaliłby niejednego. Ją jednak zdopingował do pracy i aktywności.

 

Uczyła, koncertowała, nagrywała płyty, organizowała – działała. Na dużą skalę, szybko, bardzo intensywnie, jakby przeczuwała, że los nie da Jej zbyt wiele czasu, że chwila może minąć zbyt szybko, nagle się urwać. Dziś, kiedy patrzę na listę dokonań Olgi Rusiny, myślę sobie, że można by Jej dokonaniami obdzielić co najmniej kilkoro artystów i pedagogów. Do swoich uczniów podchodziła z wielką atencją. Dbała o nich jak o własne dzieci. Myślę, że odwzajemniali te uczucia, bo Olgi nie można było nie kochać. Była przecież cierpliwa, wrażliwa i emocjonalna, oddana bez reszty i do końca, do ostatnich chwil. Niestety, to już zamknięty rozdział.

 

***

 

Nie przywołuję dat i konkretów, nie szukam w pamięci dokładnych okoliczników czasu i miejsca. Fakty się zacierają, może z upływem lat powrócą we właściwej chronologii podczas życiowych remanentów (podobno tak bywa). „Dokumenty, choćby najprawdziwsze, to jednak nie życie”, jak napisał w jednym z esejów Dariusz Czaja. Staram się więc pamiętać o Oldze na swój własny sposób, mieć przed oczami pogodę wyrazu jej twarzy, słyszeć radosny śmiech, przeplatany czasami tak charakterystycznym westchnieniem, wyrażającym wiele. Także radość tworzenia zmieszaną ze świadomością przesłania słynnej sentencji o nieprzystawalności życia i sztuki. Ars longa vita brevis.

 

***

 

www.olgarusina.com

Może z wirtualnymi bytami nie do końca się oswoiliśmy. Zaglądam na stronę Olgi Rusiny. Nie, nie szukam aktualności. Wiem, że już się nie pojawią. Jeden z ostatnich wpisów, informujący o zapisach na następny kurs pianistyczny, przekreślony na czarno. Bardzo symbolicznie. Zatrzymana chwila sprzed ponad dwóch lat. Ale ta strona to również świadectwo życia. Jakby technologiczna realność przekształcona w wirtualne życie…