Wydanie: MWM 11/2015

Herrenchiemsee Festspiele

Article_more
Owego dnia przynajmniej połowę miejsc wypełnionego po brzegi popołudniowego pociągu relacji Monachium–Salzburg zajęli galowo ubrani podróżni. Po godzinie jazdy w niewielkiej miejscowości Prien am Chiemsee wielu z nich wysiadło, a właściwie przesiadło się do innego środka transportu – wiekowej kolejki wąskotorowej, ciągniętej przez zabytkową, ziejącą dymem lokomotywę, która po niespełna dwudziestu minutach, wydając z siebie donośne – chwilami nieznośne – gwizdy, przyciągnęła pieczołowicie odrestaurowane wagony prawie na sam brzeg jeziora Chiemsee, do przystani jachtowej.

Wysiadający powoli wyjawiali zawartość swoich bagaży, wyciągając z toreb szale, chusty, płaszcze i przeróżne nakrycia głowy. Zanim tak przygotowani udali się na prom, wielu przystanęło przed pomnikiem Ludwika II – silhouette’em wyciętym z metalu w taki sposób, że przez głowę króla można popatrzyć na niebo, po którym wędrują skłębione obłoki. 

 

Pod koniec lipca mała, wypoczynkowa miejscowość Prien am Chiemsee wypełniona jest turystami. Położone u podnóża Alp jezioro przyciąga amatorów chyba wszystkich możliwych sportów wodnych, poczynając od nurkowania, a na kitesurfingu kończąc. Modny letni kurort rządzi się swoimi prawami. Zakąski, napitki, wesołe miasteczko, park wodny ze zjeżdżalniami i kawiarniany muzyczny koktajl malowniczo wpisują się w oszałamiający górski krajobraz. W tej specyficznej letniej atmosferze wybija się pojawiająca się pod wieczór na nadbrzeżu – codziennie przez dwa tygodnie lipca – grupa oczekujących na prom elegancko ubranych ludzi. To melomani, niektórych spotkaliśmy już w pociągu relacji Monachium–Salzburg. Przyjechali na odbywający się w położonym na wyspie pałacu Herrenchiemsee festiwal muzyczny.

 

Podróż promem wygląda dość zabawnie, na statku bowiem zasiadają obok siebie korzystający z uroków zachodzącego słońca skąpo odziani plażowicze, ubrani na czarno, dźwigający instrumenty muzycy i melomanki chroniące pod chustami swoje misternie ułożone fryzury. Podróż promem nie trwa długo, czasu wystarcza jednak, by wszyscy podróżnicy posilili się bułkami z leberkäse, parówkami i piwem. Nakrycia głowy bardzo się przydają, jako że na „bawarskim morzu” niemal zawsze mocno wieje. Na wyspie jest spokojniej, zwłaszcza jeśli wybierze się pieszą drogę do pałacu, wiodącą przez las. Idący nią wytworny meloman wędruje pod prąd strumienia ludzi, którzy zakończyli już zwiedzanie i ciekawie przyglądają się jego niespodziewanie eleganckiemu strojowi, tu bowiem dominują sandały i klapki, choć zdarzają się też turyści bosonodzy niosący pod pachą płetwy. 

Rezydencja Ludwiga II oszałamia. To rezydencja marzenie, budowana na wzór Wersalu. Nigdy nie została ukończona, bawarskiemu królowi skończyły się bowiem pieniądze. Jeśli ktoś przez pomyłkę wejdzie do środka bocznymi drzwiami, zobaczy gołe, ceglane ściany. Oryginalny stan surowy z końca dziewiętnastego stulecia. Goście powinni jednak wchodzić do środka głównym wejściem, po paradnych schodach i dalej przez pokoje reprezentacyjne, w tym kapiącą złotem królewską sypialnię. Kolejne drzwi otwiera służba we frakach i białych rękawiczkach, doglądana przez wszechobecnego majordomusa. Z ust do ust szeptem przekazywana jest informacja, że baron już przyjechał. To znaczy, że koncert zaraz się zacznie. W programie świeckie oratorium Roberta Schumanna Das Paradies und die Peri.

 

W przerwie koncertu słuchacze wychodzą do parku, pomiędzy szemrzące fontanny. Wszyscy wzięli sobie do serca prośbę barona, „by ubrać się odświętnie i swymi strojami przyozdobić pałac i ogrody Ludwika II, w ten sposób okazując pełen serdecznych uczuć szacunek temu tyleż wielkiemu, co tragicznemu monarsze czasów późnoromantycznych”. Tu wieczorowy strój jedynie sporadycznie będzie smokingiem. Tu wieczorowy strój to przede wszystkim tracht und dirndl. Jest upał, więc kelnerzy roznoszą tradycyjne bawarskie napoje orzeźwiające, które ze szczególną wdzięcznością przyjmują panowie odziani w odświętne, bogato wyszywane lederhosen. Zza rogu w szyku bojowym wychodzi służba niosąca cztery kilkumetrowej długości rogi alpejskie. Ustawieni w idealnie równych odstępach lokaje zaczynają występ. Dyryguje majordomus. Po każdym utworze, niczym na defiladzie, lokaje postępują kilka kroków naprzód, zbliżając się do publiczności. Gdy są już całkiem blisko, majordomus ogłasza koniec przerwy.

 

W drugiej części wieczoru słuchacze z zapartym tchem czekają na szczęśliwy koniec opowieści o tym, jak Peri próbuje dostać się do raju. Znakomicie wykonane oratorium Roberta Schumanna kończy się, w sali wybucha owacja. Majordomus ustawia służbę, która jest tak dobrze wyszkolona, że jej gesty wydają się sztuczne. Nie należą do świata Ludwika II. Na scenie kłaniają się kolejni soliści, wreszcie przychodzi czas na ukłon dyrygenta, zarazem dyrektora artystycznego Herrenchiemsee Festspiele. Baron Georg Enoch Robert Prosper Philipp Franz Karl Theodor Maria Heinrich Johannes Luitpold Hartmann Gundeloh Freiherr von und zu Guttenberg wychodzi na scenę wyprostowany, staje z rękami wzdłuż tułowia, ułożonymi tak, by stanowiły jedną linię z lampasami spodni nienagannie skrojonego fraka. Bardzo powoli pochyla się do przodu, nie ruszając głową. Plecy pozostają proste, jedyny punkt zgięcia jest na linii bioder. To ukłon z innego, zapomnianego dziś świata, którego ślady najprędzej można znaleźć na obrazach przedstawiających dworskie ceremonie. Gest wykonany w oryginalnym wnętrzu, na oryginalnym instrumencie. Ukłon w swej wymowie niesceniczny, ceremonialny, jednocześnie bardzo prywatny. Wśród publiczności w pierwszym rzędzie siedział Franciszek Bawarski, głowa domu Wittelsbachów. Tak przynajmniej szeptali muzycy, którzy w drodze powrotnej na promie konsumowali kolejne bułki z leberkäse, parówki i piwo.