Śpiewaj jak student

Article_more
Czasy się zmieniają, i to zdecydowanie na gorsze. Dzisiaj studenci poszukujący od października jakiejś posady pozwalającej wyżywić mózg najmują się do robienia hamburgerów, parzenia kawy, kelnerowania. Kiedyś grali, śpiewali, pisali. Praca godna przyszłej elity intelektualnej.

Wprawdzie pieśni były nieprzyzwoite, zespoły muzyczne niebezpieczniejsze niż mafia sycylijska, młodzi pisarze specjalizowali się w fabrykowaniu gróźb karalnych, ale wiadomo przecież, że droga do wiedzy bywa długa i wyboista. Mieszkańców Śląska – nawet dłuższa, bo nie mieli swojego uniwersytetu, choć walkę o uczelnię zaczęli już ponad pięćset lat temu.

 

Na początku głos dała trójca: legat papieski kardynał Pietro Isvalies, rajca wrocławski Hans Haunold i pisarz miejski Gregor Morenberg. To oni wymyślili, że we Wrocławiu powstanie uniwersytet. Znany drukarz Konrad Baumgarten z Rothenburga tak się przejął tą wizją (ile książek można sprzedać), że porzucił Lipsk dla Wrocławia. Wydawało się, że uda mu się zrobić interes, bo 20 lipca 1505 roku król Czech i Węgier Władysław Jagiellończyk wydał przywilej fundacyjny uniwersytetu. Czterowydziałowa uczelnia miała być świecka i działać pod patronatem Rady Miejskiej. Szczegółowo ustalono, kto i z czym ma do tego interesu przystąpić: miasto chciało dać plac i wznieść budynki, a biskup przeznaczył na uposażenie uniwersytetu prebendy kolegiaty Świętego Krzyża. To tam doktorzy i magistrzy żyjący we wspólnym kolegium mieli się schodzić razem ze scholarami, żeby dziękować Bogu za królewskiego fundatora i jego przodków. Dodajmy, dziękować z zaangażowaniem, pod czujnym okiem rektora, który wymykających się przed końcem nabożeństwa powinien surowo ukarać.

 

Niestety, papież Juliusz II zakazał tworzenia uniwersytetu we Wrocławiu, choć wrocławianie wysłali do Rzymu trzy tysiące florenów dla otrzymania potwierdzenia i bulli papieskiej. Agenci krakowscy obawiający się konkurencji dla swojego uniwersytetu byli po prostu skuteczniejsi. Król polski Aleksander Jagiellończyk (brat czeskiego króla Władysława) nie zważał ani na więzy rodzinne, ani na perspektywę wiecznych modłów za Jagiellonów we Wrocławiu, wystosował protest i utrącił śląski uniwersytet. Trudno mu się dziwić. Bywały lata, że Ślązacy – choć przecież rozłazili się w poszukiwaniu zdroju wiedzy po całej Europie – stanowili na Jagiellonce kilkanaście procent słuchaczy.  

 

Ja zaśpiewam, ty zapłacisz

Do projektu powrócono po dwóch wiekach. Zrobili to jezuici i tym razem okazali się skuteczni. Ale nie było im łatwo. Petycję z prośbą o zakaz otwarcia uczelni wystosowała do cesarza Leopolda I wrocławska (protestancka) rada miejska. Rajcy przestrzegli przed zamieszkami w mieście i rozwiązłością studentów, których nie można ujarzmić. Jak twierdzą historycy, rada miejska obawiała się rekatolizacji, ale prawdą jest też, że w przeszłości Wrocław miał problemy z niedoinwestowanymi uczniami lub studentami. W sądowej księdze wrocławskiej zanotowano wyznanie skazanego na śmierć w 1485 roku Macieja z Pobierzyna, że uczeń Wacek pisał mu w młynie trzy listy z pogróżkami. Oczywiście za pieniądze. Z kolei zmarznięci scholarze ze szkoły kolegiackiej w Nysie ukradli kilka worków węgla drzewnego, a ścigani przez poszkodowanych zabarykadowali się w szkolnej izbie. I z wielką wprawą odparli oblężenie, ciskając w napastników kamieniami z rozebranego pieca.

 

To był zwykle dopiero początek problemów, bo młódź już po ukończeniu wiejskiej szkoły parafialnej musiała ruszyć na naukową wędrówkę, najpierw do wielkiego miasta, gdzie działały renomowane gimnazja. Wrocław był pod tym względem bardzo atrakcyjny, nie tylko dla Ślązaków, o czym świadczą choćby wspomnienia Thomasa Plattera, znanego szwajcarskiego humanisty, który w młodości przeszedł Europę. Był – jak większość – biedny. Bywało, że wędrował bez spodni, a w zimie nogi zawijał szmatami, bo nie miał butów. Latem nocował na cmentarzach, zapychał żołądek surowymi cebulami i pieczonymi żołędziami oraz próbował zdobyć pieniądze. Twierdził, że w Naumburgu „myszkowaliśmy po mieście, umiejący śpiewać próbowali zarobić śpiewaniem, ja zaś żebrałem, ale żaden z nas nie chodził do szkoły”.

Erotyczny pociąg do owsa

Ze śpiewaniem pomysł był dobry, pieśń żakowska cieszyła się taką popularnością jak disco polo, więc wędrujący gromadnie studenci i kandydaci na studentów gromadnie też muzykowali: „Śpiewamy jak słowiki / wyuczone muzyki. / Ja gram na cymbale, / drugi na skrzypcach zna się, / zaś trzeci rżnie na basie, / czwarty w bęben wali”. Z tą słowiczością trochę przesadzili, bo słowiki, owszem, śpiewają dla zakochanych, ale tylko przyzwoite piosenki. A te żakowskie powinny być dozwolone od osiemnastu lat. Jedna z najsłynniejszych i najstarszych erotycznych pieśni żakowskich, cantilena inhonesta (piosenka nieprzystojna), przechowywana jest we wrocławskiej Bibliotece Uniwersyteckiej. Została zapisana około 1416 roku przez franciszkanina Mikołaja z Koźla, a potem zamazana atramentem. Ale i tak te nieprzyzwoite żale na pannę, co nie chciała dać „memu koniowi owsa”, zostały przez potomnych odczytane. A nawet twórczo wykorzystane, choćby przez byłą posłankę Samoobrony Renatę Beger, deklarującą, że „lubi seks jak koń owies”, i chwalącą się „kurwikami w oczach”. Autor piosenki nieprzystojnej „kurwików” wprawdzie nie szukał, tylko wianek przy świeczce chciał oglądać, ale oboje wywoływali chyba podobne zażenowanie u słuchaczy.

 

Proboszcz daje tylko słowo

Oczywiście, nie samym owsem żyje student, więc w skład repertuaru żakowskich zespołów muzycznych wchodziły pieśni proszalne. „Spójrz jak twarde, Jezu Boski / Są Ślązaków życia troski. / Igłę, nici da mateczka, / Ojciec grochu do woreczka” – i dlatego trzeba prosić obcych ludzi o wsparcie. A tych dobrych, litościwych zbyt dużo na świecie nie ma. Nawet słudzy boży uchodźców przyjmować nie chcą, choć chrześcijańskie miłosierdzie nakazuje głodnych nakarmić, nagich przyodziać. Wprawdzie „gdy plebanię ujrzę z dala, / radość lica me rozpala, / lecz na prośby, oprócz słowa, / proboszcz wszystko inne chowa, / ledwie okno odchyliwszy / klnie jak diabeł najstraszliwszy...”.

 

Gwoli sprawiedliwości, proboszcz zachowuje się tylko jak jego parafianie, więc być może przykład idzie z dołu: „A gdy wstąpi [student – przyp. B.M.] gdzieś do chaty, / by przy piecu ogrzać szaty / zaraz ci go kmieć bogaty, / wściekły pędzi z izby w świat”. Taka pieśń musiała poruszyć serca, przynajmniej poruszała we Wrocławiu. Ludzie tu żyli muzykalni, wrażliwi na sztukę i niedolę młodych artystów, więc nawet Thomas Platter (który chyba za bardzo śpiewać nie umiał) poczuł się jak w raju. „Było tam wszystkiego w bród i tak tanio, że studenci przejadali się nieraz”, twierdził Platter i… zaczął się uczyć. Najpierw zapisał się do szkoły przy kościele Św. Krzyża, a potem przeniósł się do renomowanego gimnazjum w parafii głównej u św. Elżbiety, bo okazało się, że tam studiuje kilku Szwajcarów.

 

Chłop potęgą jest i basta

Platter szybko poznał miejscowe zwyczaje i hierarchię szkół. Zapisał, że Wrocław posiadał siedem parafii i szkołę przy każdej. Studentom nie było wolno śpiewać w parafialnym kościele innych scholarów, „inaczej powstawały bitki, w których my, żaczki, dostawaliśmy nieraz porządnie w skórę”. Gość ze Szwajcarii szacował, że w XVI-wiecznym Wrocławiu było kilka tysięcy studentów i żaczków, żyjących z jałmużny. Niektórzy egzystowali tak od dwudziestu, trzydziestu lat. Nie mieli problemów z utrzymaniem się. Platter stwierdził z uznaniem, że gdy zimą trzy razy zachorował, umieszczono go w szpitalu i zapewniono doskonałą lekarską opiekę. Łóżko było wygodne, catering pierwsza klasa i tylko wszy zatruwały mu rekonwalescencję. Przyznał też, że przyjemności, w tym śpiewów, było bardzo dużo („w czasie burzy śpiewaliśmy przez całą nieraz noc z zastępcą kantora responsoria i inne pieśni”), za to nauki mało. Latem po wieczerzy studenci chodzili czasem do szynków żebrać o piwo, „podpici chłopi polscy raczyli nas hojnie”. A nawet jak nie było polskich chłopów, to też z pragnienia nie umierali.

 

Jak przyznaje pieśń żakowska: „Takie moje nawyki, że dam nowe trzewiki za to, co wypiję. Przepiłem »Pod Piecuchem« nowy kaftan z kożuchem i te szaty ładne”. I dobrze. Ważne, że w głowie przybyło.