Autor: Jacek Dehnel

Ahmed Ra, właśc. Pierre-Antoine Perrin (1870–1934)

Article_more
Joséphin Péladan – czarnowłosy, kudłaty, swoją długą, wypielęgnowaną, skręconą w regularne kędziory brodą przywodzący na myśl pradawnego władcę z reliefów z babilońskiego pałacu – był niestrudzony w budowaniu przedziwnej społeczności na styku kilku środowisk: artystów, dziennikarzy, okultystów i zamożnej socjety. Przez sześć kolejnych salonów Róży + Krzyża, które zorganizował w latach 1892–1897, przewinęło się ponad dwustu artystów.

Pierre-Antoine Perrin był jednym z nich, choć z pewnością nie najbardziej znanym. A można nawet stwierdzić z pewną dozą pewności, że dziś wręcz najmniej znanym z tej grupy. Przyszedł na świat w rodzinie episjera z Aubagne pod Marsylią, człowieka zamożnego, szwagra mera miasta, Jeana Louisa Celly. W przeciwieństwie do innych chłopców z Aubagne, Pierre-Antoine nie wyglądał na południowca, a to za sprawą pochodzącej z Normandii matki: dużej, pulchnej blondyny, która, zawołana pianistka, zaszczepiła w nim miłość do muzyki.

 

Jak wielu młodzieńców, którym prowincjonalne ojcowskie firmy przynosiły spore kieszonkowe, Perrin znakomicie odnalazł się w środowisku stołecznej złotej młodzieży. Oficjalnie wyjechał do Paryża, by studiować w tamtejszym konserwatorium – i, dodać należy, rzeczywiście uwielbiał muzykę, poświęcał jej mnóstwo czasu i uwagi, ale nie przykładał się do nauki ani wyznaczanych mu przez profesorów zadań. Większość czasu przepędzał w lokalach ze swoją paczką – miał ponoć w zwyczaju wypraszać knajpianego pianistę z taboretu, zajmować jego miejsce i odgrywać kompanom swoje dzieła. Na stojaku do nut ustawiał rządek kieliszków wypełnionych absyntem, które wychylał kolejno w przerwach pomiędzy utworami; każdą kolejną kompozycję odgrywał zatem nieco mniej składnie, czy – by użyć jego określenia – „w sposób bardziej natchniony”.

 

Chciał być podobno drugim Erikiem Satie, który wówczas święcił triumfy pośród bywalców Chat Noir – niestety, jego muzyka nie odnosiła wielkich triumfów. Były to dość monotonne kompozycje nawiązujące do melodyki orientalnej i przyozdobione metafizycznie brzmiącymi tytułami – przy czym trudno orzec, czy pierwszy był tu pomysł Satiego (Gnosiennes), czy może Perrina (Les Chevaliers de Baphomet, Kabbale, Séraphîta). W każdym razie był to tylko jeden z elementów legendy, tworzonej przez młodego kompozytora: zapuścił długie włosy, które zaczął sobie czernić (podobnie zresztą jak brodę, fryzowaną na wzór Péladana, w którego orbitę wówczas wchodził), oczy podkreślał węglem, na co dzień nosił turban i tureckie lub egipskie szaty. Na salony Róży + Krzyża trafił już jako Ahmed Ra, w zależności od dnia albo ostatni potomek jednej z dynastii faraonów, który posiadł tajemnicę starożytnych harmonii, albo jako syn nałożnicy sułtana, spłodzony w haremie przez jakiegoś śmiałka, a później wyniesiony w koszyku fig przez wierną służącą. Wprawdzie ten i ów wiedział, że „mistrz sekretnych skal, zapisanych w hieroglifach” był synem kupca korzennego spod Marsylii, ale przymykano na to oko; u Péladana, ostatecznie, każdy miał swoje sekrety i zmyślenia, a Perrin zbyt był marginalną postacią, by ktokolwiek dłużej się nim zajmował.

 

Wiemy, że wykonywał tam swoje utwory przynajmniej trzykrotnie; w listach z epoki zachowały się dwie króciutkie recenzje („po przerwie jakiś Arab, kompletnie pijany oraz Ahmed Ra, podobno wnuk paszy, bardzo nudne, na szczęście obok mnie siedział Robert de Montesquiou-Fezensac i zabawiał mnie rozmową między jednym a drugim akordem”). Pozostawał na trzeciej czy czwartej orbicie tego kabalistycznego uniwersum, którego muzycznym królem był Satie. Wiadomo, że przed pierwszą wojną światową w związku ze śmiercią ojca odziedziczył większą sumę i opublikował własnym sumptem kilka niskonakładowych wydań kompozycji, które nie spotkały się właściwie z żadnym przyjęciem. Nie są natomiast znane bliżej jego losy podczas kampanii – Ahmed Ra wypływa dopiero w okresie międzywojennym.

Zniechęcony brakiem sukcesów jako kompozytor, postanowił spełnić się w inny sposób. Czasy się zmieniły; odkrycie grobowca Tutenchamona w 1922 roku wprowadziło powszechną modę na egipskość i wybrany niegdyś pseudonim okazał się zaskakująco przydatny. Mało kto pamiętał młodego Perrina, pulchnego chłopaka spod Marsylii – dziesięciolecia czernienia brwi i fryzury, opalania się na słońcu i noszenia bliskowschodnich strojów sprawiły, że wszyscy mieli go za rodowitego Lewantyńczyka, a być może nawet potomka faraonów i luksorskich arcykapłanek. Przekroczył sześćdziesiątkę i sprawiał wrażenie mędrca, mającego dostęp do metafizycznych tajemnic – z pewnością wiele w tym względzie zawdzięczał podpatrywaniu Péladana i tego, jak mistrzowsko owijał sobie ludzi wokół palca. Teraz założył własny lokal.

 

Jego „Grobowiec kabalistyczny” na czwartym piętrze kamienicy w pobliżu paryskiego kościoła Marii Magdaleny znany był tylko wybranym i nie każdy mógł tam trafić. A jeśli tak się zdarzyło i przekazano mu hasło, otwierające drzwi do tego przybytku, wchodził w zupełnie inną rzeczywistość. Oczywiście: nie za darmo. Noc u mistrza kosztowała tysiąc franków, płatnych z góry. Do tego kaucja za milczenie, dwadzieścia tysięcy.

 

Główny salon mieszkania – niegdyś bawialnia szacownego profesora anatomii prawidłowej – został przebudowany na modłę egipską; strop podtrzymywały kolumny w kształcie pęków papirusu i kwiatów lotosu, ściany pokryte były złoconymi hieroglifami i rysunkami kabalistycznymi. Ahmed Ra zasiadał w głębi, za organami, na których w wolnych chwilach wygrywał posępne melodie; wyznawcom swoim (a właściwie, w większości, wyznawczyniom) wykładał, że utwory zawierają zaszyfrowane wiadomości, stopnie do kolejnych wtajemniczeń. Podobno niektórzy bywalcy słuchali go wprost nałogowo.

 

Tym jednak, co przykuwało wiernych najbardziej, był tak zwany „Koko-koktajl”, złożony w jednej trzeciej z kokainy, a w dwóch trzecich z mieszanki whisky, ginu i koniaku. Magiczny płyn służyć miał – obok muzyki – do „przelewania ducha” i wznoszenia się na kolejne poziomy metafizyczne. Oprócz tego zadbano i o potrzeby jak najbardziej fizyczne: obficie zaopatrzony bufet, ozdobiony dwoma wielkimi złotymi sfinksami, a także wianuszek małych „gabinecików”, gdzie można się było przenieść z wybraną partnerką czy partnerem, by tam kontemplować przelewanie się ducha i „Koko-koktajlu”.

 

Napój miał ponoć znakomite własności odurzające i halucynogenne, ale zbierał również obfite śmiertelne żniwo, które ostatecznie przywiodło Ahmeda Ra do smutnego końca: policja, po nitce do kłębka, zdekonspirowała jego kabalistyczny salon, a mistrza zamknęła w więzieniu na trzy lata. Ostatni dokument dotyczący Perrina to sześciostronicowy list do Prezydenta Republiki, błagający go, by nie pozwolił na „niszczenie najwybitniejszego może kompozytora Francji od czasów Rameau” i bądź to darował mu karę całkowicie, bądź to ułatwił pracę muzyczną w celi. Do listu dołączono kilka kompozycji (w latach osiemdziesiątych XX wieku wyjęto je z akt sprawy i przekazano do zbiorów paryskiej Bibliotèque Nationale). Cztery dni później Ahmed Ra zmarł na nagłe zapalenie ślepej kiszki, dokonując życia za kratami, w głębokim poczuciu, że Francja traci w tej chwili jednego ze swych najwybitniejszych synów.