Wydanie: MWM 11/2015

O zwyczajach publiczności

Article_more
Jean-Baptiste Lully, nadworny kompozytor Ludwika XIV, w roku 1687 podczas dyrygowania orkiestrą – zdenerwowany, jak głoszą niektórzy, z powodu błędów muzyków – przebił sobie batutą palec u stopy. Wkrótce zmarł w wyniku zakażenia rany. Ten nietuzinkowy epizod nieraz stawał się przyczynkiem do prowadzenia naszych dialogów filomuzoficznych.

– Co to znaczy, że Lully pisał muzykę dworską? – pyta mała Zo, a ja tłumaczę:

– Pisał muzykę dla dworu, na przykład tańce. To była w dużej mierze muzyka użytkowa, towarzyszyła różnym uroczystościom, była częścią stylu życia tych sfer.

– Tak bardziej jak tańczenie i jedzenie?

– Owszem.

– A dziś nie wolno w filharmonii ani tańczyć, ani nawet zjeść cukierka! Za to trzeba tak długo siedzieć w jednym miejscu...!

– No tak, są pewne reguły. Ale wiesz, nawet artystom zdarzało się już nieraz naruszyć tę „religię sztuki”.

Opowiadam o koncertach rumorystów pod wodzą Luigiego Russolo i konkluduję:

– Słysząc tumult, szumy i jazgoty – i to podane w tradycyjnym przybytku sztuki, pod szyldem „muzyka” – publiczność odpowiedziała wyciem, tupaniem, a nawet rzucaniem warzywami.

– Jak oni mogli tak potraktować muzyków?! – Zo jest wyraźnie zaskoczona, a nawet oburzona.

– Chwila, moment... – odpowiadam – ale powiedz sama: kto zaczął?

Jako że jest to pytanie doskonale znane wszystkim małolatom, Zo spuściła z tonu.

 – Chciałabym tam jednak być… – dodała po chwili rozmarzona.

– Ale po której stronie?

– Najlepiej po obydwu!

No tak. Skoro już zakładamy, że podróże w czasie są osiągalne, to czemu by nie przystać na ziszczalność bilokacji?

.