Wydanie: MWM 11/2012

Nic nie jest za darmo

Article_more
Profesorowie Uniwersytetu Wrocławskiego potrafili robić interesy… Obdarzyli Johannesa Brahmsa tytułem doktora honoris causa, a następnie żądali dowodu wdzięczności i Brahms nie miał wyjścia − musiał skomponować Uwerturę akademicką

Znajomość Brahmsa z Wrocławiem zaczęła się w 1854 roku. Kompozytor miał wtedy 21 lat i nic jeszcze nie zapowiadało, że trafi do muzycznego panteonu. Ale za to Clara Schumann była już sławna i na koncercie w Teatrze Miejskim (dzisiejszej Operze) zagrała jeden z jego utworów − Scherzo z Sonaty fortepianowej f-moll op. 5. Zdecydowanie za mało, żeby uwieść tutejszych melomanów, a tym bardziej krytyków, którzy na kompozycje Brahmsa kręcili nosem i nie szczędzili złośliwości. Nic to, jak mawiał pan Wołodyjowski, Brahms w końcu zwyciężył.


Nie sam, ale z pomocą Bernharda Scholza, dyrygenta Wrocławskiego Stowarzyszenia Orkiestralnego, który twórczość kompozytora propagował z wielkim zaangażowaniem. Tak dobrze przygotował grunt, że gdy Brahms w końcu przyjechał do Wrocławia i 29 grudnia 1874 roku wystąpił przed tutejszą publicznością w potrójnej roli kompozytora, pianisty i dyrygenta, został przyjęty bardzo przychylnie. Na dodatek podbił serce wpływowego recenzenta Maksa Kalbecka, który nie mógł powstrzymać emocji, gdy pisał o pierwszym spotkaniu z artystą podczas próby generalnej poprzedzającej występ: Brahms „jak lew uderzał palcami w klawisze, których jednak nie uszkodził” (sic!), orkiestrę zmuszał do grania „wzrokiem i ruchami masywnej głowy”, twarz jego wyrażała napięcie i sarkazm, ale to wszystko łagodziły jego „wspaniałe, nieskończenie dobre, niebieskie oczy”. W następnych recenzjach Kalbeck unosił się nad „oryginalnością”, „genialnością” i „mistrzostwem” artysty oraz jego urokiem osobistym, a Brahms zaczął częściej bywać we Wrocławiu, szczodrze ów urok rozsiewając.

Występował zwykle we Wrocławskim Domu Koncertowym (Breslauer Concerthaus) przy Gartenstrasse (dziś Piłsudskiego) lub w Auli Muzycznej Uniwersytetu (Oratorium Marianum), przy okazji zawierając znajomości z tutejszą elitą intelektualną, w tym z uniwersyteckimi profesorami. Spotykał się m.in. z historykiem Alfredem Dove, filozofem i teoretykiem kultury Wilhelmem Diltheyem (to on zainicjował w niemieckim środowisku filozoficznym dyskusję na temat odrębności nauk humanistycznych) oraz pochodzącym z Zurychu sławnym chemikiem Carlem Jacobem Löwigiem. Panowie profesorowie uznali, że samo podejmowanie Brahmsa bankietami to za mało i wystąpili z wnioskiem (formalnie zrobiła to rada Wydziału Filozoficznego) o nadanie kompozytorowi tytułu doktora honoris causa za mistrzostwo w sztuce kontrapunktu, jakoż od 14 marca 1879 roku Brahms mógł stawiać przed swoim nazwiskiem skrót dr. Kompozytor grzecznie podziękował za ów zaszczyt, wysyłając swoim darczyńcom kartę pocztową. Taka forma wdzięczności nie spotkała się jednak ze zrozumieniem Senatu. Bernhard Scholz podjął się więc misji wytłumaczenia artyście, że skromność skromnością, ale za królewski dar (kto by nie chciał być doktorem?) należy się królewski rewanż, w myśl rzymskiej zasady do ut des. I Brahms zwołał muzy, żeby stworzyć Uwerturę akademicką, nazywaną też przez niego w listach do przyjaciół „Uwerturą janczarską” (ze względu na włączone do partytury instrumenty perkusyjne: talerze, triangel i wielki bęben) albo „wesołym potpourri piosenek studenckich à la Franz von Suppé”. To ostatnie określenie jest bardzo trafne, ponieważ Uwertura akademicka aż kipi żakowską wesołością.

 

Brahms zwykle był postrzegany jako człowiek nieśmiały, poważny i wrażliwy. Współcześni uważali go za kompozytora bardzo klasycznego i zachowawczego. Ale autor Niemieckiego Requiem miał także poczucie humoru, umiał się bawić, a czasem nawet wywoływał karczemne awantury. Któregoś razu grał sonatę z jakimś podrzędnym skrzypkiem i rozdrażniony jego rzępoleniem zaczął tak walić w klawisze, że skrzypek zawołał: „Ależ panie, ja siebie wcale nie słyszę!”. Na co purpurowy ze złości kompozytor warknął: „O, jaki pan szczęśliwy!”. Cenił też dobre trunki (skosztowawszy raz wina, które gospodarz zachwalał jako „Brahmsa swojej piwniczki”, zażądał przyniesienia Johanna Sebastiana Bacha) i tańca nie odmawiał, a nawet stworzył 21 nowych (no, prawie nowych, bo jego Tańce węgierskie są w większości oparte na melodiach ludowych). W Uwerturze akademickiej też się „zabawił” i wplótł cytaty z Gaudeamus igitur, średniowiecznej pieśni śpiewanej podczas suto zakrapianych, studenckich biesiad. Czyżby chciał zaafirmować korzystanie z uroków życia (jakich, każdy sobie dośpiewa)? Bo naturalna dla młodych radość życia była, niestety, tłumiona przez profesurę, choć studenci stawiali dzielny opór. Na przykład wrocławskie korporacje złożone ze studentów wydziału teologii katolickiej obowiązywał zakaz − wydany przez biskupa − przesiadywania wieczorami w piwiarniach. Panowie chodzili więc tam przed południem i po południu, wypijając nie mniej piwa niż koledzy, nad którymi biskup nie sprawował swej pieczy.

 

Uwertura akademicka została wykonana 4 stycznia 1881 roku we Wrocławskim Domu Koncertowym pod batutą kompozytora, na widowni zasiedli profesorowie odziani w togi. Wszyscy byli usatysfakcjonowani, łącznie z recenzentami. Doktorat honoris causa opłacił się, bo, prawdę mówiąc, wciąż z daru wdzięczności Brahmsa korzystamy. Wprawdzie materialnych śladów po kompozytorze zostało we Wrocławiu niewiele − Wrocławski Dom Koncertowy już nie istnieje, a Oratorium Marianum, zniszczone w 1945, zostało odtworzone w 1997 roku tylko na podstawie dokumentacji fotograficznej − jednak Uwertura akademicka wciąż brzmi radośnie.