Wydanie: MWM 12/2015

Język muzyki

Krzysztof Jabłoński - wywiad
Article_more
Do kryzysu słuchania muzyki na żywo doprowadził w dużym stopniu rynek nagraniowy. Wyjście na koncert to potrzeba, ale i koszt, pewien wysiłek, choćby dojazd, kłopot z zaparkowaniem. Zabieganie współczesnego człowieka i zanik jego potrzeb duchowych, zanik potrzeby kontaktu z drugą osobą, również nie pomagają. Wiele ludzi ucieka do nagrań, do internetu, do YouTube’a, bo to jest tańsze albo bezpłatne. Muzyka to język. Aby móc mówić, trzeba jeszcze mieć komu coś powiedzieć, a ten ktoś musi umieć słuchać. Żyjemy w czasach szalejącego „ego”. Dziś ludzie wolą sami mówić.

Grzegorz Chojnowski: Na początek chciałbym zapytać o najwcześniejsze silne muzyczne wspomnienie z Wrocławia.
Krzysztof Jabłoński
: Koniec pierwszego roku nauki w przedszkolu muzycznym na Podwalu. Zakończył się występem w Sali Koncertowej Polskiego Radia. Grałem na akordeonie. Sala prawie pełna – dla pięciolatka to było mocne przeżycie. Bardzo mi się to spodobało.

„To”, czyli występowanie?
Bycie na estradzie. Samo wyjście, granie dla ludzi to było coś, co pokochałem od razu.

Pytam o początki, bo gdy spojrzeć na biogramy tegorocznych uczestników Konkursu Chopinowskiego, można zauważyć na przykład Japonkę, która podobno zaczęła się uczyć gry już jako dwulatka. U nas się tak nie produkuje i nie produkowało wirtuozów…
Nie popieram tendencji, by dzieci intensywnie uczyć gry w tak wczesnym wieku. Inaczej jest oczywiście ze skrzypcami, one rosną wraz z dzieckiem. Nie ma fizycznych przeciwwskazań, ale pozostaje pytanie, od kiedy trenować czy wręcz tresować dzieci w grze na instrumencie. Niestety, dziś robi się to za wcześnie, co wynika z ambicji rodziców, pedagogów, a rzadko kiedy – samych dzieci. W przypadku fortepianu może to stwarzać ogromne problemy techniczne, prowadzić nawet do urazów, gdy dziecko się spina, bo przecież klawiatura jest zaprojektowana dla dorosłej ręki. Dziecko ma kłopot z objęciem akordów, większych interwałów, nie mówiąc o oktawach, które są poza zasięgiem malutkiej dłoni. Istnieje dość szeroki repertuar napisany specjalnie dla dzieci i kiedyś to się robiło naturalnie, dziś – w sposób szalony i moim zdaniem niewłaściwy. Nie mam nic przeciwko temu, by dziecko miało kontakt z muzyką od maleńkości, ale gdy mu się podsuwa zbyt trudny repertuar, jest to szkodliwe. Niemal żadnego utworu Chopina dziecko nie zagra łatwo. Nawet dziecięce polonezy są dużą przeszkodą, bo już w pierwszym takcie Poloneza g-moll mamy oktawę w lewej ręce, którą dopiero starsze dzieci mogą objąć.

Pan zaczął z przymusu czy z entuzjazmem?
To nie był przymus. Mój ojciec chciał, żebym się uczył muzyki, bo to było jego marzenie. On sam chciał być śpiewakiem. Jemu nie wyszło, więc mnie zaprowadził do przedszkola muzycznego, a tam wybór padł na akordeon. Rodziców nie stać było na inny instrument. Pamiętam, że miałem taki mały dziecięcy akordeon, do którego ojciec zrobił mi na plecy deseczkę z metalowymi haczykami, żeby utrzymać paski na wątłych ramionach.

A potem poszedł pan do szkoły muzycznej. Janina Butor była surową profesorką?
Tak. Surową, z trudnym charakterem, ale też niezwykle kochaną, matkowała mi przez wiele lat. Nie byłoby mnie tu, gdzie jestem, bez tych dwunastu lat spędzonych z nią. Zaniedbywała własną rodzinę, by uczyć mnie poza godzinami pracy, kilka razy w tygodniu. Dała mi ogromną część swojego czasu, wiedzy, serca.

Do dziś pozostaje pan najsłynniejszym wśród pianistów wychowankiem szkoły przy Łowieckiej. To oczywiście wspaniała sytuacja, ale nie martwi pana, także jako pedagoga, że wybitnych, znanych pianistów związanych z Wrocławiem, tu wykształconych, jest tak mało? W Konkursie Chopinowskim tym razem nie było nikogo. Z czego to wynika? 
Niełatwo mi odpowiedzieć. Przyczyn jest pewnie wiele. Generalnie z edukacją jest trudniej, bo młodzi ludzie chcą szybciej dotrzeć do celu, na skróty, a sztuki nie da się uprawiać zadaniowo. Nie można powiedzieć sobie, że po pięciu latach studiów będzie się sławnym i będzie się zarabiać duże pieniądze. To się udaje nielicznym. Muzyce trzeba się poświęcić, nie mając pojęcia, czy to będzie zawód, z którego uda się utrzymać. Muzyka to w naszych czasach luksus, dlatego często młodzi ludzie porzucają to zajęcie z powodu wiecznej niepewności. Raz dochód jest, raz go nie ma, więc tylko ci, którzy naprawdę pokochali muzykę, będą w stanie przetrwać, niezależnie od problemów materialnych. W życiu młodego człowieka istnieje teraz wiele pokus oddalających go od ciężkiej pracy i wyzwań związanych z muzyką.

Ale poziom edukacji też ma znaczenie?
To ta druga strona medalu. Żeby coś się wydarzyło, musi być talent, praca i pedagog, który poprowadzi i podpowie kierunek rozwoju. Świetnych pedagogów jest mało, dobrych – trochę więcej, kiepskich – najwięcej. Nie mam z wrocławską uczelnią kontaktów, więc nie wiem, jak to tam teraz wygląda, czy to problem słabej edukacji, czy braku talentów, a może mieszanina tych i wielu innych przyczyn. Nie mogę się na ten temat wypowiedzieć, nie będąc częścią tej społeczności akademickiej. Kiedyś uczyłem we Wrocławiu przez chwilę, ale nie było życzeniem szacownego grona, by mnie zatrzymać, korzystać z mojej wiedzy i doświadczenia.

Katowice czy Bydgoszcz mają swoje reprezentacje, bywają kopalniami talentów, a Wrocław w pianistyce jest ostatnio z tyłu.
To bardzo indywidualne studia. Studenci zawsze odnajdą pedagogów, których cenią, od których chcą się czegoś konkretnego nauczyć, z którymi chcą pracować. Nie jest więc tak, że w Katowicach czy Bydgoszczy wykopuje się talenty. One same przyjeżdżają, bo widzą tam dla siebie szansę w pracy z pedagogami tychże uczelni. To było kiedyś moje marzenie: zostać we Wrocławiu. Urodziłem się we Wrocławiu, nadal czuję się wrocławianinem, znam każdy niemal zakątek, spędziłem tu trzydzieści trzy lata mojego życia, chciałem spędzić też resztę. Mojej umowy po roku nie przedłużono. „Wygasła z mocy prawa”, jak mi oznajmiono. Nie miałem innego powodu, by zostać w mieście. Wszystkim nam jest zawsze milej tam, gdzie nas chcą, szanują, potrzebują…

Kiedy się zdobywa trzecią nagrodę w takim turnieju jak Konkurs Chopinowski, a potem np. Złoty Medal Rubinsteina, to kariera jest przesądzona? Wystarczy tylko utrzymywać poziom i grać?
Już nie. Kilkadziesiąt lat temu tak to działało, teraz nie. Mamy setki konkursów rocznie, dużych i małych. Kiedy spojrzymy w biogramy pianistów, każdy gdzieś coś zdobył, wygrał. Setki, tysiące laureatów. Czy wszyscy są tacy genialni, czy może po prostu byli najlepsi z tych, którzy w konkursie uczestniczyli? Wiele nagród w konkursach przyznaje się dziś nie za nadzwyczajne umiejętności, tylko dlatego, że organizatorzy i sponsorzy chcą, by jury przyznało pierwszą nagrodę. Konkurs bez zwycięzcy nie jest atrakcyjny dla publiczności, rujnuje plany organizatorów. Brak wielkich autorytetów, które miałyby odwagę podjąć taką decyzję i stać na straży poziomu, bywa też powodem. Ale nawet w pełni zasłużone laury w wielkich, prestiżowych konkursach też nie gwarantują kariery. Bardziej dziś liczą się kontakty, łut szczęścia, finanse. Współcześnie mamy rzesze nieźle wykształconych muzyków. Tylko w Chinach są miliony dyplomowanych pianistów. Merytoryka odgrywa coraz mniejszą rolę. Agentom ułatwia sprawę też to, że coraz słabiej wyedukowana muzycznie publiczność bardzo rzadko jest w stanie sama ocenić wykonawców, mieć własne zdanie. Tym zdaniem daje się sterować poprzez media, zabiegi marketingowe. Rotacja na rynku gwiazd jest coraz szybsza, co chwilę przychodzą nowi, a rynek się kurczy, publiczności ubywa. A nawet gdy nie ubywa, to sytuacja jest coraz trudniejsza, bo chętnych do kariery więcej. Do kryzysu słuchania muzyki na żywo doprowadził w dużym stopniu rynek nagraniowy. Wyjście na koncert to potrzeba, ale i koszt, pewien wysiłek, choćby dojazd, kłopot z zaparkowaniem. Zabieganie współczesnego człowieka i zanik jego potrzeb duchowych, zanik potrzeby kontaktu z drugą osobą, również nie pomagają. Wiele ludzi ucieka do nagrań, do internetu, do YouTube’a, bo to jest tańsze albo bezpłatne. Muzyka to język. Aby móc mówić, trzeba jeszcze mieć komu coś powiedzieć, a ten ktoś musi umieć słuchać. Żyjemy w czasach szalejącego „ego”. Dziś ludzie wolą sami mówić. Mniej ludzi niż kiedykolwiek w przeszłości umie jeszcze słuchać.

A jak się wyzwolić, będąc polskim pianistą, spod klątwy chopinowskiej? Za granicą polski pianista, w dodatku laureat warszawskiego konkursu, z tym repertuarem pewnie jest automatycznie kojarzony?
Ja bym tego nie nazwał klątwą. Istotnie, po samym konkursie, przez kilka lat miałem zamówienia niemal wyłącznie na muzykę Chopina. Ale nie cierpiałem z tego powodu, bo kocham jego muzykę od momentu, kiedy w wieku dziesięciu lat „zachorowałem” na to, by zagrać w Konkursie Chopinowskim. Wtedy usłyszałem Krystiana Zimermana, który w 1975 roku zdobył pierwszą nagrodę. Kolejne dziesięć lat upłynęło mi na nauce wszystkiego, co trzeba zagrać w tym konkursie, i znacznie większej liczby utworów. Dziś mam w repertuarze niemal wszystko, co Chopin napisał. I nie sprzeciwiam się, gdy organizatorzy koncertów proszą mnie, by choć połowa programu była poświęcona Chopinowi.

Co pana zawiodło i zatrzymało w Calgary? Przeprowadził się pan tam w 1998 roku.
Sześć lat wcześniej przyjechałem do Calgary na konkurs. Zdobyłem nagrodę, a okolica mnie zauroczyła. Zawsze chciałem pomieszkać w anglojęzycznym kraju, żeby lepiej poznać język. Nie tyle samo miasto, które jest nowoczesne i wygodne do mieszkania, ile natura, bliskość Gór Skalistych pomogły mi podjąć decyzję o przeprowadzce. Z punktu, gdzie mieszkamy, mam czterdzieści minut w góry. Sceneria jest niesamowita, to piękny i ciągle niezniszczony zakątek świata, gdzie zwierząt jest więcej niż ludzi. Potrzebuję takich chwil, kiedy mogę uciec od zgiełku, aby pomyśleć, o czym chcę potem opowiadać z estrady.

Jest pan kibicem hokeja?
Bynajmniej. Ale lubię patrzeć na sportowców. W hokeju drażnią mnie bijatyki i brutalność.

Ale sport w życiu pianisty powinien istnieć?
Oczywiście. W 2004 roku zacząłem intensywniej trenować, jeździć na nartach, do czego sprowokowała mnie zresztą rozmowa z melomanami po którymś z koncertów. Pytali, co robię w takim dalekim miejscu jak Calgary, na prerii. To nie jest miasto, które chętnie wybierają aktywni, koncertujący w świecie artyści. Pytali, czy chodzę po górach, odpowiedziałem: niezbyt często, nie mam czasu. Czy jeżdżę na nartach? Nie jeżdżę. No to co pan tam robi? Zacząłem więc regularnie trenować narciarstwo i rozkochałem się w tym sporcie. Staram się dbać o ruch, ćwiczę, bo wielogodzinne siedzenie przy fortepianie bywa zabójcze dla kręgosłupa i krążenia.

Slalom czy zjazd?
Najpierw był zjazd, później zamarzył mi się slalom. Ale na trenowanie slalomu jest w moim wieku za późno. Natomiast uwielbiam carving, chciałbym być w tym perfekcyjny na miarę swoich możliwości.

Pański nauczyciel, profesor Andrzej Jasiński, powiedział kiedyś – myśląc o koncercie przed publicznością – że pianista jest jak narciarz. Gdy już się zacznie, to nie można zwalniać, tylko trzeba pruć do przodu, bo nagłe zahamowanie grozi kalectwem.
(szczery i głośny śmiech)

Tak powiedział…
Miał rację, zgadzam się. Ale jeśli już rozmawiamy o narciarstwie i pianistach, to mam taki ulubiony przykład. Nader często pianiści wybierają repertuar, który przekracza ich możliwości techniczne. Porównuję to do sytuacji, kiedy ktoś stanąłby na szczycie trasy zjazdowej i chciał zjechać z prędkością 120 kilometrów na godzinę bez przygotowania. Na pierwszym zakręcie co najmniej zrobi sobie krzywdę albo się nawet zabije. W muzyce nie zabijamy siebie, ale sztukę. Cierpi na tym i publiczność, i pianista, bo wszelkie sztywności, napięcia mięśni, stawów przekładają się na konkretne urazy, a co najmniej – złe przyzwyczajenia. To wina dzisiejszej edukacji. Uczniowie chodzą na skróty, chcą używać tricków, które zdradza im pedagog. Ja zawsze mówię młodym ludziom, że nie mam dobrej wiadomości: jeśli chcesz grać lepiej i piękniej, będzie cię to kosztowało więcej pracy i więcej czasu.

Latem testował pan salę Narodowego Forum Muzyki. Polubił ją pan?
Bardzo! I nie mogę się doczekać, kiedy tam wrócę. To wielkie wydarzenie dla muzyków, pracowników, słuchaczy. Żałuję, że NFM nie powstało, gdy mieszkałem jeszcze w Polsce. Mam nadzieję, że ta sala będzie służyć pokoleniom i koszmar związany z brakiem przyzwoitej sali pójdzie w zapomnienie. NFM jest piękne, akustycznie świetne, ma kilka sal, w których można zagrać różny program. Nie mogłem się oderwać od instrumentu, grając w Sali Głównej. Ten fortepian to zresztą do pewnego stopnia moje dziecko, bo miałem przyjemność go wybierać wspólnie z dyrektorem i stroicielem. Życzę miastu i instytucji, by udało się wypracować model bezproblemowego utrzymania NFM, a wrocławianom – by pokochali chodzenie na koncerty na żywo. To zupełnie inne doświadczenie niż kontakt z nagraniem. Chciałbym widzieć tę salę zawsze wypełnioną, żyjącą.

W grudniu wystąpi pan we Wrocławiu. To będą dwa koncerty: edukacyjny i koncert kameralny, do którego zaprosił pan swoich gości. Kameralistyka to pańska druga muzyczna miłość. Solista tęskni za ansamblem?
Jakoś tak się ostatnio rozkochałem w muzyce kameralnej. Po latach występowania samemu, chce się mieć na estradzie kogoś obok siebie, współpracować, tworzyć coś razem, inspirować się nawzajem. Kameralistyka to dialog bez słów, ale można w nim wyrazić więcej niż w słowach.

Kto wystąpi?
Przyjaciele. Nawet moja koleżanka ze szkoły, Tamara Granat, też uczennica Janiny Butor, znamy się od dziecka, zagramy na cztery ręce. Także Agnieszka Rehlis, której śpiew doprowadził mnie kiedyś do łez. Będzie Kornel Wolak, klarnecista z Kanady, którego poznałem niedawno w Poznaniu podczas festiwalu Muzyczne Przestrzenie. Z nim i Jacobem Shawem zagraliśmy tam Trio klarnetowe Brahmsa. To było dla mnie wielkie przeżycie. Uwielbiam muzyków, którzy potrafią mówić poprzez dźwięki, wzruszać. Kornel do takich należy. A na koniec – nasze znane już trio z Konstantym Andrzejem Kulką i Tomaszem Strahlem, dwoma muzykami odgrywającymi w moim życiu ogromną rolę. Konstanty Kulka to postać wyjątkowa w polskiej wiolinistyce. Jego sława wykracza daleko poza środowisko muzyczne. To mój zachwyt z dzieciństwa, nie sądziłem, że kiedyś będę miał szczęście z nim tak dużo współpracować. Z Tomaszem los zetknął mnie lata temu, kiedy obaj jako siedemnastolatkowie, młodzi, obiecujący, braliśmy udział w koncercie w Jeleniej Górze. Dyrygował wtedy ojciec Tomasza, ówczesny dyrektor Filharmonii Jeleniogórskiej. Razem zaczęliśmy grać dużo później, w końcu założyliśmy Chopin Duo. To jeden z czołowych wiolonczelistów mojego pokolenia.

Potem było trio z Konstantym Kulką i między innymi płyta z kompletem dzieł kameralnych Chopina. A jest taki utwór, którego pan jeszcze nie zagrał, a ma na to wielką ochotę?
O, lista jest bardzo długa. Kiedyś był na niej III koncert fortepianowy Rachmaninowa, który tak kochałem, że przez lata bałem się go grać, żeby go nie „zepsuć”. Teraz na tej liście znajduje się na przykład III Koncert fortepianowy Prokofiewa – mam go w repertuarze od lat, choć nie miałem wiele okazji, by go wykonywać. Ale dodaję do tego zestawu również utwory mniej znanych kompozytorów, choćby koncerty symfoniczne Litolffa, czteroczęściowe ogromne dzieła, wspaniale napisane.

Pozwoli pan więc, że na koniec wyrażę życzenie, by któraś z tych premier odbyła się we Wrocławiu, w Narodowym Forum Muzyki, z tutejszą orkiestrą. To nie jest niemożliwe – dyrektor przeczyta ten wywiad i może coś się uda uzgodnić już w grudniu…
Może i tak się zdarzy, bardzo by mi się to marzyło. Jest oczywiście wiele utworów, których jeszcze nigdy we Wrocławiu nie zagrałem, a które od lat mam w repertuarze. Cały czas go zresztą rozbudowuję, bo to najlepsza dla artysty droga rozwoju: poznawać, wchłaniać coraz więcej, poszerzać horyzonty. Każdy nowy utwór, którego się nauczymy, pozwala nam ponadto utrzymywać w formie pamięć, a to dla artysty estradowego jedna ze spraw najważniejszych.