Wydanie: MWM 12/2015

Siedem myśli o muzyce współczesnej, które doprowadzają mnie do szaleństwa

Samochód
Article_more
Są drogi, które prowadzą wokół aglomeracji, miast lub dzielnic. Pierścienie o kilkudziesięciokilometrowej średnicy z samochodami nanizanymi na nie w bezpiecznych odstępach. Wyznaczają granice przestrzeni miejskiej podwójną, a oczywiście najlepiej, jeśli wielopasmową kreską. Docinają jej brzegi lub przecinają na połowę północną i południową. Otaczają wydzieloną przestrzeń dźwiękiem pochodzącym z ciągłego ruchu pojazdów. Dalsze otoczenie dróg staje się otulone monotonią dźwięku, bliższe – przytłoczone.

Obwodnica jest trudnym słowem. Brzydkim i potrzebnym. Na plakatach protestacyjnych najczęściej towarzyszy jej partykuła „nie”. Protestuje się przeciw obwodnicom, oczernia się obwodnice, zmienia się plany ich przebiegu, szukając miejsc o najmniejszej sile protestu, miejsc przebiegu o charakterze mniejszego zła. Na ustach obwodnica odciska się grymasem sprzeciwu, w głębi miejskich serc daje nadzieję. Będąc bezpiecznie daleko od obwodnicy, cieszymy się jej obecnością odciążającą miasto z nadmiaru aut, cieszymy się z nowej arterii umożliwiającej wartki strumień komunikacyjny w innych żyłach miasta. Myślimy: byle nie ja, byle nie tu, byle nie mnie wybudujcie obwodnicę. Nie bezpośrednio, nie w bliskości mojego miejskiego życia. Niech inne domy, mieszkania i życiowe przestrzenie obcują ze wszystkim, co przywozi. Niech inne uszy, oczy, nosy dźwigają jej obecność. Uszy w pierwszej kolejności, bo obwodnica to generator dźwięku, który na banerach protestacyjnych otrzymuje konkretną nazwę: hałas, szum, huk. Generator o zmiennym natężeniu, ale niewyczerpanej sile. Audytywne perpetuum mobile z zakresem emisji dźwięku, który można zawęzić tunelem lub ekranem, ale nigdy sprowadzić do zera.

 

Obwodnica w bezruchu to układ krwionośny bez krążenia. Mija się z celem. Obwodnice buduje się po to, żeby odbywał się nimi ruch. Ruch zmienny jak rubato, ruch przyśpieszający (accelerando) i zwalniający (ritardando), wariujący i ostinatowy. Ruch w pełnym zakresie temp metronomicznych – od presto łamania przepisów drogowych, przez poprawne andante środkowego pasa, po lento zawalidróg na prawym pasie. Ruch maszyn o kształtach opływowych, współpracujących z powietrzem w miękkim legato lub stawiających powietrzu donośny opór. Ruch maszyn, które z nawierzchnią łączą się oponami o sezonowo zmieniającej się twardości, a więc i różnym brzmieniu w ciągłym duecie z podłożem. Są opony mlaszczące bieżnikiem na mokrym asfalcie lub piszczące łyso pod naciskiem nogi na hamulec. Wreszcie obwodnica to burdon silników. Silnik porusza, nadaje prędkość i nie robi tego bezgłośnie. Silniki aut wielu roczników, typów i marek generują drone-music słyszalną w paśmie kilometrów. Benzyny, diesle, LPG i hybrydy jadą chórem. Wspólnie i zgodnie brzmią dwunastoletnie Volkswageny na czwórce. Inaczej niż kilka Porche Cayenne na lewym pasie, Volvo kombi w tempie stu kilometrów na godzinę. Inaczej niż dwudziestopięcioletnia Toyota z niedomykająca się szybą. Aglomeracje, miasta i dzielnice otacza dźwięczny pierścień pędzących produktów koncernów motoryzacyjnych Japonii, Francji, Niemiec. Brzmienie drone-music codziennie aktualizuje się nowymi modelami i biednieje nagłym ucichaniem tych, które nie wytrzymują tempa. Trwający dzień i noc klaster rosnących obrotów, redukcji biegów, oszczędnych hamowań silnikiem i kosztownych wyprzedzeń jest brzmieniem wspólnym miejskiej przestrzeni życiowej, wspólnym naszym czasom. Jest współczesny i przy całej swojej współczesności niechciany.

 

Jednak dojechać trzeba. Głuche uderzenie drzwi o framugę karoserii zmienia perspektywę słyszenia. Akustyczna bańka wnętrza samochodu uwodzi luksusową ciszą o małej kubaturze. Od wewnątrz prędkość to coś zupełnie innego niż z zewnątrz. Dźwięk oporu powietrza, opon na nawierzchni i pracy silnika otrzymuje we wnętrzu pojazdu nową odsłonę. Osłania nas przed nim troska koncernów motoryzacyjnych. Troska o nieobecność dźwięków samochodu w samochodzie i o wysoki design obecności skrupulatnie wybranych wyjątków. Dla nas, siedzących wewnątrz, silnik ma śpiewać inaczej. Tu ambicja koncernów sięga dalej niż design, aż po oszustwo. Najnowszy Mustang marki Ford posiada wbudowany system komputerowy aktywnie wyciszający nieatrakcyjne brzmienia maszyny, jednocześnie modelujący i wzmacniający dźwięki, które uznać można za efektowne i mile słyszane. Tytani Formuły 1, McLaren i Ferrari, idą w zawody nie tylko w kwestii prędkości i osiągów. McLaren, chcąc doścignąć w brzmieniu Ferrari 458, wbudowuje w konstrukcję modelu MP4-12C  kanał, którym dźwięk silnika przedostaje się prosto do kabiny. Specjalny przełącznik uruchamia dodatkowy generator dźwięku dbający o jakość i liczbę decybeli. Przeciętnym użytkownikom drogi, „wygłuszonym” na pełnię brzmienia własnej maszyny, pozostaje zagryźć zęby na kierownicy. Nie ze złości, choć pewnie znalazłyby się powody. Podczas tegorocznego Festiwalu Instalakcje w Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim w Warszawie publiczność miała okazję słuchać utworu, którego dźwięk przez zęby docierał do ośrodka słuchu. Wysłuchanie kompozycji zatytułowanej c Duńczyka Simona Loefflera było możliwe dzięki zaciśnięciu zębów na bambusowej trzcinie przewodzącej dźwięk bezpośrednio z dzwonków chromatycznych. Z zębami na kierownicy przewodzenie kostne pozwoli na odkrycie niuansów zmieniających się interwałów pracy silnika na tle miarowego minimalizmu – kierunkowskazów, wentylatorów, wycieraczek, aż po finał zaciągania hamulca ręcznego (jeśli nie zastąpił go bezgłośny automat). Jazda samochodem może więc stać się podróżą akustyczną realizowaną wedle partytury warunków pogodowych, stanu jezdni, współużytkowników drogi, możliwości maszyny. Jeśli to mało, do dyspozycji mamy wbudowany w pojazd system audio. Wtedy tylko bardziej należy uważać na drodze. 

Kiedy w filmie Davida Cronenberga Crash z 1996 roku samochody zderzają się w wypadku, muzyka Howarda Lesliego (twórcy ścieżki dźwiękowej do takich produkcji, jak Władca Pierścieni, Siedem czy Milczenie owiec) ustępuje piskowi opon, dźwiękom wyginającej się blachy i tłuczonego szkła. Natomiast kiedy bohater dramatu Golgota Picnic Argentyńczyka Rodrigo Garcíi specjalnie traci kontrolę nad samochodem, uderza w beton oddzielający jezdnie autostrady i wykonuje sześć fikołków, żeby sprawdzić, „czy Pasja według św. Mateusza Bacha to wytrzyma”, okazuje się, że odtwarzacz MP3 wbudowany w jego samochodzie pozostaje niewzruszony. „Dzięki MP3 można rozbić się o inny samochód albo spaść samochodem w przepaść, przy czym nie przerywa się piosenki, można jej słuchać nuta po nucie, wyraźnie, można ją nucić albo gwizdać i świetnie ci to wychodzi”. Dopiero kiedy samochód staje w ogniu, Bach w formacie MP3 poddaje się i zastąpują go syreny karetek pogotowia i wozów straży pożarnej. Efekt Dopplera zniekształca czyste kwarty syren nadjeżdżających wozów ratunkowych i rozbrzmiewa diabolus in musica. Wystarczy posłuchać legendarnych pościgów samochodowych z filmu Bullit z 1968 roku (www.youtube.com/watch?v=31JgMAHVeg0) lub filmu Ronin z 1998 roku (www.youtube.com/watch?v=MxxH0lZSYgU), żeby zrozumieć, że ruch samochodów w przestrzeni miasta nie potrzebuje dodanej ścieżki dźwiękowej. Wystarczy wyciemnić ekran i słuchać. A później może wsiąść w samochód, spokojniej, bez pośpiechu i świadomie włączyć się do ruchu, do dźwięku. Ruszyć z intencją współwykonania utworu muzyki współczesnej, który trwa w naszej bezpośredniej bliskości, senza fine.

 

Sale koncertowe mają niezmienne miejsca postoju, są architektonicznie bezterminowo zaparkowane. Przychodzimy do nich, a dźwięk podróżuje nami. Jesteśmy poruszani dźwiękami przemieszczającymi się w statycznej przestrzeni. Co z muzyki zostaje, to my poruszeni. Szaleństwem byłoby dać się poruszyć brzmieniom ruchu w mieście. Wykonaniami rubato w korkach, accelerandem na zielonym świetle, andante na mostach, legato w tunelach, dronach na obwodnicach.