Wydanie: MWM 12/2015

Ornette Coleman – wielki nieobecny Jazztopadu

Article_more
Wrocławska publiczność czekała spokojnie przez niemal pół roku od pierwszego anonsu do komunikatu, który pojawił się niemal w ostatniej chwili. Wielu miało już bilety. Skoro w tym roku ostatecznie okazało się, że Ornette Coleman nie wystąpi we Wrocławiu [zmarł 15 czerwca – przyp. red.], wróćmy do wydarzeń sprzed trzech lat i pomyślmy, że czasami koncerty niezagrane są nie mniej ważne.

Zwykle jest tak: słyszymy gdzieś urywek i, jeśli nam się spodoba, sprawdzamy wykonawcę. Jeżeli jego muzyka przy bliższym poznaniu nas nie rozczaruje, czytamy o artyście lub kompozytorze więcej. Moja przygoda z muzyką Ornette’a Colemana rozpoczęła się na odwrót. Wiele lat temu podczas pierwszej lektury kilkukrotnie opisywanej w tych felietonach książki Wszystko o jazzie Berendta trafiłem na przywołaną wypowiedź saksofonisty, że dźwięk „f” w melodii zatytułowanej „Pokój” nie powinno brzmieć tak samo jak dźwięk „f” w melodii zatytułowanej „Smutek”. To chyba zrozumiałe, że byłem wystarczająco zaintrygowany, by natychmiast rzucić się na płyty Tomorrow Is The Question!, The Shape Of Jazz To Come i Free Jazz. „To właśnie jest koncepcja bluesowego muzyka” – komentował tę wypowiedź (dość powierzchownie jak na siebie) Berendt.

 

W epitafium, jakie dla „Jazz Timesa” napisał Nate Chinen, znajdziemy słowa, które możemy potraktować jako trafniejszą i bardziej wnikliwą interpretację bon motu o dźwiękach „f”: „Bardzo możliwe, że Coleman był najwybitniejszym humanistą jazzu. W swojej muzyce, a nawet w zwykłej rozmowie, zawsze kreślił analogie pomiędzy zasadami rządzącymi muzyką a kondycją ludzką”. W tym artykule Chinen przywołuje inny cytat – z własnej rozmowy z artystą: „Na każdą nutę określaną jednym symbolem składa się tak wiele różnych częstotliwości. Ale to nie odnosi się do naszych głosów. Mówimy, ale przed rozmową nie musimy się przecież nastroić”.

 

Cytowana przez Nate’a Chinena rozmowa pochodzi z 2006 roku. Z nami Ornette Coleman spotkał się dwa lata później. Mówił wtedy, że jego osobista rewolucja nadal trwa, że walczy z powtarzalnością w muzyce, a najczęściej powracającymi w rozmowie słowami były „pomysł” i „idea”. Saksofonista miał wtedy 78 lat!

 

„Grając, muszę być naturalny i jednocześnie przekazać coś istotnego ludziom, których nigdy wcześniej nie spotkałem – mówił nam Coleman. – Nie mam pojęcia na temat ich uczuć i poglądów, ale pomaga mi świadomość, że człowieczeństwo w jakimś stopniu uzewnętrznia się w każdej osobie. Bez względu na rasę, płeć, status społeczny czy ekonomiczny. Niesamowite w człowieku jest to, że każdy ma taką samą zdolność postrzegania, jeśli tylko otworzy oczy”.

 

„Już wszystko wiadomo! Gwiazdą tegorocznej 9. edycji festiwalu Jazztopad będzie ORNETTE COLEMAN!” – takimi słowami pod koniec maja 2012 roku organizatorzy wywołali dreszcz emocji u wielu fanów jazzu, zwłaszcza że miał to być jedyny europejski koncert Colemana w tamtym roku. Niestety na kilkanaście dni przed planowanym terminem pojawiła się wiadomość, że występ giganta free jazzu jest odwołany.

 

„Ornette Coleman był na mojej liście marzeń – mówi o kulisach tego wydarzenia dyrektor artystyczny festiwalu, Piotr Turkiewicz. – Chciałem z jednej strony usłyszeć go na żywo, a z drugiej – poznać osobiście i mieć okazję spędzić z nim trochę czasu”. Zapraszając gości na Jazztopad, Turkiewicz zwykle stara się rozmawiać samodzielnie z artystami, unika pośrednictwa agentów. Sytuacja z Ornette’em była jednak o tyle nietypowa, że rolę menedżera saksofonisty pełnił jego syn, perkusista Denardo Coleman, który również miał stanąć w listopadzie 2012 roku na estradzie wrocławskiej filharmonii. To właśnie Denardo przekazał komunikat o tym, że jego ojciec na skutek zatrucia pokarmowego (oraz wynikających z niego odwodnienia i utraty masy ciała) był bardzo osłabiony. W tej sytuacji Jazztopadowy koncert odwołano, ale Piotr Turkiewicz wciąż liczył na to, że sprowadzi obu Colemanów do Wrocławia: „Pół roku później w Nowym Jorku znów spotkałem się z Denardem, który powiedział, że ojciec zaczyna wracać do formy, więc miałem cichą nadzieję, że jednak się uda”.

Mógłby ktoś powiedzieć, że karierę muzyczną tytana free jazzu kończy – jakże adekwatnie – dysonans. Pod sam koniec ubiegłego roku ukazała się płyta New Vocabulary nagrana w składzie: Ornette Coleman na saksofonie altowym, Jordan McLean na trąbce i elektronice, Amir Ziv na perkusji oraz Adam Holzman (w trzech utworach z dwunastu) na fortepianie. Już sam skład mógł był wzbudzić podejrzenia, przecież w ostatnich latach jedynym stałym zespołem Colemana był kwartet z synem na perkusji i dwoma basistami: Tonym Falangą i – zamiennie – Gregiem Cohenem lub Alem MacDowellem (ten ostatni na gitarze basowej). Jednak wiemy również, że Ornette Coleman uwielbiał jam sessions w najdziwniejszym towarzystwie, znamy historie o godzinach prób w duecie z pianistą Joachimem Kühnem, improwizowanych sesjach z marokańskim zespołem Master Musicians of Jajouka czy z zespołami uprawiającymi tradycyjną muzykę Chin. Można było więc uznać, że mistrz postanowił z jakichś powodów uchylić rąbka tajemnicy i pokazać muzykę in statu nascendi. Brzmi bowiem New Vocabulary nader dziwnie: perkusja, fortepian i trąbka są niewątpliwie nagrane w studiu, saksofon Colemana zdaje się dobiegać jakby z przyległego do studia living roomu. Lecz z całą pewnością nie można odmówić tej muzyce uroku, a Colemanowskie frazy momentami przyprawiają słuchacza (niżej podpisanego słuchacza) o gęsią skórkę.
 

Jednak musieli się mieć po dwakroć z pyszna McLean i Ziv, którzy wydali ten krążek nakładem własnej wytwórni System Dialing. Po raz pierwszy w maju tego roku, kiedy Denardo Coleman złożył w sądzie pozew, w którym oskarżył ich o bezprawne wydanie materiału. Po raz drugi – miesiąc później, kiedy okazało się, że wydany nieautoryzowany materiał zostanie zapamiętany jako łabędzi śpiew jednej z najwybitniejszych postaci w dziejach jazzu. A we wspomnieniu tym obok nazwiska Colemana będą się pojawiać – i to w najdalszym od wymarzonego kontekście – ich nazwiska.
 

Czy album New Vocabulary jest – jak chcą muzycy-wydawcy – owocem wielu miesięcy spotkań, procesu zaprzyjaźniania się i wspólnej pracy, czy też – jak chce strona reprezentowana przez Denarda Colemana – nagraniem saksofonu jego ojca, pochodzącym z jednego, na wpół przypadkowego wieczoru z 2009 roku, oprawionym w studiu ex post partiami innych instrumentów, dowiemy się, jak sądzę, nieprędko. Można za to ze sporą dozą prawdopodobieństwa zakładać, że syn i spadkobierca Ornette’a dysponuje kilometrami taśm z improwizowanych sesji odbywających się przez całe dekady w lofcie saksofonisty. Nie należy pytać, czy Denardo zaskoczy nas niepublikowanymi nagraniami ojca, ale – jak szybko to nastąpi. Czy wobec tego – nie dysponując tymczasem niczym nowszym – obraziliby się Państwo, gdyby pod choinką znalazł się taki właśnie lekko nielegalny prezent? Ja nie.
 

Na koniec, zamiast życzeń, proponuję jeszcze jeden cytat z naszej rozmowy z Ornette’em Colemanem: „W życiu próbuję unikać sytuacji, w których muszę coś zniszczyć dla zaspokojenia swoich potrzeb. Jeśli dopuszczasz się destrukcji dla osiągnięcia własnego celu, jesteś na złej drodze”.

Dobrych Świąt!