Grać czy nie grać, poplotkować można

Article_more
Jeśli masz więcej niż osiemnaście lat, pracę, stałe dochody, to możesz ewentualnie wziąć lutnię do ręki i uderzyć w struny. Niewykluczone, że ta gra ściągnie wam na głowę poważne kłopoty, więc lepiej uważać.

Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu ma w swoich zbiorach piękne sztambuchy śląskie z XVI i XVII wieku. To cenne autografy, rodzaj pamiętników, po części ksiąg rodowych lub albumów przyjaciół, które zostały udekorowane przez znanych i podziwianych artystów. Czasem moralizują, czasem ostrzegają przed życiowymi dylematami. Być czy mieć, zamieszkać w kurnej chacie, ale z ukochanym, czy w pałacu z odrażającym starcem. Trzeba jednak uważać na te lamentacje, bo dużo w nich fałszu, żółci i zazdrości.      

 

Sztambuch kupca Jacoba Petzkego ozdobiła w 1614 roku miniatura przedstawiająca balansującą na kuli, urodziwą dziewczynę, która ma do wyboru młodego lutnistę lub nieprzyzwoicie bogatego starca. Ten pierwszy przyciąga ją ku sobie delikatną nicią, ten drugi – powrozem. Dziewczyna wyciąga do lutnisty rękę z płonącym sercem, a starcowi pokazuje obelżywy gest oznaczający rogi. Epigram w banderoli i zdanie wypisane poniżej komentują tę sytuację brutalnie: „Młody dużo lepiej mi się podoba niż ty, starcze, z twoimi dobrami i pieniędzmi” oraz „Bardziej kocham rozrywacza pościeli niż pierdziela”.

 

Młodzieniec trzyma w ręku lutnię będącą erotycznym symbolem kobiety. Ba, nawet kobiety rozwiązłej (dziś powiedzielibyśmy: wyzwolonej). Na szczęście jeszcze lutni nie stroi, ale i tak panna balansująca na kuli rozumie, co młodzieniec obiecuje. Starzec też nie chce ustąpić pola i walczy z siłą muzyki mieszkiem wypełnionym złotem. Kogo kobieta wybierze? Zgodnie ze słowami poety – „Na nic zaloty starca, czasem miłości jest młodość” – oblubieńcem będzie przystojny muzyk.

 

Na innej miniaturze, też ze sztambucha Petzkego, on gra na lutni, ona siedzi obok i czule go obejmuje. Ten „Koncert we dwoje” można interpretować jako jedność w miłości. Piękna harmonia, może nawet czysta (lutnia bywa też symbolem miłości małżeńskiej), ale wrocławski historyk sztuki, profesor Piotr Oszczanowskim, uważa, że chodzi raczej o nieco nieodpowiedzialną, młodzieńczą miłość. Ta odpowiedzialna wyglądała trochę inaczej. Przynajmniej w mieszczańskim Wrocławiu sprzed stuleci. Ona starsza od czwartego męża o ćwierć wieku, on prawie pięćdziesięcioletni wprowadza do łożnicy siedemnastolatkę. Praktykowano bowiem powszechnie bardzo rozsądne związki „na zakładkę”: najpierw młoda wychodziła za starszego, potem zostawała wdową (dojrzałą i z mężowskim majątkiem), a następnie brała sobie za mąż młodego. Jeśli miał trochę szczęścia, to zostawał dojrzałym wdowcem. Z pełnym skarbczykiem. I brał za żonę młodą kobietę. Podział chyba sprawiedliwy.

 

Oczywiście byli tacy, co uważali, że taki z pełnym skarbczykiem nie będzie miał już ani sił, ani serca do zajmowania się muzyką. Już Owidiusz pisał: „Jak piękny jest zwyczaj, by miłość odpowiadała wiekowi; odrażający jest stary żołnierz, odrażająca miłość starca”. W sztambuchu Petzkego wzrok przyciąga miniatura przedstawiająca kawalera grającego na lutni. W bufiastych, hiszpańskich spodniach, ze szpadą, gra z pasją, na przykład koncert d-moll Vivaldiego. Profesor Oszczanowski uważa, że takie przedstawienie może mieć związek z tematem etapów w życiu mężczyzny. Jest lutnia, jest młodość – Adolescentia Amori

 

Oszczerstwo, nic więcej, bo muzyka powinna nam towarzyszyć do końca życia, co dowiódł choćby Gerhard Hendrik, pochodzący z Niderlandów wybitny rzeźbiarz. Do Wrocławia przyjechał około 1586 roku z Gdańska. Tam osiadł jego ojciec, wygnany z ojczyzny przez wojnę. Gerhard powinien po nim odziedziczyć warsztat, był najstarszy. Ale z nieznanych przyczyn musiał szukać szczęścia nad Odrą. Przybysz z zewnątrz, żadnych koligacji, znajomości. Tylko talent. Wystarczył, żeby dostać się do warsztatu Friedricha Grossa, znakomitego rzeźbiarza i architekta. A potem odziedziczyć po mistrzu warsztat i żonę.

 

I jedno, i drugie pierwsza klasa, bo warsztat zgarniał najlepsze zlecenia w mieście, a żona – z domu Rindfleischówna – skoligacona była z całym wrocławskim patrycjatem. Miała jeden feler, zbliżała się do trzydziestki, była nawet troszkę młodsza od Hendrika, ale jak na XVI wiek zaliczała się już do grupy niewiast… cóż, statecznych. Nic to, jako pani Hendrik urodziła aż ośmioro dzieci. A kiedy pożegnała się z tym światem po szesnastu latach małżeństwa, Hendrik rozpaczał pół roku, a potem poprowadził do ołtarza w kościele Marii Magdaleny siedemnastoletnią Barbarę Wittig, wnuczkę Friedricha Grossa.

 

Ona – nastolatka, on – prawie pięćdziesięciolatek. Nie wypada zaglądać nowożeńcom do łożnicy, ale dziewięć miesięcy po nocy poślubnej urodził się im syn Daniel. Poza tym były podobno sposoby, żeby cieszyć się udanym życiem intymnym. Masaż uszu do nich należał, słuchanie muzyki też. Najlepiej oczywiście, jeśli byłby to koncert w wykonaniu pryszczela lekarskiego (znanego powszechniej jako „hiszpańska mucha”), ale Vivaldi też pomagał się odstresować. Nastoletnia Barbara, wychodząc za Hendrika, raczej nic o powinnościach żony nie wiedziała. Ale gdy osiem lat później została wdową, była już kobietą doświadczoną. Bynajmniej nie zamierzającą rezygnować z darów Erosa. O czym dowiedział się (niestety) cały Wrocław. Dziesięć miesięcy po pogrzebie Hendrika wyszła za mąż za jego ucznia, bardzo utalentowanego rzeźbiarza Gregora Hahna. Trzy miesiące później chrzcili już dziecko… W księdze metrykalnej przy wpisie o chrzcinach małego Hahna ktoś postawił czerwony wykrzyknik. Owszem, przedwczesne porody się zdarzały, przedłużone ciąże też (szczególnie kiedy urzędowy ojciec długo był nieobecny), ale dziecko w trzy miesiące po nocy poślubnej było jednak ewenementem.

 

Cóż, ideały w życiu zdarzają się rzadko. Idealna żona musiała wykazać się posiadaniem pięciu „p”: pulchra – piękna, prudens – roztropna, pia – pobożna, pudica – wstydliwa i pecuniosa – pieniężna, czyli bogata. Co bardziej doświadczeni w małżeńskich bojach dorzucali jeszcze szóste „p”: parva, czyli mała. Miła żonka miała być niewielkiego wzrostu, bo z dwojga złego lepiej wybrać to mniejsze. Żeby więc tych sześciu „p” doświadczyć, trzeba było co najmniej trzy razy dokonać wyboru (bo szczęście zwykle chodzi parami). Kobiety raczej o zdanie nie pytano. Zresztą, skoro była wstydliwa i pobożna – trzecie i czwarte „p” – żądań wobec mężczyzn nie stawiała. Grunt, że mogła wyjść za mąż, bo staropanieństwo było traktowane jak biblijna plaga. W śląskiej prasie z ubiegłego stulecia stwierdzano wręcz, że samotne kobiety są w społeczeństwie niczym. Autorzy (mężczyźni!) znaleźli jednak na to lekarstwo – wielożeństwo. Ewentualnie monogamia seryjna. 

 

Wszyscy byli zadowoleni. Kobiety dostały mężów bogatych, młodych, zdolnych, biegłych w sztukach wszelakich. Mężczyźni cieszyli się towarzystwem nastoletnich panien, kobiet doświadczonych i posażnych. A wrocławianie mogli kupować wspaniałe dzieła sztuki z doskonale rozwijającego się warsztatu prowadzonego przez Grossa, Hendrika i Hahna, w kamienicach na rogu Kotlarskiej i Nowego Targu.

.