Wydanie: MWM 01/2016

Śpiewanie jak język ojczysty

Dorota Sosna i Anna Wilczyńska - wywiad
Article_more
Śpiewanie trzeba zacząć jak najwcześniej, jeszcze w okresie prenatalnym. Zresztą małe dzieci mają naturalną potrzebę śpiewu i w żłobkach, przedszkolach, istnieje wiele zajęć ze śpiewaniem, ale potem spontaniczna muzykalność ulega zablokowaniu. To bardzo źle, bo śpiew ma działanie terapeutyczne. Wiemy, że człowiek słyszy już po dwudziestym tygodniu ciąży. Rozpoznaje głosy, zapamiętuje dźwięki.

Joanna Michalska: Czy w waszych domach się śpiewało?
Anna Wilczyńska:
Moja mama, która nie była muzykiem, śpiewała przy wszelkich pracach, gdy obierała ziemniaki, gotowała. Z czasem ja też zaczęłam podśpiewywać, pamiętam, że raz z tęsknoty za mamą, gdy była w pracy, wypatrywałam jej za oknem i śpiewałam rzewną melodię. Innym razem przywieziono nam węgiel na opał, był już wrzucony do komórki, a ja jako mała dziewczynka wybierałam okruszki spośród trawy do koszyka i śpiewałam sobie o węglu.

Dorota Sosna: W moim domu rodzinnym nie śpiewano kołysanek, za to ja śpiewałam dzieciom na dobranoc. Nie znałam kołysanek, więc śpiewałam kolędy: Lulajże Jezuniu, Cicha noc.

A.W.: Podczas ciąży z pierwszą córką ćwiczyłam do egzaminu z fortepianu. Gdy Nastusia miała trzy lub cztery miesiące zaczęłam grać dla niej bardzo emocjonalny walc Chaczaturiana, a ona leżała obok nieruchomo jak mały kartofelek, niezainteresowana niczym. Potem grałam utwór Bacha – spokojny, o niezwykle przejrzystej strukturze, jak to u Bacha. Zerknęłam kątem oka, a mój kartofelek się ożywił. Więc zaczęłam grać piosenki ludowe i śpiewać, a ona cała się wyprostowała i zaczęła wydawać przeróżne dźwięki razem ze mną. Widać dla dzidziusia wybitny Chaczaturian nie umywa się do śpiewu mamy.

 

Prowadzicie „Pośpiewaj mi mamo, pośpiewaj mi tato” – pierwsze w Polsce warsztaty śpiewania kołysanek adresowane do rodziców, w tym do par dopiero spodziewających się dziecka. Jak zaczęło się to przedsięwzięcie?
A.W.:
Pomysł pojawił się w 2008 roku, gdy dyrektor Andrzej Kosendiak został dziadkiem. W domu stale śpiewano bliźniaczkom – śpiewali i młodzi rodzice, i doświadczeni już dziadkowie. Po dwóch latach eksperymentów w rodzinnym gronie ruszyła akcja „Pośpiewaj mi mamo, pośpiewaj mi tato” we Wrocławiu. Dyrektor chciał, żeby zajęcia były bezpłatne i trwały pół godziny, co nie obciąża maluchów ani rodziców. O prowadzenie warsztatów poprosił członków Chóru NFM. Najpierw śpiewaliśmy w szkołach rodzenia, potem poszliśmy na oddziały położnicze w szpitalach. Z początku zajęcia prowadziły aż trzy osoby, teraz, kiedy dopracowaliśmy formułę warsztatów, wystarcza jedna.

D.S.: Obecnie organizujemy zajęcia także w miejskich bibliotekach, centrach kultury, w czekoladziarni, Kinie Nowe Horyzonty, Muzeum Narodowym, a w lecie – w parkach. Po niedzielnych koncertach Filharmonii Familijnej zapraszamy uczestników na wspólne śpiewanie.

 

Uczycie kołysanek na pamięć?
A.W.:
Kiedyś uczestnicy dostawali teksty. Śpiewali na zajęciach, a jak przychodziliśmy następny raz, niczego nie pamiętali. Któregoś razu podjechaliśmy z kolegą pod szkołę rodzenia i zorientowaliśmy się, że oboje zapomnieliśmy kartek. Śpiewaliśmy więc z głowy, a rodzice powtarzali. Na następnym spotkaniu w tej szkole okazało się, że rodzice dużo zapamiętali – w ten sposób odkryliśmy, że lepiej uczyć kołysanek na pamięć. Dopiero po ostatnim spotkaniu rozdajemy kartki z tekstem. Uczestnicy zajęć śmieją się, że to metoda z przedszkola, ale działa.

 

Ilu kołysanek uczycie w ciągu trzech półgodzinnych spotkań?
A.W.:
Przygotowujemy dziewięć, realizujemy zwykle od trzech do sześciu.

 

Pamiętasz pierwsze zajęcia, które prowadziłaś?
A.W.:
Przyznam, że nie, ale pamiętam jedną z pierwszych placówek – szpital na Brochowie, bo sama dwa razy tam rodziłam. Cieszyłam się, że mogłam panie, leżące na oddziale nawet parę miesięcy, oderwać od problemów i pikania aparatury.

 

Jak dobieracie repertuar?
A.W.:
Kołysanki zebrały Aldona Bartnik i Agnieszka Niezgoda, to one pierwsze prowadziły zajęcia. Pamiętały je z dzieciństwa, wyszukały, zasłyszały. Kiedyś we wspomnianym szpitalu na Brochowie pani, która była w drugiej ciąży, powiedziała, że śpiewa pierwszemu dziecku Siwą chmurkę i zaczęła nucić: „Siwa chmurka po niebie płynie, siwy ptaszek za oknem śpi, mały świerszczyk zasnął w kominie, zaśnij, dziecinko, zaśnij i ty”. Koleżanka współprowadząca zajęcia zanotowała melodię i tekst – w ten sposób do programu trafiła kołysanka, która stała się naszym przebojem. Jest prosta i urocza, można się jej szybko nauczyć. Moja córka Natalia ją uwielbia. Niedawno, gdy przejęta emocjami po pierwszych dniach w szkole kręciła się w łóżku i nie mogła zasnąć, zaśpiewałam jej bardzo wolno Siwą chmurkę i zapadła w sen jeszcze w trakcie pierwszej zwrotki.

 

Korzystacie z gotowych opracowań nutowych?

A.W.: Prawie nie ma nut kołysanek, przygotowujemy je sami. Łatwiej znaleźć nagrania, na przykład Justyny Steczkowskiej. Ale są wyjątki, choćby album Kołysanki z tekstami, nutami oraz płytą Magdy Umer i Grzegorza Turnaua.

 

Skąd wzięły się plastelinowe ludki, symbol programu?

A.W.: Ich autorką jest Beata Zdęba, graficzka, ilustratorka książek dla dzieci. Wymyśliła ludziki i logotyp projektu.

 

Jakie piosenki poza Siwą chmurką są przebojami?

A.W.: „Jadą, jadą dzieci drogą”, którą dyrektor Kosendiak pamięta z domu, z dzieciństwa. To chyba najstarsza pozycja w naszym repertuarze, nie wiadomo, kto był autorem muzyki, tekst napisała Maria Konopnicka w XIX wieku.

 

Czy cały czas powstają nowe kołysanki? W jednej spośród śpiewanych przez was, mowa jest o Dobranocce, to pewnie nowy utwór.
A.W.:
Dobranocka się skończyła to kołysanka z mojego dzieciństwa, uczestnicy zajęć ją kojarzą. Nie mogłam nijak znaleźć, kto jest autorem W lesie ciemno już, aż w pewnym żłobku jacyś państwo powiedzieli, że im ten utwór śpiewali dziadkowie, a gdzieś indziej starsza pani powiedziała, że tuż po wojnie radio często emitowało tę kołysankę, to była wtedy najpopularniejsza piosenka dla dzieci.

 

Uczestnicy zajęć kojarzą większość kołysanek z własnego dzieciństwa?
A.W.:
Zdecydowanie nie, niektórzy znają Siwą chmurkę, bo nagrał ją Turnau, bywa że znają Jadą, jadą dzieci drogą. Im młodsi ludzie, tym słabiej znają kołysanki, ale pamiętają piosenki Fasolek.

 

To znaczy, że im rodzice nie śpiewali?
A.W.:
Czasem mówią, że u dziadków się śpiewało, w domu nie. Dlatego cieszą się, że „Pośpiewaj mi…” pomaga im odblokować się i zacząć śpiewać.

 

Ale dlaczego są zablokowani?
A.W.:
Bo mają szeroki dostęp do płyt, radia, telewizji. Są tacy, którzy puszczają dzieciom nagrania, na You Tube znajdują półtoragodzinne playlisty „muzyki dla maluszka” – tak to się teraz załatwia. Z jednej strony naród ma „parcie na śpiewanie”, co widać po wszelakich telewizyjnych talent shows, ale z drugiej – powszechne śpiewanie wygasa. A szkoda, bo głos jest najprostszym, najłatwiej dostępnym instrumentem. Ludzie mogą się zbliżyć do siebie poprzez śpiew. Śpiewanie daje poczucie bezpieczeństwa, pomaga komunikować się.

D.S.: A ja uważam, że ludzi blokują strach i kompleksy. Myślę, że nasze pokolenie jest zakompleksione: „Nic nie umiem, nie śpiewam, nie odzywam się, nie wychodzi mi”. Nie wolno o nikim mówić dobrze, tylko podkreśla się słabości. W Polsce nie ma teraz zwyczaju śpiewania. Pamiętam z wakacyjnego wyjazdu do Chorwacji, jak młodzi Chorwaci wyjęli gitarę i godzinę śpiewali non stop, a my, Polacy, wykonaliśmy Szła dzieweczka, Poszła Karolinka, Hej sokoły i nasz repertuar się skończył.

Chcecie rozśpiewać Polaków?
D.S.:
Rację miał dyrektor Kosendiak, mówiąc, że śpiewanie powinno być jak język ojczysty. Trzeba zacząć naukę jak najwcześniej, jeszcze w okresie prenatalnym. Zresztą małe dzieci mają naturalną potrzebę śpiewu i w żłobkach, przedszkolach, istnieje wiele zajęć ze śpiewaniem, ale potem spontaniczna muzykalność ulega zablokowaniu. To bardzo źle, bo śpiew ma również działanie terapeutyczne, wzmacnia naturalną skłonność do spontanicznego i kreatywnego wyrażania siebie. Wiemy, że człowiek słyszy już po dwudziestym tygodniu ciąży. Rozpoznaje głosy, zapamiętuje dźwięki. Jedna z lekarek na konferencji położników opowiedziała nam, że rodzice przyszli zbadać niemowlaka, bo reagował histerycznie na matkę, akceptował tylko tatę. W wywiadzie lekarskim okazało się, że tata jest Niemcem i w czasie ciąży to małżeństwo mieszkało w Niemczech i między sobą rozmawiało po niemiecku. Gdy po porodzie przebywali w Polsce, a mama mówiła do dziecka po polsku – tak jak powinno się w rodzinach dwujęzycznych: każde z rodziców mówi w swoim języku – maluch wpadał w panikę, bo nie znał tego brzmienia. Gdy dziecko się urodzi, świat jest obcy i straszny. Wszystko, co już zna – na przykład śpiew, głos rodziców – daje mu poczucie bezpieczeństwa.

 

Czy dużo mężczyzn przychodzi na zajęcia?
A.W.:
Do szkół rodzenia przychodzą głównie pary, więc tak samo na nasze zajęcia. Często mężczyźni są sceptyczni, siedzą z założonymi rękami i patrzą z ukosa, ale z czasem podnoszą pochylone czoło, mimika im się rozluźnia i gdy już zaczynają żartować, wiem, że jest dobrze. Zdarza się, że pan na pierwszych zajęciach siedzi zamknięty w sobie, jakby za ścianą i ani razu się nie odezwie. Przychodzimy na drugie zajęcia i pytamy, czy uczestnicy pamiętają piosenki, na sali konsternacja, a ten pan, co siedział z założonymi rękami, zaczyna śpiewać – okazuje się, że pamięta i melodię, i tekst! Panowie są zawstydzeni, może to lulanie jest niemęskie? Ale przekonują się, że to nieprawda. Mój mąż śpiewa z naszymi córkami duet Libiamo przy myciu zębów. Nie chodzi o to, żeby śpiewać perfekcyjnie, tylko żeby spędzić z dzieckiem intymne chwile każdego dnia, mieć czas tylko dla niego, okazać czułość, troskę, ciepło. W przyszłości wszystko to wróci nas rodziców w postaci zaufania, wrażliwości, czułości ze strony naszego dziecka.

D.S.: Na zajęcia na placu Staszica przyszedł tata z trójką dzieci, czwarte było wtedy w drodze, powiedział, że wieczorem usypia wszystkie maluchy śpiewając kołysanki, a mama może wtedy zająć się sobą, to ich rodzinny rytuał.

A.W.: Jeden z naszych prowadzących, który sam jest ojcem, był kiedyś przy okazji zajęć w szpitalu. Idzie korytarzem, a tam jakiś tata z niemowlęciem zatrzymuje go nagle: „To pan! Pan był u nas w szkole rodzenia i uczył kołysanek! Wie pan, że to działa? Naprawdę działa”. Jak facet mówi coś takiego drugiemu facetowi, to już coś znaczy!

 

Czy na warsztaty przychodzi ktoś poza rodzicami?
D.S.:
Babcie, czasami opiekunki, zachęcamy do udziału lekarzy, położne.

 

Gdzie poza Wrocławiem można uczestniczyć w „Pośpiewaj mi…”?
D.S.:
Dotarliśmy do Rzeszowa, Gdańska, Szczecina, teraz czekamy na Warszawę, mamy kontakt z Białymstokiem. Na Dolnym Śląsku na warsztaty można chodzić w Trzebnicy i Siechnicach.

 

Co przyciąga na zajęcia?
A.W.:
Teraz wiele mówi się o wychowaniu w bliskości, ludzie chcą dawać jak najwięcej miłości swoim dzieciom. Nie bez znaczenia jest fakt, że nasze zajęcia są bezpłatne.

 

Jak dzieci reagują na śpiew rodziców?
A.W.:
Dzieci są bardzo zdziwione, jeśli mama nie śpiewała do tej pory. Pewna ciężarna mówiła, że gdy śpiewa dziecko zawsze zaczyna skakać w brzuchu. Widocznie się cieszy. Poza tym, śpiewając, pracujemy mięśniami, przeponą i dziecko chce się ruszać razem z nami. Miałam kiedyś zajęcia na placu św. Macieja z rodzicami maciupkich dzieci, dorośli je bujali na rękach, śpiewając, i wszystkie maluszki zasnęły.

D.S.: Prezentowałyśmy nasz program na jakiejś imprezie dla rodziców już pod koniec dnia, na sali był szum, bo maluszki były zmęczone, znudzone, niemowlaczki jęczały, raczkujące smyki eksplorowały świat. Po prelekcji na temat programu, zaprosiłyśmy do wspólnego śpiewania kołysanki – szkraby pełzające po sali zatrzymały się, kwilące maluchy zaczęły nasłuchiwać, dzieci otworzyły szeroko oczy i zapanowała cisza. Kontakt z muzyką, śpiewanie pomaga skoncentrować uwagę, daje poczucie bezpieczeństwa, stymuluje rozwój mowy, poszerza słownictwo, zwiększa integrację różnych rodzajów inteligencji, na przykład  językowej, emocjonalnej, kinestetycznej.

A.W.: Opowiadali nam rodzice, ale też rodzeństwo osób niepełnosprawnych intelektualnie, że takie dzieci bardzo dobrze reagują na śpiewanie, jest to skuteczna forma komunikacji z nimi.

D.S.: Takie maluchy są często nastawione odtwórczo, więc chętnie powtarzają piosenki, słyszą, że to im wychodzi i są zadowolone. Śpiew jest wykorzystywany również w leczeniu jąkania.

 

W ramach programu pojawiły się też zajęcia dla dzieci w szpitalach.
A.W.:
Prowadziłyśmy śpiewanie piosenek dziecięcych i muzyczne zabawy na oddziale onkologii i na ortopedii, żeby oderwać małych pacjentów na chwilę od choroby. Bardzo chętnie brali udział we wszelkich konkursach, tworzyli nowe zwrotki do „Wlazł kotek”. Zazwyczaj na początku jest ściana między nami a dziećmi, ale potem ona się rozsypuje i dzieci świetnie się bawią.

 

Co najbardziej podoba wam się w pracy w „Pośpiewaj mi…”?
A.W.:
Cudowne spotkania z ludźmi, którzy się otwierają, uśmiechają, ja mogę się do nich uśmiechać. Ludzie widzą piękno w prostocie kołysanek.

D.S.: Na mnie nieustannie robi wrażenie skuteczność „Pośpiewaj mi…”. Ci, którzy nie śpiewali, odblokowują się i zaczynają śpiewać. Na naszych oczach dzieci się wyciszają, zatrzymują, obserwują, a na koniec zajęć…często zasypiają. Widzimy, ile dobrego program daje maluszkom.