Wydanie: MWM 01/2016

Najważniejsza jest więź

Profesor Sandra Trehub - wywiad
Article_more
Nic nie zastąpi żywego śpiewania, barwy głosu rodzica, ciepła zawartego w śpiewie, kontaktu twarzą w twarz, nawet jeśli się trochę fałszuje! Wtedy rodzą się pieśni bliskości i bezpieczeństwa, takie intymne hymny – nawet gdy usłyszymy je w dorosłym życiu, w trudnych chwilach, przywołają szczęśliwe wspomnienia dające siłę. Dlatego tak ważne jest, by rodzice śpiewali to, co naprawdę lubią, co przychodzi im naturalnie. Czysto muzyczna jakość takiego wykonania ani rodzaj piosenki nie mają żadnego znaczenia.

Katarzyna Gąsior: W legendarnym filmie Davida Warka Griffitha Nietolerancja z 1916 roku niczym wizualny refren powraca obraz kobiety – w tej roli amerykańska gwiazda kina niemego Lilian Gish – bujającej „kołyskę świata”. W komentarzu reżysera możemy przeczytać, że to „Odwieczna Matka, bezustannie kołysząca, wczoraj i dziś, te same ludzkie niedole i namiętności”. Pamiętam bardzo wyraźnie, jak moi koledzy ze studiów, ale przede wszystkim profesorowie, naśmiewali się z tej sceny; do dziś nie mogę pozbyć się wrażenia, że to dlatego, iż przedstawiała pracę kobiety, kobiecy – to znaczy intymny, niepoważny – świat. Przypomniałam sobie o tym, gdy w jednym z pani artykułów przeczytałam: „Nierówności pomiędzy płciami [gender inequities] w obrębie poszczególnych kultur czasem prowadziły do tego, że muzyka kobiet – głównie lamenty i kołysanki – nie były w ogóle brane pod uwagę jako muzyka, a przez to nie stawały się przedmiotem zainteresowania badaczy”. Czy czuje pani, że współcześnie nadal obowiązuje w muzyce, literaturze oraz sztuce podział na świat kobiecy i świat męski (to znaczy ten „prawdziwy”, „poważny”)?
Sandra Trehub: Kiedy badaczka przybywa do danej społeczności, aby w nią głębiej „wejść”, potrzebuje informatora, kogoś, kto będzie jej przewodnikiem. Z moich doświadczeń wynika, że taką osobą najczęściej bywa mężczyzna. Ilekroć próbowałam wytłumaczyć, że jestem zainteresowana muzyką wykonywaną dla niemowląt i malutkich dzieci, męski lider i tak próbował najpierw pokazać mi to, co on i „starszyzna” uważali za najcenniejsze i najbardziej godne zaprezentowania przybyszce z zewnątrz. Musiałam więc być naprawdę uparta i długo nalegać, by zobaczyć kobiety opiekujące się niemowlętami. W tych małych społecznościach wyraźnie widać było, że to mężczyzna decyduje o tym, co jest ważne. Nauczyłam się więc z czasem, by nie zadawać pytań, a raczej oferować kobietom swoją pomoc w domowych sprawach. Nawet jeśli nie znałam języka, po prostu wchodziłam do domu, kręciłam się tu i tam, próbując zrobić coś pożytecznego, biorąc na ręce dzieci. Wtedy mogłam zostać świadkiem rzeczy, którymi byłam naprawdę zainteresowana. Rozumiem, że ci męscy przewodnicy chcieli mi zaprezentować rzeczy, które były ciekawe z historycznego czy jakiegoś innego punktu widzenia, i że niekoniecznie nawet dewaluowali to, czym zajmowały się kobiety, ale mieli swoje powody, żeby decydować, co jest w społeczności ważne. I tym czymś nie była opieka nad dziećmi. To daje bardzo wybiórczy obraz danej kultury. Myślę, że w dawnych czasach etnomuzykolodzy bardzo polegali na relacjach tych przewodników! Dlatego nawet nie próbowali opisywać tego, co robiły kobiety, bo nikt im o tym nie opowiadał. Poza tym większość z tych badaczy była mężczyznami, a badając małe społeczności, nauczyłam się, że gdy pojawia się obcy mężczyzna, nikt nie zachowuje się naturalnie, zwłaszcza kobiety. Zrozumiałam jeszcze wyraźniej, dlaczego antropolog musi po prostu żyć w danej społeczności przez kilka lat, żeby zorientować się, co tam się naprawdę dzieje.

 

Najważniejszą częścią repertuaru kobiecego są kołysanki. Czym właściwie są? Dlaczego są tak ważne? Czy ich słowa mają znaczenie, czy ważniejsze są melodia i barwa głosu? Dlaczego kołysanki są uniwersalne?
Kołysanka występuje we wszystkich kulturach, bo działa! Ludzie intuicyjnie zaczęli wymyślać piosenki, które miały pocieszające, kojące właściwości. Ale jeśli chodzi o sam termin „kołysanka”, to w różnych kulturach rozumiany jest na różne sposoby. Europejczycy mają tendencję, by nazywać tak piosenki kojące. Ja również nazywam kołysankami delikatne utwory, których głównym celem jest uspokojenie dziecka, ukołysanie go i uśpienie. W Ameryce ludzie śpiewają głównie bardzo żywiołowe piosenki, będąc w bliskim kontakcie fizycznym, twarzą w twarz. Natomiast w wielu małych społecznościach w rozmaitych częściach świata, które odwiedziłam, ludzie nadal śpiewają, by po prostu ukołysać dziecko do snu. To dalece mniej popularne na Zachodzie. Czasem jeszcze zdarza się, że ktoś zaśpiewa kołysankę w porze kładzenia się do łóżka, ale w wielu społecznościach Turcji czy Indii to wciąż codzienny rytuał – niemowlęta zasypiają przy dźwiękach kołysanek. Zauważyłam, że kołysanki są śpiewane w kulturach, gdzie matki niemal bez przerwy mają dziecko przy sobie, w chuście, nawet podczas pracy. Tu jednak głównym celem jest nie tyle uśpienie dziecka, co sprawienie, by było spokojne i zrelaksowane. W różnych kulturach mamy różne systemy wartości i inne wyobrażenia na temat tego, co jest ważne dla dziecka. Gdyby osoba z zewnątrz przybyła do Ameryki Północnej i poobserwowała matki opiekujące się dziećmi, mogłaby stwierdzić, że zachowują się nachalnie: przez cały czas starają się stymulować niemowlę, pobudzać je do śmiechu – w rezultacie większość śpiewanych przez nie piosenek jest bardzo energetyczna. Niezwykle rzadko uciekają się do kojącego repertuaru. Zazwyczaj też nie trzymają dziecka na rękach podczas śpiewania, ale sadzają je na wysokim krzesełku albo na huśtawce, patrzą mu w oczy, czasem bujają, trzymają je za rękę, uśmiechają się – to wszystko jest formą zabawy. W innych częściach świata niemowlę spoczywa w kołysce lub na ręku opiekuna, jest delikatnie bujane.

Pytała pani, czy słowa są ważne. Dla niemowląt słowa to tylko dźwięki; są więc ważne jako dźwięki muzyczne. Kołysanki są też bardzo repetytywne, całe frazy i struktury melodyczne powtarzają się, a ich słowa to często nonsensowne sylaby jak „lu, lu, lu”. Powtarzają się zresztą w różnych kulturach – to dźwięki, które mają wypełniać wersy, pasować do melodii. Kiedy dzieci zaczynają śpiewać, również nie rozumieją słów, tylko je powtarzają, dla nich więc to wciąż tylko dźwięki nieniosące znaczenia. Myślę też, że rodzice często nie zwracają uwagi na to, co śpiewają. To się oczywiście zmienia w przypadku piosenek dla starszych dzieci, które zawierają elementy ruchowe, na przykład If You’re Happy and You Know It, Clap Your Hands albo The Wheels on the Bus.

Pamiętam, że gdy byłam mała i moja babcia śpiewała mi do snu, często zasypiała przede mną! A to były często bardzo ciekawe i bardzo „nieodpowiednie” dla małego dziecka piosenki: ludowe historie miłosne, piosenki o żołnierzach, kochankach i tak dalej…
Nie ma czegoś takiego, jak piosenka nieodpowiednia dla dziecka! Małe dzieci słuchają tonu głosu i ogólnego nastroju, jaki nadajemy śpiewance. Ważne, by śpiewać to, co się zna i lubi, i nadawać temu swój indywidualny rys.

 

W jednym z pani tekstów natknęłam się na zabawną wzmiankę dotyczącą słów kołysanek z różnych stron świata: pod każdą szerokością geograficzną powtarzają się obietnice nagrody dla dziecka za zaśnięcie lub przepowiednie świetlanej przyszłości. Ta kariera zależy od kręgu kulturowego: jak dorośniesz zostaniesz harpunnikiem, prezydentem, zemścisz się na wrogu rodziny! Co może pani powiedzieć o innych podobieństwach, a co o różnicach pomiędzy kołysankami z odległych zakątków świata?
Kołysanki wszędzie są niezwykle ważnym elementem tradycji, przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Niektóre są tak wiekowe, że ich wykonawcy nie mają już pojęcia, co znaczą słowa, gdyż język przez lata tak bardzo się zmienił. Kiedy spyta się śpiewającego, o czym jest dana piosenka, nie potrafi odpowiedzieć, a mimo to przekazuje ją swoim dzieciom. Jedną z najpopularniejszych na Zachodzie kołysanek, znaną w wielu różnych wersjach, również w Europie Wschodniej, jest Rock-a-bye Baby. Jest w niej mowa o kołysaniu dziecka na wierzchołku drzewa, ale potem dziecko spada. Niektóre wersje, na przykład ukraińska, idą jeszcze dalej: dziecko umiera i zostaje pogrzebane! Myślę, że nikt nie zastanawia się nad znaczeniem tych słów, gdy je śpiewa niemowlęciu, po prostu powtarzamy je mechanicznie po naszych babciach. Inna sprawa, że mało kto na Zachodzie zna dziś więcej niż jedną–dwie zwrotki tradycyjnych kołysanek. Moje doświadczenie mówi, że kołysanki są jakby zamrożone w czasie, niezmienne – powtarzamy je tak, jak je zapamiętaliśmy. Nikt nie uczy się nowych kołysanek, nawet jeśli te stare wydają się nieprzyzwoite czy nieodpowiednie. Czasami, ze względu na niewielką znajomość tradycyjnych kołysanek, opiekunowie używają piosenek, które dobrze znają i wykonują je w łagodny, kojący sposób: dajmy na to Twinkle, Twinkle Little Star można zaśpiewać szybko, jak radosną piosenkę do zabawy, ale można bez trudu przerobić ją na kołysankę. Tak postępuje większość rodziców: śpiewa to, co zna, różnicując tylko sposób wykonania.

 

A więc sklasyfikowanie piosenki jako kołysanki to tak naprawdę tylko kwestia tempa i dynamiki?
Tak! Tempo, barwa i ton głosu, dynamika, nastrój.

 

Wróćmy do podziału ról płciowych. Czy ojcowie śpiewają kołysanki i czy jest to popularna praktyka w którejś z badanych przez panią społeczności? Czy według pani możemy powiedzieć, że rola ojca we współczesnej rodzinie zmienia się na tyle, by móc powiedzieć, że mężczyźni wkraczają na obszar zarezerwowany dotąd dla kobiet? Wiem, że może to brzmieć jak truizm, zwłaszcza na Zachodzie, ale rewolucje obyczajowe nie zawsze przekładają się na codzienne życie, może szczególnie w Polsce…
Oczywiście zaszło wiele zmian, ale w praktyce to osoba, która spędza na opiece nad dzieckiem najwięcej czasu, będzie mu śpiewała, niezależnie od tego, czy jest kobietą czy mężczyzną. Doświadczyłam natomiast trudności z udokumentowaniem tego, że ojcowie śpiewają. Wielu mężczyzn odwiedza nasze laboratorium, ale większość z nich nie zgadza się na zarejestrowanie ich głosu, gdy śpiewają swoim dzieciom, w przeciwieństwie do kobiet, które nie protestują właściwie nigdy. Ojcowie podczas badań bawią się z dziećmi, ale bardzo się pilnują, żeby nie śpiewać, a spytani twierdzą, że w domu też tego nie robią (choć często żony za ich plecami pokazują mi gestami, że to nieprawda!). Kiedy jednak odwiedzałam rodziny w domach, ojcowie czuli, że są na swoim własnym terytorium i mimo mojej obecności śpiewali dzieciom. Myślę, że największa różnica tkwi w samoświadomości i skłonności mężczyzn do kontrolowania swojego wizerunku: matki nigdy nie przejmują się tym, czy ktoś pomyśli, że „nie mają głosu”. Są skupione na dziecku, ich głównym celem jest sprawienie mu przyjemności, zwłaszcza jeśli nagrywamy reakcje dziecka: matki chcą, by ich pociecha wypadła jak najlepiej. Muszę jednak przyznać, że ojcowie odznaczają się większą inwencją, jeśli chodzi o śpiewanie dzieciom: ponieważ rzadko znają dobrze dziecięcy repertuar, improwizują na temat swoich ulubionych piosenek, popowych, rockowych, na przykład zespołu The Beatles, czasem modyfikują tekst i wstawiają tam imię dziecka – słuchanie ich jest fascynujące, podczas gdy matki śpiewają w kółko te same pioseneczki. Twinkle, Twinkle Little Star czy Itsy Bitsy Spider słyszałam już tysiące razy!

Czy coraz popularniejsze śpiewanie nienarodzonym dzieciom ma sens?
Wiemy, że w ostatnim okresie rozwoju płodowego dźwięki docierają do dziecka, ale nie ma udokumentowanych badań dowodzących, że ma to jakieś dobroczynne właściwości, byłabym więc ostrożna w nakłanianiu rodziców do takiego postępowania. Dla wielu osób to dziwaczne i sztuczne zachowanie. A jednak często rodzice mówią mi, że śpiewają swojemu nienarodzonemu dziecku. W takiej sytuacji wycofuję się i mówię tylko: jeśli czujecie, że to dla was ważne, śpiewajcie. Ale nigdy nie mówię przyszłym rodzicom, którzy nie mają do tego przekonania, że powinni to robić.

 

Może za to zmienia się coś w rodzicach…
Jeśli rodzice czują, że w ten sposób budują więź ze swoim dzieckiem, to wspaniale. Jednak nie chciałabym przekonywać nikogo na siłę, że to niezbędne. Najważniejsze to czuć się dobrze z tym, co się robi, żyć w zgodzie ze sobą. Wydaje mi się, że dziś wiele matek podchodzi do rodzenia i wychowania dziecka zadaniowo, jakby to był proces naukowy, a nie naturalna forma interakcji międzyludzkiej, kontynuowana od tylu pokoleń. Czytają więc podczas ciąży te wszystkie podręczniki i nabijają sobie głowę „właściwymi” i „niewłaściwymi” zachowaniami – tym, co należy robić, a czego nie wolno. A śpiewanie kołysanek na przykład powinno być przyjemnością, a nie obowiązkiem, bo inaczej to nie ma sensu.

 

Czy kołysanki mogą być narzędziami enkulturacji? Czy śpiewanie dzieciom kołysanek może pomóc w wychowaniu ich na lepszych słuchaczy – wrażliwszych na wypowiedzi innych ludzi, ale także na muzykę?
Psychologia nie zna odpowiedzi na to pytanie. Należy zauważyć, że opiekunowie śpiewają dzieciom kołysanki tylko do końca okresu niemowlęcego, potem zazwyczaj do nich nie wracając, więc większość dzieci w czasie, gdy sama zaczyna śpiewać, nie pamięta kołysanek. To raczej piosenki związane z zabawą, wykonywane przez dziecko wielokrotnie wspólnie z dorosłym, a potem samodzielnie, wprowadzają w świat kultury. Rodzice, nawet jeśli znają wiele dziecięcych piosenek, zazwyczaj powtarzają kilka ulubionych. To właśnie te utwory stają się dla dziecka wyjątkowo ważne, ukochane, z nimi dziecko jest szczególnie związane i przywołuje je nawet, gdy opiekuna nie ma w pobliżu, śpiewając je z wielką radością i miłością. Takie piosenki są jak talizman bezpieczeństwa i dobrych wspomnień. Myślę, że to właśnie pozwala dziecku już zawsze kojarzyć muzykę z czymś przyjemnym, radosnym, potrzebnym. Muzyka to radość, niezależnie od tego, czy jesteśmy jej odbiorcami, czy wykonawcami. Nawet gdy dzieci są zbyt małe, by płynnie mówić, potrafią płynnie śpiewać. Nie rozumieją słów, ale ćwiczą umiejętność wydobywania dźwięków. Wzrastają w przekonaniu, że muzyka to dźwiękowe źródło radości, że dzięki niej łatwiej się wyrażać niż dzięki samej mowie. Malutkie dzieci wyrażają to ruchem, bo zanim będą zdolne wydawać artykułowane dźwięki, podrygują do muzyki, a starsze odgrywają ciałem wydarzenia z piosenki, zanim będą w stanie o nich zaśpiewać. To wszystko buduje w nich mapę pozytywnych muzycznych skojarzeń.

 

To poruszające. I współbrzmi z innym pani artykułem, w którym przeczytałam: „Naiwnością byłoby twierdzić, że samo śpiewanie może zmienić niewrażliwych rodziców we wrażliwych. Jednak w połączeniu z profesjonalnym wsparciem, śpiew może znacząco poprawić dobre samopoczucie zarówno niemowląt, jak i opiekunów”. Jakie są największe dobrodziejstwa płynące ze śpiewania kołysanek? I czy jest tak, że opiekunowie, rodzice potrzebują ich tak samo, jak dzieci? A może potrzebują ich nawet bardziej?
Myślę, że korzyści są obopólne i równe. Tak to działa w większości nieźle sytuowanych rodzin. Jednak w trudniejszych sytuacjach, w rodzinach wymagających wsparcia opieki społecznej, rodzice potrzebują zachęty, pokierowania, bo mają problemy z właściwym zajęciem się niemowlęciem. Jedną z cudownych zalet śpiewania jest to, że dzięki niemu dziecko staje się „łatwiejsze w obsłudze”, spokojniejsze. Ze śpiewem jest jak z uśmiechem: można nie mieć na to ochoty, ale kiedy troszkę się zmusić i spróbować, świat wydaje się przyjaźniejszym miejscem! Ludzie często powątpiewają w swoje kompetencje rodzicielskie, nie wierzą, że potrafią dać swojemu dziecku miłość, ale kiedy śpiewają i widzą, jak ono żywo reaguje, czują, że są skuteczni. Niemowlęta są zazwyczaj oczarowane, wręcz zahipnotyzowane śpiewem rodzica. Fascynacja i uwaga dziecka są wspaniałą nagrodą dla rodzica i zachęcają do dalszego próbowania swoich sił. To bardzo obniża stres nieuchronnie związany z rodzicielstwem. Czasami obawiam się, gdy po raz kolejny widzę w gazecie doniesienia o dobroczynnym wpływie muzyki na dziecięcą psychikę, że czytający to rodzice będą woleli puszczać dzieciom nagraną muzykę, bo stwierdzą: „Nie mam głosu, nie potrafię śpiewać, lepiej włączę płytę z Mozartem”. A nic nie zastąpi żywego śpiewania, barwy głosu rodzica, ciepła zawartego w śpiewie, kontaktu twarzą w twarz, nawet jeśli się trochę fałszuje! Czysto muzyczna jakość takiego wykonania ani rodzaj piosenki nie mają żadnego znaczenia, najważniejsza jest więź. Wtedy rodzą się pieśni bliskości i bezpieczeństwa, takie intymne hymny – nawet gdy usłyszymy je w dorosłym życiu, w trudnych chwilach, przywołają szczęśliwe wspomnienia dające siłę. Dlatego tak ważne jest, by rodzice śpiewali to, co naprawdę lubią, co przychodzi im naturalnie. Wtedy ta jednostronna, a potem wspólna czynność, jaką jest śpiewanie, stanie się istotnym elementem wychowania i budowania więzi pomiędzy rodzicami a dzieckiem.

 

Czy zatem w ogóle ważne jest, by rodzice śpiewali kołysanki i piosenki pochodzące z ich kręgu kulturowego?
Jest to ważne o tyle, że bliskie kulturowo piosenki są dla rodziców istotne, bo związane z własnym dzieciństwem, własnymi wspomnieniami. Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale tutaj w Kanadzie, a także w Stanach Zjednoczonych, kiepsko sobie radzimy z popularyzowaniem tradycyjnego repertuaru. Chyba wciąż za mało zdajemy sobie sprawę z ważkości takiego dziedzictwa. Ludowy repertuar ulega zapomnieniu, nie jest już częścią żywej tradycji, a staje się przedmiotem badań naukowców. Dobrze byłoby nawet, gdyby był w programie szkolnym. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdy dzieci dorosną, będą śpiewały te szkolne piosenki własnemu potomstwu. W tym zawiera się unikatowe piękno i bogactwo każdej kultury: mamy wiele wspólnego, a jednak różnimy się w smakowitych szczegółach, które warto ocalać.

Jednak podam taki przykład: kiedyś przeprowadzałam wiele badań wśród imigranckich matek. Rozmawiały między sobą i mówiły do swoich dzieci w ojczystym języku, ale gdy im śpiewały, to najczęściej te same anglosaskie kołysanki, które słyszałam w kanadyjskich domach! Czasem uczyły się piosenek z telewizji. Gdy spytałam je, dlaczego to robią, odpowiadały: „Ponieważ chcę, żeby moje dziecko było Kanadyjczykiem”. Ale to nie było zasadą, po prostu różni rodzice mają różne pragnienia: podczas gdy jedni byli dumni, że śpiewają swoim dzieciom kołysanki z własnego dzieciństwa w kraju ojczystym, inni czerpali satysfakcję z faktu, że ich pociecha słyszy te same piosenki, co wszystkie inne dzieci z sąsiedztwa. Nie mogę sugerować rodzicom, które piosenki są wartościowsze – wartościowa jest interakcja sama w sobie. A żeby do niej doszło, rodzice muszą śpiewać coś, co jest dla nich ważne. Tylko wtedy robią to z uczuciem. Jeśli chodzi o repertuar tradycyjny, to według mojego doświadczenia raczej babcie, a nie matki, są jego strażniczkami w rodzinach, i to one najczęściej zapoznają swoje wnuki z dawnymi kołysankami i pieśniami.

 

Porozmawiajmy o tradycjach, które nam, ludziom Zachodu, mogą wydawać się co najmniej szokujące. W dokumentalnym filmie mongolskiej reżyserki Byambasuren Daava Opowieść o płaczącym wielbłądzie matka odrzuca nowo narodzone wielbłądziątko, nie chce go karmić. Rodzina stepowych pasterzy, do których należy stado wielbłądów, posyła do miejskiego domu kultury po muzyka, który grając na lutni morin-chuur i śpiewając, skłania samicę do płaczu i zaakceptowania dziecka. Trudno w to uwierzyć, ale takie historie wciąż zdarzają się w tradycyjnych społecznościach Azji Centralnej. Wiem, że pani również zgłębiała to zagadnienie oraz nagrywała niezwykłe „kołysanki dla zwierzęcych matek”. Czy może nam pani przybliżyć te tradycje?
Mój znajomy Frederic Leotar z Montrealu jest etnomuzykologiem, specjalistą od muzyki Azji Centralnej. Spędził wiele czasu w tym regionie; obserwował wiele tradycyjnych społeczności pasterskich i zauważył, że bardzo często pierwsze dziecko zwierzęcej matki – jagnię, wielbłądziątko, cielak jaka – zostaje odrzucone. Matka wydaje się przestraszona, odpycha potomka, nie chce go karmić, a bez pokarmu zwierzę nie przetrwa. Kobiety, bo to one zajmują się w tych społecznościach zwierzętami, śpiewają niespokojnym matkom, poklepują je i głaszczą, by je uspokoić. Gdy matka stoi spokojnie, cielątko może zacząć ssać. Jeśli już raz się to uda, zazwyczaj przy następnych potomkach nie ma tego problemu. Łagodne kołysanki pomagają samicom przezwyciężyć początkowy strach związany z nową dla nich sytuacją, z lękiem przed tym małym obcym, który szturcha ich ciało. Ta tradycja trwa w środkowej Azji od pokoleń. Myślę, że mówi również coś ważnego i pięknego o stosunku ludzi do zwierząt w tych społecznościach.

 

Prawdopodobnie odpowiedziała już pani dobitnie na moje ostatnie pytanie poprzez wszystko, co pani mówiła, ale mimo to zapytam jeszcze: czy potrzebujemy głębszego, częstszego kontaktu z naszą wewnętrzną, kruchą – a może wcale nie kruchą! – dziecięcą naturą? Czy kołysanki mogą nam pomóc w podtrzymaniu kontaktu z naszymi emocjami?
Oczywiście. Dziś tak bardzo się dokądś spieszymy, że wszystko, co pozwala nam na chwilę się zatrzymać, zadumać, jest dla nas zbawienne. Te bezcenne chwile spędzone na byciu razem, śpiewaniu dziecku, to prawdziwy odpoczynek. Rodzice myślą o dobroczynnym wpływie śpiewania kołysanek na dziecko, ale często nie zdają sobie sprawy, jak bardzo leczy to i wzbogaca ich samych.