Wydanie: MWM 01/2016

Klocki brzmią pięknie

Kacper Miklaszewski - wywiad
Article_more
Polecałbym wszystkie formy muzykowania. Działając z dziećmi małymi, nie sięgałbym po środki elektroniczne – mikrofony, wzmacniacze, przetwarzanie dźwięku, syntezatory. Zacząć trzeba od tego, co umiemy robić wszyscy, czyli od śpiewu. Potem instrumentem muzycznym może być każdy przedmiot – klocki trzymane w dłoni zwiniętej w rurkę brzmią pięknie. A klucze, sztućce, kawałki rur kanalizacyjnych, groch i sucha fasola w pudełeczku? Najważniejsze, by dzieci poznały, rozpoznawały i umiały powtórzyć krótkie motywy, jakie składają się na najprostszą muzykę. Ich muzykę.

Piotr Matwiejczuk: Jak ważny w hierarchii zmysłów jest słuch? Jakie informacje dzięki niemu otrzymujemy?

Kacper Miklaszewski: Słuch jest co najmniej tak ważny, jak wzrok, odbiera sygnały ostrzegawcze ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa. Nie można zamknąć uszu, tak jak zamyka się oczy. Ale uwaga: dzieci, zwłaszcza nowo narodzone, posługują się wszystkimi zmysłami równie często i intensywnie. Węch (zapach domu, matki), smak (mleko matki, pot, łzy), dotyk (nic tak nie koi jak przytulenie, dotknięcie małego człowieka ciepłą ręką) – to zmysły równie ważne, jak wzrok i słuch, którym my, dorośli, przypisujemy większą rolę w poznawaniu świata. Cywilizacja sprawiła jednak, że porozumiewając się z innymi ludźmi, odwołujemy się najczęściej do wzroku i słuchu.

 

Czy słuch dziecka jest dużo czulszy, niż słuch dorosłego?

Zakłada się, że dziecko rodzi się ze słuchem normalnym, a więc takim, jak u dorosłego. Lekarzy i psychologów niepokoją obecne przy narodzinach defekty słuchu – dotykają one niewielkiego odsetka dzieci i utrudniają późniejszy rozwój. Stąd sprawdza się słuch noworodków w pierwszych tygodniach życia. Uwaga dziecka jest przy tym podzielna zupełnie inaczej niż dorosłego. Z jednej strony dziecko nie spostrzega wielu bodźców, które zauważa rodzic, ale – z drugiej strony – niejednemu dorosłemu zdarzyło się widzieć dwulatka, który nagle odrywa się od zabawy na środku pokoju i biegnie do drzwi wejściowych z okrzykiem: „Mama!”. Usłyszał bowiem szczęk kluczy lub szuranie butów na klatce schodowej, odróżnił od innych hałasów i rozpoznał po tym matkę. Dla dorosłego były to dźwięki bez znaczenia; mogły nawet przeminąć niezauważone. Jeśli ktoś bliski gwizdałby, podchodząc do domu zawsze ten sam motyw melodii, to małe dziecko rozpoznawałoby go nawet wtedy, gdy byłby jeszcze na ulicy.

 

Wielu dorosłych ludzi, zwłaszcza Polaków, twierdzi, że „słoń nadepnął im na ucho”. Czy to słoń, który depcze nasze predyspozycje biologiczne, czy może w miarę upływu lat zadeptuje nasz słuch i umiejętności muzykowania w procesie socjalizacji? Albo inaczej: czy wszystkie dzieci rodzą się z dobrym słuchem muzycznym?

Skoro znakomita większość dzieci uczy się mówić, to dlaczego te same dzieci nie miałyby się nauczyć śpiewania? By sprawdzić, czy słoń naprawdę nadepnął na ucho, trzeba przeprowadzić test drugiego pokoju: zastanowić się, czy nie widząc ekranu grającego telewizora, na przykład będąc w drugim pokoju, potrafimy odróżnić „Teleexpress” od „Wiadomości”. Jeśli tak, to mamy słuch wystarczająco dobry, by rozkoszować się muzyką i poznawać ją. Z początku mogą być trudności z rozróżnieniem twórczości Zygmunta Noskowskiego od Władysława Żeleńskiego, ale już z dostrzeżeniem różnic między muzyką Karola Szymanowskiego a utworami Marii Szymanowskiej kłopotu być nie powinno. Oczywiście, dyspozycje naturalne, wrodzone można rozwinąć, ale też bardzo zaniedbać. Gdyby szkoły działały dobrze w tym względzie, 95 procent społeczeństwa potrafiłoby czysto zaśpiewać hymn narodowy, psalmy w kościele i piosenki kibiców sportowych. To repertuar nie trudniejszy niż Wlazł kotek i Sto lat.

 

Jednak nie tylko szkoła ma do odegrania ważną rolę. Może jeszcze ważniejszy jest dom i śpiewanie rodzinne. Czy warto rozpocząć je, kiedy dziecko jest jeszcze w brzuchu mamy?

Zawsze warto, a zwłaszcza wtedy, gdy umysł jest plastyczny i otwarty na uczenie się. W ostatnich trzech miesiącach ciąży dziecko uczy się postrzegania świata, na którym niebawem się pojawi. W momencie narodzin płacze tylko chwilę, gdyby znalazło się w całkiem nowym środowisku płakałoby bez ustanku. Jest więc w brzuchu mamy uczniem idealnym. Oczywiście, nie należy mącić mu w głowie; ograniczyłbym się do bardzo prostych piosenek śpiewanych przez najbliższych.

 

Co słyszy i jak odbiera muzykę człowiek dorosły, z pewnym bagażem doświadczeń audytywnych, a jak słyszy dziecko, które dopiero poddawane jest procesowi socjalizacji, w tym socjalizacji muzycznej?

Każdy dorosły, niezależnie od profilu wykształcenia, powinien zrozumieć treść ulotki dołączonej do lekarstwa lub instrukcji obsługi urządzenia użytku domowego. Tak się dzieje dzięki zdobytemu doświadczeniu; uczenie się – także w szkole – nie jest niczym innym, jak zdobywaniem doświadczenia w ściśle uporządkowany sposób. Od dziecka, zwłaszcza małego, tego nie wymagamy. Dorosły z upodobaniem może chodzić do filharmonii lub słuchać improwizacji awangardowego jazzu, wybierać muzykę nadawaną przez radio lub oferowaną w internecie – nawet bardzo wyszukaną i trudną. Dziecko z łatwością (i przyjemnością) uważnie wysłucha muzyki, której struktury będą dostosowane do jego wieku. Jest przecież jakaś różnica między czytankami z elementarza a rozprawami filozofów egzystencjalistów. Przy czym dziecko zdrowe, zainteresowane światem, chętnie będzie przysłuchiwać się muzyce trudniejszej. Być może za pierwszym razem nie dostrzeże w niej tego piękna, które zachwyca dorosłych, ale będzie się uczyć i rozwijać. Słuchając symfonii Haydna po raz trzeci, dziesięciolatek może zaskoczyć nas trafnością komentarzy.

Dorosły człowiek wyposażony jest w bagaż doświadczeń słuchowych – przechowuje w pamięci muzykę, którą słyszał. Na jego uszy nałożone więc zostały „filtry” związane z przyzwyczajeniami i wynikającymi z nich oczekiwaniami. Czy mogą być dobre lub złe? Co zrobić, by wyposażyć niemowlę, małe dziecko, dorastającego kilku-, kilkunastoletniego człowieka w odpowiednie „filtry”? Przypomina mi się historia córki Nicolasa Slonimsky’ego, muzykologa i kompozytora, której ojciec w dużych dawkach aplikował w dzieciństwie nagrania utworów dodekafonicznych. W efekcie, już jako dorosła osoba, była kompletnie obojętna na jakąkolwiek muzykę…

Nie próbowałbym rozwijania zainteresowań muzycznych młodych ludzi przez odtwarzanie im nagrań z muzyką awangardową. Dlatego choćby, że świadomie wybranym celem tej twórczości było odrzucenie konwencji ukształtowanej przez wieki; konwencji, która dziś dalej jest żywa i znakomicie ułatwia nam muzyczne porozumiewanie się, a także dlatego, że dzieciom potrzebna jest przede wszystkim muzyka żywa: śpiewana i grana w ich obecności, dla nich i do nich. Nasz odbiór rzeczywistości i sygnałów wysyłanych do nas przez innych ludzi, także w postaci sztuki, którą powinniśmy rozumieć, to rezultat doświadczenia. Im więcej słuchamy muzyki i im bardziej jest ona różnorodna, tym szersze „filtry” i bogatszy arsenał skojarzeń, tym więcej powodów, by interesować się muzyką.

 

Mówi się jednak, że dzieci są bardzo otwarte na rozmaite, często skrajne doznania słuchowe. Jak więc muzykować z dziećmi? Co może sprawiać im frajdę w uprawianiu muzyki?

Polecałbym wszystkie formy muzykowania. Działając z dziećmi małymi, nie sięgałbym po środki elektroniczne – mikrofony, wzmacniacze, przetwarzanie dźwięku, syntezatory. Zacząć trzeba od tego, co umiemy robić wszyscy, czyli od śpiewu. Potem instrumentem muzycznym może być każdy przedmiot – klocki trzymane w dłoni zwiniętej w rurkę brzmią pięknie. A klucze, sztućce, kawałki rur kanalizacyjnych, groch i sucha fasola w pudełeczku? Najważniejsze, by dzieci poznały, rozpoznawały i umiały powtórzyć krótkie motywy, jakie składają się na najprostszą muzykę. Ich muzykę. Pamiętajmy: małych dzieci nie obchodzą różnice między klasyką a rozrywką, muzyką dawną i awangardą współczesności. One – na całym świecie – mają swoją muzykę dziecięcą, dopasowywaną do ich możliwości przez lata doświadczeń rodziców i dziadków, w dużej części tworzoną przez same dzieci. To wyliczanki i piosenki w rodzaju Kółko graniaste, Mało nas do pieczenia chleba, Jawor, jawor, jaworowi ludzie.

 

Ktoś jednak musi nauczyć dzieci tych piosenek. Co zrobić, gdy rodzic nie czuje się na siłach? Jak wówczas umuzykalniać dzieci?

Śpiewać mimo to. Dzieci rodziców głuchoniemych lub jąkających się w większości uczą się mówić i mówią bez kłopotów. Jeśli rodzic myśli, że fałszuje, to dziecko – wiedząc, jak śpiewają inni – pierwsze zwróci mu uwagę. I będzie to wielki sukces tego rodzica.

 

Niegdyś śpiewanie dzieciom – czy to na wsi, czy to w domach mieszczańskich lub arystokratycznych – było powszechne. Istniał ogromny repertuar dziecięcy. Jednak już wiele lat temu kontakt z muzyką został niemal całkowicie ograniczony do radia, telewizji, nagrań, internetu. Czy fakt ten zmienił jakoś nowe pokolenia?

Nie da się, ot tak, zatrzymać biegu historii i przemian kulturowych. Media elektroniczne – wszystkie, od telefonu poczynając – sprawiają, że tracimy wiele z kontaktów osobistych. Ale czy życie w domu na wsi sto pięćdziesiąt lat temu, bez elektryczności, przy jednym piecu, było lepsze niż dziś? Ludzie żyli krócej… Dobrze byłoby jednak nie stracić wszystkiego. Nie powierzajmy więc nauki języka i nauki muzyki maszynom, choćby nawet o bardzo wyrafinowanej budowie. Muzyka to sposób porozumiewania się, w niej kryją się treści – nie tylko estetyczne, lecz także moralne, historyczne. To wielkie źródło poznania siebie i świata, a muzykowanie – w rodzinie, w gronie przyjaciół – to przecież najprostszy akt takiego poznania. Nagranie jest wynalazkiem znakomitym, ale jego wysłuchanie będzie wartościowe, gdy odwoła się do doświadczeń zdobytych w żywym obcowaniu z muzyką.

 

Wspomniałeś o treściach, jakie zawiera muzyka. Jej uprawianie wiąże się również z ogólnym zdobywaniem tak zwanych kompetencji życiowych.

Zjawisko transferu, przeniesienia doświadczeń z jednej sytuacji na drugą, nawet między różnymi dziedzinami działania, fascynuje psychologów od dawna. Lecz trudno znaleźć tu wyniki jednoznaczne, zwykle w badaniach pojawia się zbyt wiele czynników interweniujących. O przyjaźni i umiejętności porozumiewania się z innymi mówiliśmy wcześniej. Rozważanie budowy utworu muzycznego może ułatwić zrozumienie gramatyki języka, a dyscyplina pracy w chórze lub orkiestrze, która zwykle zdumiewa obserwatorów z zewnątrz, może być doświadczeniem chętnie przenoszonym potem do innych dziedzin uczenia się lub do pracy.

 

Z popularnością mediów elektronicznych, o której wspominaliśmy, wiąże się jeszcze jeden problem: ogromna liczba bodźców dźwiękowych, którymi zalewa nas współczesny świat. Jak chronić siebie i nasze dzieci przed chaosem współczesnej fonosfery?

Niestety i od tego aspektu naszej kultury nie da się uciec. Nadmiar informacji i jej różnorodność szybko prowadzą do chaosu, braku rozumienia przekazu, niechęci do zgłębiania jego istoty. W stosunku do dzieci małych, decyzje należą do nas. Niech radio nie gra razem z telewizorem, a owe niech milczą, gdy używamy komputera. Telefony można wyłączyć, a rozmowy przełożyć na czas, gdy nie będziemy działać z dziećmi. Smucą informacje o coraz większym odsetku dzieci w szkole podstawowej i niższej szkole średniej z trwałymi uszkodzeniami słuchu, jakie dochodzą z wielu krajów cywilizowanych. Rodzice nie powinni zgadzać się na nagłaśnianie imprez w przedszkolach i szkołach na poziomie, jaki „obowiązuje” w dyskotekach. Słuchawki na uszach dzieci małych – bardzo rzadko i zawsze pod kontrolą rodziców.

 

Wobec młodzieży najlepiej odwołać się do rozsądku. Zastraszająco szybko rośnie liczba nastolatków z trwałymi uszkodzeniami słuchu, które w przyszłości uniemożliwią uprawianie takich zawodów, jak lekarz, pilot samolotów, reżyser dźwięku. Rodzice wszystkich dzieci, od przedszkola do liceum, mogliby zacząć domagać się od szkół, by te przeznaczyły pewne środki (nierzadko dość duże) na akustyczną adaptację klas i korytarzy. Ciekaw jestem, czy dożyję czasu, gdy wejście do polskiej szkoły podczas przerwy przestanie kojarzyć się z przerażającym hałasem.

 

I najważniejsze: uciekajmy w ciszę. Wakacje, wycieczki do lasu – bez słuchawek na uszach, bez głośniczków, głośnych imprez. Dźwięki natury to najpiękniejsza muzyka, a cisza i ciemność – świetni terapeuci. Turnus sanatoryjny trwa trzy tygodnie, to minimum, jakiego nasz organizm potrzebuje, by coś się w nim zregenerowało. Sześć tygodni wakacji w