Wydanie: MWM 01/2016

Od kołysanek do kolęd

Ksiądz profesor Franciszek Rosiński - wywiad
Article_more
Niejedna kołysanka została przekształcona w kolędę, podobnie jak inne świeckie piosenki, a nawet tańce ludowe: polonezy, krakowiaki i kujawiaki. Trudno ustalić liczbę polskich kolęd i pastorałek, podaje się, że jest ich nawet około czternastu tysięcy, bo istnieją różne warianty lokalne. Kołysanki były śpiewane zawsze, to jeden z najstarszych „gatunków muzycznych”. Mają jasną funkcję: usypiać dziecko. Ze spokojną melodią i powtarzalnym tekstem piosenki łączy się bujanie kolebki, co daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i bliskości.

Joanna Michalska: Na naszych oczach zmienia się obyczajowość, mam wrażenie, że kolęd głównie słuchamy z płyt, sami prawie nie śpiewamy. Podobnie jest chyba z kołysankami?
Ksiądz profesor Franciszek Rosiński:
Pytałem dziś pewną panią, czy zna kołysanki. Odpowiedziała, że jej dzieciom śpiewała babcia, bo ona sama nie umie żadnej kołysanki. Mówiła też, że prawie nie używa się już kołysek. Co do kolęd, moja mama znała ich chyba dwieście i to wszystkie zwrotki, ja znam może około dwudziestu.

 

Czy zakonnicy w klasztorze śpiewają kolędy?
Wigilię rozpoczynamy modlitwą, poświęceniem opłatków i dań wigilijnych, a potem właśnie kolędą. Następnie jemy, a gdy zaspokoimy pierwszy głód – bo przecież Wigilia jest dniem postnym, więc jesteśmy głodni – znów śpiewamy, ile tylko kolęd i zwrotek znamy. Po świętach, w uroczystość Trzech Króli mamy w klasztorze, podobnie jak świeccy w swoich domach, wizytę duszpasterską, popularnie zwaną „kolędą”. Przełożony i proboszcz chodzą od pokoju do pokoju i śpiewa się kolędy.

 

Jaka jest ojca ulubiona kolęda?
Gdy śliczna Panna Syna kołysała i Lulajże Jezuniu. Kiedyś wybitny etnograf, profesor Aleksander Lech Godlewski, opowiadał podczas wykładu, że na polinezyjskiej wyspie Raiatea tubylcy poprosili go: „Zaśpiewaj nam pieśń swojego ludu”. Wykonał hymn narodowy, na co oni odpowiedzieli: „Tu nie czujemy duszy twojego ludu.” Próbował różnych pieśni – harcerskich, góralskich, ale reakcja była zawsze ta sama. Gdy zabrakło mu piosenek, zaśpiewał Lulajże Jezuniu. Było to w iście niekolędowej scenerii: tropikalne lato, kołyszące się palmy, plaża nad oceanem. Krajowcy ożywili się, przy drugiej zwrotce już kiwali głowami do rytmu, a przy trzeciej współnucili.

 

Czyli ulubione kolędy ojca to kołysanki?
Niejedna kołysanka została przekształcona w kolędę, podobnie jak inne świeckie piosenki, a nawet tańce ludowe: polonezy, krakowiaki i kujawiaki. Trudno ustalić liczbę polskich kolęd i pastorałek, podaje się, że jest ich nawet około czternastu tysięcy, bo istnieją różne warianty lokalne. Kołysanki były śpiewane zawsze, to jeden z najstarszych „gatunków muzycznych”. Mają jasną funkcję: usypiać dziecko. Ze spokojną melodią i powtarzalnym tekstem piosenki łączy się bujanie kolebki, co daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i bliskości. O kołysankach pisał już Horacy, najstarsze tego typu piosenki angielskie znamy z czasów Edwarda II (początek XIV wieku). Zawierają one – podobnie jak dzisiejsze kołysanki – elementy asemantyczne, to znaczy słowa, które nie mają konkretnego znaczenia, na przykład „a-a-a”, „lili, lili, laj”. Dzięki temu nie trzeba dokładnie pamiętać tekstu, można nawet improwizować. Jeśli dziecko nie chce zasnąć, przedłużamy kołysankę, bo charakterystyczne proste rymy łatwo jest wymyślić na poczekaniu. Kołysanki śpiewa się na całym świecie. Na Nowej Gwinei składają się tylko z dwóch lub trzech słów, które powtarza się w kółko. Na tej wyspie nie używa się kołysek. W Ameryce Południowej często zamiast w kolebce dziecko kładzie się w hamaku. Gdy malec się buja, mama może pracować.

 

Czy bardzo proste teksty kolęd i pastorałek licują z powagą liturgii?
Kiedyś próbowano restrykcyjnie podejść do kolęd wykonywanych na mszach, dziś zwracamy tylko uwagę, żeby nie było w nich elementów drastycznych lub śmiesznych. Na przykład nie zaśpiewamy w trakcie liturgii pastorałki: „Na kościele gołka zieleni się trowka, a tam siedzą pastuszkowie, jedzą kaszy z gorka. Kasze pozjadali, garnki potrzaskali, jeno jeden zostawili, co z niego pijali”. 



Pasterze są w kolędach bardzo muzykalni – zawsze grają i śpiewają Jezuskowi.
Według tekstów kolęd i pastorałek małemu Zbawicielowi wszyscy śpiewali. Oczywiście Syna lulała Matka Boża, ale także święty Józef, który przecież w Ewangelii nie wypowiada ani słowa, śpiewali pasterze, często będący w kolędach postaciami pierwszoplanowymi, śpiewał nawet wół z osłem: „Panie Boże mój, jam jest wołek Twój, nie umiem nic, ino łorać, i to trzeba na mnie wołać: ciąg, wołku, ciąg! Nie gardź mną wołkiem, chudym pachołkiem, będę Cię grzał swoim chu-chu, chocia pustki będą w brzuchu. Chu-chu, chu-chu”. Na marginesie, w Ewangelii nie ma nic o obecności wołu i osła przy Bożych narodzinach. Osioł też ma coś do zaśpiewania: „Będę przecież Pana dźwigał, rycząc pocieszny madrygał, i ja, i ja”. A święty Józef pochwala ich zapał: „Nuż wierni słudzy, ośle i drudzy, przyjmie Pan waszą ochotę, hojnie płacąc za robotę”. Według pastorałek małego Pana Jezusa cieszyło muzykowanie pasterzy: „Bartos sobą troska, że nie ma i włoska na smyku, na smyku. A nie myśląc wiele, szast ogon kobyle do szyku, do szyku. Jak zarżnie w swoje szałamaje, aż Dziecię paluszkami łaje: Powoli, powoli”.

 

Sporo sobie dopowiadamy do biblijnego przekazu o narodzeniu Syna Bożego.
Czasem treść kolęd jest bardzo odległa od Bożego Narodzenia. Pieśni świeckie przerabiano na kolędy, ale robiono też odwrotnie. Na przykład pod koniec wojny śpiewano: „Dzisiaj w Londynie wesoła nowina, tysiąc bombowców leci do Berlina”. Powstawały też kolędy związane z konkretnymi warunkami, w których żyliśmy: powstańcze, zsyłkowe, obozowe.

 

Ludyczne pastorałki przypominają trochę szopki, w których stajenka ginie czasem wśród przedstawień życia codziennego i ludzi różnych profesji.
W polskich szopkach można zobaczyć nawet bójki w karczmie. Ruchome szopki początkowo ustawiano w kościołach, ale wzbudzały sporo śmiechu, nie skłaniały wiernych do modlitwy, więc nakazano, żeby figury były tylko statyczne. Co prawda w kościele Najświętszej Marii Panny na Piasku we Wrocławiu jest dziś ruchoma szopka, ale oddzielona w zamkniętej kaplicy. Pierwszą szopkę zorganizował założyciel mojego zakonu, święty Franciszek w 1223 roku. Była to żywa inscenizacja z udziałem mieszkańców wsi, zwierząt i niemowlęcia – to możliwe, bo w Asyżu nie jest aż tak mroźno. Franciszek dostał specjalne zezwolenie od Ojca Świętego na urządzenie takiej scenerii, zresztą papież napisał mu, że sam chętnie przyszedłby zobaczyć, ale obowiązki mu nie pozwalały.

Dlaczego Boże Narodzenie stało się inspiracją dla tylu obyczajów, skoro teologicznie ważniejsze są Święta Wielkiej Nocy?
Bo jest to święto skupione wokół rodziny, więc bliskie naszemu doświadczeniu. Obchód dnia Bożego Narodzenia 25 grudnia pojawił się w IV wieku, wcześniej w ramach jednego święta Objawienia Pańskiego obchodzono wszystkie wydarzenia: od narodzin, ofiarowania Dzieciątka w świątyni, hołdu Trzech Mędrców, po chrzest dorosłego już Jezusa. Uroczystość Bożego Narodzenia w naszej tradycji ludowej bardzo oswoiliśmy – gdyby ktoś nie znał Ewangelii i próbował z kolęd dowiedzieć się, o co chodzi, pomyślałby, że Jezus urodził się chyba w Polsce w góralskiej szopie, wokół pełno śniegu, wilki wyją, a pasterze o polskich imionach przynoszą wiejskie jadło (ser, parę gołąbków, tłustego barana) i przygrywają na instrumentach ludowych: na kozie, bandurce, basetli. Ubodzy ludzie przeżywali słowa „nie było dla nich miejsca w gospodzie”, jednak gospoda w Ziemi Świętej w początkach naszej ery to nie typowa karczma, o jakiej myślimy współcześnie. Chodziło o tak zwaną izbę, której przedłużenie stanowiła nieraz stajenka, w której na noc zamykano zwierzęta. Maria nie chciała rodzić w obecności innych ludzi, którzy przyjechali do Betlejem na spis ludności.

 

Jak to jest w Kościele z Jezusem-dzieckiem? W niektórych kolędach jest niemowlakiem, który kwili i potrzebuje lulania, w innych podkreślamy, że jest Mesjaszem, śpiewamy: „Zbawco, z dawna żądany, cztery tysięcy lat wyglądany. Na Ciebie króle, prorocy czekali” albo „Boże Dziecię, błogosław ojczyznę miłą”.
W Ewangelii mały Jezus jest jak każdy noworodek. Tylko reakcje ludzi pokazują nam, że to nie zwykłe dziecko: najpierw pasterze składają hołd, potem cześć oddają mędrcy ze Wschodu, w świątyni starzec Symeon i prorokini Anna rozpoznają w tym bobasie Zbawiciela.

 

W ikonografii średniowiecznej mały Jezus czasem siedzi prosto jak struna i podnosi rękę z palcami złożonymi w kapłańskim geście błogosławieństwa. Niemowlę nie potrafiłoby tak usiedzieć.
Czasami ten noworodek przedstawiany jest też z insygniami królewskimi. Trudno było władcom, rycerzom średniowiecznym przyjąć, że Jezus był naprawdę ubogi i narodził się jako bezbronne dziecko. Na niektórych obrazach widzimy leżącego Jezuska sztywno zawiniętego w coś na kształt becika z białych pasm materiału, czasami takie przedstawienia wzbudzają skojarzenie z całunem pośmiertnym. Panowało wówczas przekonanie, jeszcze niedawno dość powszechne, że niemowlę powinno mieć kończyny wyprostowane i ułożone blisko ciała, by nóżki i rączki prawidłowo się rozwinęły.

 

A jak Biblia przedstawia inne dzieci?
Dziecko nie miało w tamtych czasach wysokiej rangi. Ale brak potomstwa uznawano za wielkie nieszczęście, a nawet za dopust czy karę Bożą. Przede wszystkim cieszono się z synów jako kontynuatorów rodu. Dziecko było otaczane opieką, jednocześnie miało dość dużą swobodę do mniej więcej dwunastego roku życia. Chłopców uznawano za dorosłych po trzynastych urodzinach, a dwunastolatkę można było wydać za mąż i to bez jej zgody – do dziś widzimy takie podejście w kulturze arabskiej.

 

Ma ojciec mnóstwo płyt, co, jako miłośnik muzyki, myśli ojciec o posoborowej muzyce liturgicznej?
W Polsce jest jeszcze stosunkowo mało posoborowych kompozycji. Mamy utwory w konwencji skocznej, popularne na przykład w ruchu charyzmatycznym, ale te pieśni nie znalazły szerszego odbioru. Próbowano przywrócić powszechność śpiewu gregoriańskiego, z różnym skutkiem. W polskich kościołach przede wszystkim wciąż śpiewamy pieśni ludowe, cały czas korzystamy sporo ze śpiewnika księdza Jana Siedleckiego wydanego po raz pierwszy w 1880 roku. Siedlecki podaje daty powstania pieśni, które zebrał ­– są wśród nich utwory sprzed dwustu i trzystu lat. Niektóre mniej mi odpowiadają, na przykład gdy śpiewamy: „Lecz kiedy Ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy, kto się do Matki uciecze” – to nie jest do końca przekaz naszej wiary, raczej obraz relacji w rodzinie autora tekstu. W kalwaryjskiej pieśni słyszymy: „Wychodząc w święte góry, zalejmy się łzami.” Bywam na Górze św. Anny i nie widuję, żeby pątnicy powszechnie zalewali się łzami.

 

A czy współczesne pieśni religijne nie wydają się ojcu melodycznie ubogie?
Czasem i treść jest trochę banalna. Mieliśmy w klasztorze ojca, który na mszy dziecięcej wprowadził nie pieśni, a dziecięce piosenki religijne, wręcz rajdowe. Niektórzy byli zachwyceni, a starsi kręcili nosem. Ale mszy niedzielnych mieliśmy wtedy jedenaście, można było przyjść na inną. Jestem tolerancyjny: niech każdy znajdzie formy pobożności, które mu odpowiadają. Osobiście bardzo lubię nieszpory, które u nas w klasztorze śpiewa się na melodię gregoriańską. W niektórych kościołach odprawia się też niedzielne nieszpory dla świeckich w różnych lokalnych wariantach – są uproszczone, ale skoro ludzie się w ten sposób modlą, jest to dobra, warta podtrzymywania tradycja. Bliskie jest mi następujące podejście: jeśli jestem w kościele i coś mi nie odpowiada, powiedzmy, irytuje mnie kazanie, wtedy się modlę. Raz, przyznam, modliłem się o cierpliwość, żebym nie wyszedł. I Pan mnie wysłuchał.