Wydanie: MWM 02/2016

Bezlitosny Mozart

Isabelle Faust - wywiad
Article_more
Muzyka Mozarta jest naprawdę bezlitosna – każdy dźwięk należy intonować „w punkt”: ani za wysoko, ani za nisko, ani za głośno, ani za delikatnie, ani za wcześnie, ani za późno, ani za krótko, ani za długo. Trzeba poruszać się niezwykle swobodnie po Mozartowskim świecie muzycznym, żeby nie przesadzić w improwizowaniu i nie zagubić istoty tej muzyki. A to tylko kilka ze zbioru niezliczonych problemów.

Piotr Matwiejczuk: Na pani płycie nagranej w 2003 roku z pianistką Ewą Kupiec znalazły się utwory Lutosławskiego i Szymanowskiego. Ale pani późniejsze wybory repertuarowe to przede wszystkim muzyka kręgu niemieckiego. Czy wraca pani do kompozytorów polskich? Jakie ma pani skojarzenia z naszą kulturą muzyczną?

Isabelle Faust: Uwielbiam muzykę Szymanowskiego i Lutosławskiego! Szczególnie lubię wykonywać I Koncert skrzypcowy Karola Szymanowskiego. Minionego lata włączyłam go do programu występów w ramach mojej rezydencji na festiwalu w Lucernie. Grałam Koncert ze znakomitą Orkiestrą Festiwalową – okazało się, że ta muzyka niezwykle silnie przemawia do tych utalentowanych i pełnych entuzjazmu młodych instrumentalistów. Z kolei Mity Szymanowskiego zaplanowałam w programach moich nadchodzących recitali. To unikatowe i niezwykłe dzieła – za każdym razem, gdy je gram, zadziwiają mnie ich mistrzostwo i oryginalność. Język muzyki polskiej wydaje mi się bardzo subtelny, dysponuje nieskończonymi możliwościami kolorystycznymi.

 

Skoro o muzyce narodowej mowa, chciałbym zapytać panią o skrzypcowe szkoły narodowe. Kiedyś były bardzo wyraziste, czy współcześnie wciąż istnieją? Pani uczyła się zarówno u Niemca, Christopha Poppena, jak i u Węgra, Dénesa Zsigmondy’ego.

Współcześnie muzycy od najwcześniejszych lat wiele podróżują i studiują w różnych krajach. Również profesorowie zjeżdżają cały świat, dają lekcje dosłownie wszędzie, przyciągając uczniów tam, gdzie akurat są. Poza tym przemysł fonograficzny i inne media masowe, jak internet, stały się globalnym źródłem wpływów. Wszystko to sprawiło, jak przypuszczam, że szkoły narodowe dziś wymieszały się i nie są tak wyraziste, jak być może były kiedyś. Jednak dużo zależy od konkretnego muzyka i tego, co interesuje go w jej lub jego własnych poszukiwaniach artystycznych. W mojej grze odnaleźć można na pewno wpływy niemieckie, węgierskie i włoskie. Nie potrafiłabym powiedzieć, czy wywodzę się z jakiejś szkoły skrzypcowej. Poza tym nie sądzę, by przynależność do którejś z nich była konieczna. Ważniejszy wydaje mi się język muzyczny konkretnego kompozytora, którego dzieło interpretuję. A zdarzało mi się grać całkiem sporo utworów, które były pięknymi przykładami muzyki narodowej.

 

Jest pani wierna swoim partnerom kameralistom (na czele z pianistą Alexandrem Melnikovem), ale z orkiestrami jest odwrotnie – niemal każdą płytę nagrywa pani z innym zespołem. Dlaczego?

Cóż, kilkakrotnie nagrywałam z tymi samymi dyrygentami, nie jestem więc tak niewierna... Moje wybory orkiestrowe zależą od repertuaru, który chcę wykonywać, a także od decyzji, czy daną muzykę chciałabym grać na dawnych instrumentach. Kiedy spotykam artystów, z którymi wyjątkowo dobrze się rozumiem, wówczas nawiązuję z nimi ściślejszą współpracę i wspólnie zgłębiamy wybraną muzykę.  

 

Ma pani klasyczne, akademickie wykształcenie, ale od lat jest pani bardzo silnie obecna w nurcie wykonawstwa historycznego. Jak zaczęła się pani przygoda z tym nurtem? Dlaczego zdecydowała się pani pójść w tym kierunku?

Zawsze ciekawiły mnie intencje kompozytora, sposób jego myślenia o muzyce, jego oczekiwania związane z wykonaniem dzieła. Za każdym razem staram się tego wszystkiego dowiedzieć, choć zdaję sobie sprawę, jak bardzo iluzoryczna bywa taka wiedza. Jeśli zacznie się od próby dotarcia do niej, naturalne będzie zadanie sobie pytania: jaki rodzaj dźwięku twórca życzyłby sobie usłyszeć, a co za tym idzie – jakich zasad powinien przestrzegać wykonawca. Oczywiście nigdy nie będziemy tego wiedzieć z całą pewnością… Ale zainteresowanie się takimi problemami zawsze było i będzie dla mnie kwestią podstawową. Miałam szczęście grać ze znakomitymi zespołami instrumentów dawnych, pracowałam z wybitnymi muzykami i co najmniej kilkoma najwspanialszymi, niezwykle wnikliwymi i mądrymi solistami oraz kameralistami, których zaliczam do swych przyjaciół. Wszyscy oni chętnie udzielali mi rad. Bardzo wiele im zawdzięczam. 

Ma pani w repertuarze wiele muzyki XVIII i XIX wieku, którą wykonuje pani w sposób charakterystyczny dla nurtu historycznego. Ale równie dużo gra pani muzyki późniejszej, w tym najnowszej. Współpracowała pani z najwybitniejszymi artystami należącymi zarówno do jednego, jak i drugiego świata. Co zyskuje pani dzięki tej różnorodności? Czy jeden muzyczny świat wpływa jakoś na drugi?

W pewnym sensie świat muzyki nowej to znakomity poligon doświadczalny – wiedzę z niego wyniesioną wykorzystuję podczas wykonywania muzyki dawnej. Utwór współczesny zawsze mogę przedyskutować z samym kompozytorem, który wyjaśnia swoje intencje, kryjące się za partyturą, a więc symboliczną, graficzną reprezentacją dzieła muzycznego. Musimy pamiętać, że kompozytorzy zawsze prowadzili konstruktywne, bardzo żywe rozmowy z wykonawcami swoich dzieł, jak na przykład Johannes Brahms z Josephem Joachimem. Dzięki takim rozmowom poznawali nawzajem siebie i swoją muzykę w bardzo intymny sposób. Podobnie dziś, podczas pracy z kompozytorem mamy niebywałą okazję zrozumienia, jak nowo powstałe dzieło muzyczne przeradza się w pełną realizację brzmieniową.

 

Drzwi do kariery otworzyło pani zwycięstwo w Konkursie im. Leopolda Mozarta w Augsburgu w 1987 roku. W finale tego konkursu należy wykonać jeden z pięciu koncertów Wolfganga Amadeusa. Który wybrała pani? I czy dziś wybór byłby taki sam?

Jeśli dobrze pamiętam, wybrałam Koncert skrzypcowy A-dur KV 219. Kocham każdy z pięciu koncertów Mozarta tak samo mocno, bo każdy z nich jest arcydziełem. Każdy też jest inny, każdy specyficznie piękny. Koncert A-dur był pewnie najlepszym wyborem konkursowym, ponieważ pozwala skrzypkowi pokazać najszerszą paletę możliwości technicznych i najpełniej zademonstrować muzykalność.

 

Koncerty skrzypcowe Mozarta wyrastają z trzech tradycji: niemieckiej i austriackiej, francuskiej (typ finału w formie rondeau) i włoskiej (figuracje). Która z tych tradycji jest najważniejsza dla pani? Czy Giovanni Antonini – z którym zagra pani Mozarta we Wrocławiu – sprawia, że pani interpretacje są bardziej włoskie, jest w nich więcej melodyjności i wirtuozerii, typowych dla włoskich wykonań?

Moja obecna współpraca z Giovannim sprawia mi ogromną radość. Jego cudowna orkiestra rzeczywiście dodaje do moich mozartowskich potraw odrobinę włoskiej, tartiniowskiej  przyprawy. Tak, myślę, że włoski aspekt koncertów Mozarta jest często lekceważony, choć oczywiście – jak pan słusznie zauważył – nie jest jedynym. Mam nadzieję, że moja niemieckość utrzymuje nasze wykonania w stosownej równowadze. (śmiech)
 

Koncerty Mozarta są proste technicznie, a ich faktura jest bardzo przejrzysta. Co stanowi największą trudność w ich interpretacji?

Przeciwnie, są niezwykle wymagające technicznie! Ile naprawdę pięknych, stylowych i eleganckich wykonań koncertów Mozarta słyszał pan na żywo w całym swoim życiu? Założę się, że niezbyt wiele… Uważam te utwory za najtrudniejsze, najbardziej misterne i delikatne w całej literaturze skrzypcowej. I to zarówno pod względem czysto muzycznym, jak i technicznym. Muzyka Mozarta jest naprawdę bezlitosna – każdy dźwięk należy intonować „w punkt”: ani za wysoko, ani za nisko, ani za głośno, ani za delikatnie, ani za wcześnie, ani za późno, ani za krótko, ani za długo. Trzeba poruszać się niezwykle swobodnie po Mozartowskim świecie muzycznym, żeby nie przesadzić w improwizowaniu i nie zagubić istoty tej muzyki. A to tylko kilka ze zbioru niezliczonych problemów.  

 

W poprzednich numerach miesięcznika „Muzyka w Mieście” kilkoro najpopularniejszych polskich krytyków muzycznych dyskutowało o kondycji współczesnego wykonawstwa. Magdalena Romańska postawiła tezę, że w naszych czasach niewielu jest muzyków, którzy potrafią ofiarować  słuchaczom swoje życie, radość, ból, tęsknotę, ciekawość. Nie potrafią stworzyć więzi z odbiorcą, ponieważ są narcystyczni. Zamiast prawdziwej, głębokiej kreacji, otrzymujemy interpretacje ładne i znakomite technicznie, ale niewiele znaczące, błahe i puste. W tekście wyrażona została tęsknota za dawnymi, lepszymi czasami, kiedy artyści „potrafili prawdziwie kochać”. Czy zgadza się pani z tą opinią? Mamy kryzys?

Nigdy nie ośmieliłabym się wyrazić takiego generalnego sądu o współczesnych muzykach. Istnieje wielu artystów, których uwielbiam i od których czerpię inspirację. Podziwiam w nich przede wszystkim umiejętność stawiania muzyki ponad ich własnym ego oraz wyrażania głębokiej miłości, szacunku i szczerości w każdym dźwięku, który wykonują. Ludzie ci z całą pewnością angażują w służbę kompozytorowi i sztuce muzycznej całą wiedzę, wszystkie emocje i umiejętności techniczne. Efekty ich pracy czasami docierają do słuchaczy i poruszają ich do łez.