Wydanie: MWM 02/2016

Wierzę w Mozarta

Article_more
Ze stosunkiem do Mozarta jest trochę jak z łaską. Albo się ją ma, albo nie. Brak łaski wyklucza wiarę. A to wiara czyni cuda, także te, o których tak pięknie pisał Alfred Einstein, gdy kolejny raz zastygał w niemym zachwycie nad brzmieniowym pięknem Mozartowskich arcydzieł rozsianych po całym Katalogu Köchla, niczym gwiazdy na nieboskłonie.

Piotr Matwiejczuk: Od czterech dekad dzieli się pani muzyką Wolfganga Amadeusa Mozarta ze słuchaczami Polskiego Radia, najpierw w Programie Trzecim, od ponad piętnastu lat w Programie Drugim. Ale Mozart w pani życiu pojawił się już wcześniej – pisała pani pracę magisterską o koncertach fortepianowych. Jakie były początki pani przygody mozartowskiej?

Małgorzata Pęcińska: Zajęłam się formą sonatową w koncertach fortepianowych Mozarta, a więc czymś, co – wydawało mi się wtedy – jest mierzalne, konkretne, co poddaje się analizie, da się rozpracować teoretycznie, rozłożyć na czynniki pierwsze. Wydawało mi się wówczas, że można dotrzeć do samych trzewi genialnej konstrukcji i (o młodzieńcza naiwności!) znaleźć się bliżej tajemniczego zjawiska, któremu na imię Mozart. Coś więcej zrozumieć z tego, co podpowiadała mi intuicja i o czym oczywiście uczono w szkołach. Analiza koncertów w pracy magisterskiej (sprowadziła się do pierwszych części, bo jeśli gdzieś, to przede wszystkim  tam owa forma sonatowa miałaby znaleźć swój koncertowy wariant), nie dała odpowiedzi na pytanie o fenomen Mozarta. Przyniosła jednak bardzo ciekawą konstatację na temat istoty klasyczności formy w tym  gatunku. Okazało się bowiem, że tylko w jednym przypadku, w jednym koncercie, trzyma się Mozart ściśle reguł konstrukcyjnych formy sonatowej. W pozostałych, ku utrapieniu badaczy, podąża za podszeptem inwencji, łamie nakazy, łagodzi klasyczne rygory, dla każdego pomysłu znajduje w formie kształt oryginalny, niepowtarzalny. Każdy koncert ma własne oblicze, w każdym geniusz kompozytora ukazuje się z nieco innej strony. Wszystkie jednak, i to jest ich cecha dystynktywna, łączą w sobie w idealnej harmonii elementy koncertujące i symfoniczne. Einstein określa to wyjątkowo trafnie jako „apoteozę koncertowości, ale koncertowości wtopionej w symfonizm”. I to jest ta wielka „synteza”.

 

Moja przygoda z Mozartem zaczęła się dość późno. W szkole muzycznej nie postrzegałam go jako kompozytora wyjątkowego, który odegra w moim życiu ważną rolę. Pewnie dlatego, że pokutowała tam powszechna opinia, że Mozart jest łatwy do grania. A ja nie chciałam łatwego, chciałam Beethovena, Chopina, czegoś efektownego, w czym wiele się dzieje, co robi wrażenie. Tego wrażenia nie wywierał na mnie Mozart. Pewnie wyznawałam wtedy w myślach tezę, którą i dzisiaj zdarza mi się słyszeć od skądinąd muzykalnych kolegów, że Mozart jest prosty, a więc przewidywalny, i w istocie w tej przewidywalności monotonny, zamknięty w gorsecie klasycznej konwencji. I jeśli tak myślałam, to mi wstyd. Przejrzałam na oczy, zrozumiałam i naprawdę doznałam olśnienia dopiero na studiach, w zetknięciu z nagraniami, legendarnymi muzykami, także entuzjastami, takimi jak Jan Weber. Dziś wiem, jakie to szczęście, że stało się to jeszcze w doczesności. I o ile byłabym uboższa w sferze ducha, gdyby nie spłynęła na mnie łaska. Tym entuzjazmem dla własnego odkrycia chciałam się dzielić ze słuchaczami. Traktowałam to wtedy, w Trójce, jak misję. To były piękne lata. Potem jednak przyprawiono mi „gębę”, że ja tylko o Mozarcie, co już tak miłe nie było. W Dwójce więc, gdzie jestem od piętnastu lat, zajmuję się Mozartem już tylko incydentalnie, chociaż czasem mi żal.

 

Rzeczywiście, słuchacze, do których i ja się zaliczam, silnie kojarzą panią z Mozartem. Pamiętam doskonale wieczorne audycje „Międzynarodowy Rok Mozartowski” nadawane w latach dziewięćdziesiątych w Trójce w środowe wieczory. Ale było przecież wiele innych cykli…

Było tego dużo. Cykle tygodniowe o godz. 14:00, podobnie jak teraz w Dwójce, zawsze z jakimś pomysłem tematycznym (zajmowałam się między innymi sztuką interpretacji Leopolda Stokowskiego, twórczością publicystyczno-literacką Karola Szymanowskiego), zilustrowałam muzycznie serial słuchowiskowy o Chopinie, prowadziłam audycje „Trójka pod księżycem”, te z muzyką poważną. W niedzielne popołudnia o 16:00, w porze sjesty, pojawiały się „Dzieła, interpretacje, nagrania”, których daniem głównym były nowe nagrania, ale – zapewniam – znaczyło to dla słuchaczy coś zupełnie innego, niż dzisiaj, gdy przestrzeń eteru wypełniona jest wszelkiej maści nagraniami i niemal każdą nowość można mieć „na klik”. Wtedy celebrowaliśmy każdą nową płytę jak wielkie wydarzenie z powodów czysto poznawczych, ale też w marzeniach byliśmy złaknieni kontaktu z prawdziwym rynkiem fonograficznym świata, tej normalności, której tu, w kraju nad Wisłą, nie dane nam było zaznać. To było także nasze maleńkie radiowe okienko na świat, gdzieś, w zmarginalizowanej stolicy zapomnianego kraju wschodniej Europy, która tam, po lepszej stronie, nikogo nie obchodzi, świadomość, że możemy choćby liznąć tego, czym na magicznym Zachodzie żyje każdy, kto umiłował sztukę dźwięków. Dlatego każdą nową płytą, każdym nagraniem dzieliliśmy się ze słuchaczami z entuzjazmem i wielką radością. A jeśli towarzyszyła temu pasja…

 

Lata pani pracy w Programie 3 były dobrym czasem dla radia, a sama Trójka była wyjątkową stacją, która szczyciła się otwartymi, wykształconymi, aktywnymi słuchaczami. Wiem, że dostawała pani dużo listów. Czy pani słuchacze lubili Mozarta?

Bardzo. Słuchacze Trójki tamtych dawnych, trudnych lat – to była najwdzięczniejsza publiczność, jaką można sobie wymarzyć. I nikogo nie zniechęcała fatyga pisania listów odręcznie, przecież nie było komputerów, poczty elektronicznej i tych wszystkich współczesnych wynalazków. Wdzięczność słuchaczy wyrażona w listach była największą nagrodą. W towarzystwie muzyki geniusza czuli się jacyś lepsi, wyróżnieni. Tak pisali. I co ciekawe – serię audycji przewidzianą na Rok Mozartowski 1991 ciągle przedłużaliśmy także na ich prośbę, bo im głębiej wchodzili w świat muzyki Mozarta, tym bardziej stawała się im potrzebna. Dostawałam naprawdę wiele listów, często wzruszających, z podziękowaniami, czasem rozbrajających. Jak ten od pewnego piekarza z Torunia, który napisał, że jest prostym człowiekiem, ale zachwycił się muzyką Mozarta, słucha audycji, nagrywa, i ma wielkie marzenie. Poprosił, żebym mu przysłała listę utworów Mozarta. Cudowna naiwność tej prośby rozbroiła mnie. Młody człowiek nie wiedział, że katalog dzieł kompozytora, sporządzony przez Ludwiga Köchla, to kilkusetstronicowy, całkiem opasły tom, ale efekt w popularyzacji Mozarta – rozczulający.

 

Radio, a więc nagrania, w pani życiu muzycznym są zapewne najważniejsze, ale były przecież także niezliczone koncerty. Czy utkwiła pani w pamięci jakaś wybitna interpretacja mozartowska, którą słyszała pani na żywo?

Tak, to było gdzieś w latach dziewięćdziesiątych – myślę – we Wrocławiu, podczas festiwalu Wratislavia Cantans. Tam właśnie pierwszy raz zetknęłam się ze sztuką Fransa Brüggena, wybitnego holenderskiego muzyka, który w gotyckim wnętrzu kościoła pw. Najświętszej Marii Panny na Piasku dał koncert wypełniony muzyką spod znaku Sturm und Drang – dwie symfonie Haydna, ale też zupełnie wtedy jeszcze u nas nieznany Johann Martin Kraus i kulminacja – olśniewające wykonanie „małej” Symfonii g-moll Mozarta, w interpretacji niemal demonicznej, co podkreślały też drapieżnie wczepione w synkopowane  frazy głównego tematu gesty Brüggena. Mozart dramatycznie rozdarty, gniewnie wzburzony, całe pokłady drzemiącej gdzieś tam głęboko ekspresji w dojrzałym nad wiek dziele siedemnastolatka. Einstein określił to jako „mały cud”. Ten koncert pozostawił w pamięci ślad na lata.

 

Oczywiście ważnych czy ciekawych interpretacji było znacznie więcej. Pamiętam doskonale atmosferę święta, gdy zaczął przyjeżdżać do Warszawy świetny wtedy, w latach osiemdziesiątych, zespół Academy of St. Martin in the Fields, którego tajemniczą nazwę tak często wymieniałam na antenie, z Marrinerem oczywiście i cudowną Emmą Kirkby, której niebiańska barwa głosu, lekkość i perfekcja tak doskonale oddawały klimat Mozartowskich arii i pieśni. Ale pamiętam też niezwykle wzruszający recital, jaki w Filharmonii Narodowej  dał w Warszawie w 1984 roku Mieczysław Horszowski. Miał wówczas dziewięćdziesiąt dwa lata. To nie były już te palce, których niezwykłą sprawność, zwinność w płynnym, naturalnym legato podziwialiśmy we wcześniejszych nagraniach. A jednak szlachetność brzmienia, spokój narracji, i taka mądrość nestora, artysty świadomego, oddane w interpretacji Sonaty B-dur Mozarta zapamiętałam jako jedno z najpiękniejszych wrażeń, jakich dane mi było zaznać w obcowaniu z muzyką.

Często podkreśla pani w swoich audycjach i w naszych rozmowach prywatnych, że niezwykle trudno jest mówić i pisać o muzyce Mozarta. Tajemnica jego geniuszu z pewnością należy do kwestii pozawerbalnych, a więc też nie do końca uświadomionych. Możemy chyba jednak wyznaczyć jakieś granice przestrzeni, w której tajemnica ta się skrywa. Czy ważne jest tu może zderzenie klasycznej (rokokowej) konwencji z czymś zupełnie niekonwencjonalnym? Czy u Mozarta chodzi właśnie o współistnienie przeciwieństw?

Myślę, że odpowiedź na tak postawione pytanie jest ciągle niemożliwa. Sentencja, że chodzi o współistnienie przeciwieństw, bo przecież też o to chodzi, niczego nie wyjaśnia. Powiedziałam o tym już trochę przy okazji mojej pracy o formie sonatowej w koncertach. Bo cóż po tym, że dokonamy nawet najwnikliwszej analizy tego, co mierzalne, a więc współczynników formy, przebiegu harmonicznego, kształtu fakturalnego, instrumentacji itd. Z definicji utwór muzyczny jest wynikiem współistnienia wielu elementów: rytmu, melodii, harmonii, dynamiki, agogiki. Na to nakłada się artykulacja i barwa. Efekt brzmieniowy – to zawsze wypadkowa wielu tych elementów, ale dzieło genialne nie zrodzi się z ich konwencjonalnego zestawienia. Gdyby tak było, Mozartów, Bachów, Brahmsów, Chopinów byłoby wielu. To zawsze jest jeszcze jakaś iskra boża, jakaś podpowiedź nie z tego świata, podszept, coś takiego, co tak rozwścieczało Salieriego z filmu Formana, świetnego przecież muzycznego rzemieślnika, gdy przeglądał rękopisy Mozartowskich arcydzieł przyniesione przez Konstancję. „Czyż coś równie genialnego mógł stworzyć człowiek? Nie – to on, Bóg, prowadził pióro tego śmiałka, Bóg, niesprawiedliwy w swych wyborach zadrwił z niego, zsyłając do Wiednia tak groźnego konkurenta…”. Więc myślę, że to Bóg…

 

Alfred Einstein w swojej genialnej monografii mozartowskiej, którą przywołała pani wcześniej i po którą sięga pani często w audycjach radiowych, napisał, że Mozart – obok między innymi Bacha – należy do grona tych twórców, których możemy nazwać rewolucyjnymi konserwatystami lub konserwatywnymi rewolucjonistami. Czy zgadza się pani z tym określeniem?

Ha, to oczywiście bardzo efektowne bon mot. Z Einsteinem na ogół się zgadzam i podziwiam sposób, w jaki potrafi nazywać to, co w słowach trudno wyrażalne. Chyba z piszących o muzyce, aż tak wnikliwie, trafnie i barwnie – tylko on. Dlatego jeśli użył takiej przewrotnej frazy, jestem przekonana, że próbował dotknąć istoty tej Mozartowej nadzwyczajności, wskazać powód zaistnienia Mozarta w odkrywczej przestrzeni dokonań wiedeńskiego klasycyzmu. Ale jeśli przyjrzeć się w tym kontekście twórczości wszystkich trzech najważniejszych kompozytorów, a więc także Haydna i Beethovena, to może się okazać, że ich także da się tak określić. Czyż nie? Haydn konserwatysta, bo kodyfikator, ale z jakże wielką dozą rewolucyjnych innowacji. A Beethoven, ten niepokorny, zbuntowany destruktor zastanego porządku, a więc rewolucjonista, ale przecież też najczystszy klasyk, osobny wprawdzie, rozpoznawalny w brzmieniowej odrębności, ale jednak dobrze zakorzeniony w tradycji. Nie zestawiałabym w jednym szeregu Mozarta i Bacha. To jednak dwa rozłączne światy. Jeśli już próbować nakreślić taką linię podobieństw – to Mozart wydaje mi się kimś z estetycznej krainy Händla, Chopina, Schuberta, takie słyszę pokrewieństwo dusz.

 

Wielu mozartologów twierdzi, że Wolfgang Amadeus był przede wszystkim kompozytorem operowym i że tę operowość słychać również w jego dziełach instrumentalnych.

Zdecydowanie tak! Siła melodii w tematach Mozarta przybiera często postać formotwórczą. Siła, ale też piękno frazy układającej się naturalnie mają walor frazy wokalnej. Nie trzeba daleko szukać. Jest wszechobecna w całej twórczości pozawokalnej – w symfoniach, kameralistyce, sonatach, divertimentach, koncertach. Natychmiast śpiewam w wyobraźni, gdy tylko przywołuję z pamięci tematy Koncertu klarnetowego, Symfonii g-moll, Sonaty fortepianowej  F-dur czy Sonaty skrzypcowej e-moll, że nie wspomnę o Eine, kleine… i dziesiątkach innych, równie szczodrze wyposażonych „wokalnie” jego utworów.

 

Mozart ma chyba tyle samo wielbicieli, co przeciwników. Wiele osób, nawet bardzo wyrobionych melomanów, nie ceni jego muzyki. Niektórzy uważają, że Mozart nie dorasta do pięt na przykład Haydnowi. Tego rodzaju polemiki pewnie nie mają większego sensu, ciekaw jednak jestem, jak broniłaby pani Mozarta przed krytykami. Albo inaczej: jak przekonywałaby pani do Mozarta tych, którzy przekonani nie są?

To właśnie próbowałam czynić w moich radiowych spotkaniach ze słuchaczami. I nawet się udawało. Odzew po siedmiu latach nieustannego przedłużania Międzynarodowego Roku Mozartowskiego na antenie Trójki był niezwykły. Może jednak miałam jakąś siłę przekonywania, a może to tylko siła obecności w eterze, głos, który mówi w miarę interesująco i z niejaką pasją. Z niegdyś nieprzekonanych udało mi się przekonać na przykład Piotra Orawskiego, który po latach „nawrócił się” na Mozarta i potem sam przygotował serię audycji „Droga do Wiednia”. Ale już nikogo nie przekonuję. Ze stosunkiem do Mozarta jest trochę jak z łaską. Albo się ją ma, albo nie. Brak łaski wyklucza wiarę. A to wiara czyni cuda, także te, o których tak pięknie pisał Einstein, gdy kolejny raz zastygał w niemym zachwycie nad brzmieniowym pięknem Mozartowskich arcydzieł rozsianych po całym Katalogu Köchla, niczym gwiazdy na nieboskłonie.

 

W takim razie proszę o pierwszą piątkę mozartowskiej listy przebojów Małgorzaty Pęcińskiej.

Nie ma takiej listy, a jeśli przyjąć, że jest, to ciągle się zmienia. Będą tam na pewno banały, jak „Jowiszowa” czy Don Giovanni, moja ukochana Symfonia A-dur KV 201 i Czarodziejski flet, będzie wiele koncertów fortepianowych, które Einstein wyróżnia jako wielką syntezę, będzie Gran Partita, kwartety haydnowskie, Requiem, Wielka Msza c-moll, arie koncertowe, Sonata na dwa fortepiany, maleńkie sonaty skrzypcowe, ale też może kwintesencja tego, co klasycznie przejrzyste – urocza Sonata facile. A Kwartety fortepianowe, Trio klarnetowe i Koncert klarnetowy? Nie, listy stworzyć nie umiem.

 

Czy przez lata obcowania z muzyką Mozarta, czytania o nim, rozmyślania nad istotą jego sztuki, wyrobiła sobie pani pogląd o samym człowieku? Jak go sobie pani wyobraża? Wielu ludzi ogranicza się do portretu stworzonego w słynnym filmie przez Miloša Formana. Ale to chyba portret bardzo fragmentaryczny, jeśli nawet nie zupełnie fałszywy…

Pewnie tak, ale przyznać trzeba, że w wizji Petera Schaffera, przełożonej potem przez Formana na obraz filmowy, nakreślony bardzo przekonująco. A obrazy mają to do siebie, że wczepiają się jak rzep w naszą wyobraźnię. Nie wiem, kim naprawdę był Mozart. Może najwięcej wynika jednak z listów, a te wskazują niewątpliwie, że był postacią z krwi i kości.  Niesfornym dowcipnisiem, dla którego treścią życia są zabawa, beztroska, zmysłowe szaleństwa. Nieobyty, rubaszny, nieokrzesany i zuchwały, nawet grubiański. Z pewnością trudny, nieprzystający do legendy geniusza komponującego muzykę o ponadczasowej wartości, geniusza, przed którego wielkością chylą czoła najwięksi tego świata. Często, gdy słuchamy Mozarta, mamy takie wrażenie, że bawi się dźwiękami, że, komponując, dworuje sobie z czegoś lub kogoś, że przenosi w sferę brzmienia komiczne sytuacje, z którymi zetknął się w życiu. Taki był, gdy pisał swoje koncerty waltorniowe z sympatią dla świetnego muzyka Ignaza Leitgeba, z którego jednak podśmiewał się po cichu, bo salzburski waltornista był człowiekiem niezbornym i nieporadnym. Taki parodystyczny efekt, zamierzonej karykatury osiągnął też Mozart w koloraturowej arii Królowej nocy w Czarodziejskim flecie, co świetnie zobrazował Forman, miksując obraz rozwrzeszczanej teściowej z postacią śpiewającej tę arię nikczemnej władczyni.

 

Ale pod pozorem prześmiewczego wesołka krył się też inny Mozart. Geniusz z Salzburga rzadziej odsłaniał to swoje drugie oblicze, artysty wrażliwego, czułego, delikatnego, myślącego głęboko i refleksyjnie. Taki najczęściej bywał w moll. Jakkolwiek było i jaką osobowością był w życiu, na co dzień, wydaje mi się mniej ważne. I nawet chyba wolałabym tkwić nadal w niewiedzy i po swojemu kreować w wyobraźni jego postać taką, jaka wyłania się ze szlachetności brzmienia, czaru, wykwintu, nieskończonego piękna jego muzyki, genialnej, poza czasem, zawieszonej na zawsze gdzieś tam, w kosmosie, wysoko ponad naszą przestrzenią.